3 lipca 1949. Dzień, który zmienił Lublin

Czytaj dalej
Fot. Małgorzata Genca
Małgorzata Szlachetka

3 lipca 1949. Dzień, który zmienił Lublin

Małgorzata Szlachetka

„Spojrzenie na obraz było dla nas jakimś wielkim szokiem, bo na twarzy Matki Bożej na prawym policzku wisiały takie perlące dwie duże łzy” - tak o cudzie lubelskim z 3 lipca 1949 roku pisała jedna z lublinianek.

Ten dzień nie wyróżniał się niczym szczególnym. Do momentu gdy siostra Barbara na obrazie w Katedrze Lubelskiej zobaczyła ciecz. Szybko pobiegła po kościelnego. Wieść o tym, że Matka Boża zapłakała, szybko rozniosła się po mieście. Przychodzili kolejni wierni, którzy chcieli na własne oczy zobaczyć niezwykłe zjawisko. Ludzie padali na kolana, płakali, nad zebranymi unosiły się szept modlitw i kościelne śpiewy.

W kolejnych dniach tłum przed katedrą rósł. Ludzie wypełniali dalsze ulice. Przyjeżdżali spod okolicznych miejscowości.

- Przyszliśmy o drugiej w nocy. Staliśmy na wysokości piekarni, która była na Podwalu, a cały tłum szedł w kierunku Bramy Grodzkiej, przez ulicę Grodzką, Archidiakońską, Bramę Trynitarską. I tam po lewej były jeszcze zgliszcza, rozwalone budynki po spalonej octowni. Tędy było wejście do katedry. Olbrzymi tłum, płacz, bez przerwy podawano, że ktoś niechodzący stanął na nogi, Zdrowaś Maryjo itd., itd. Nie szło się normalnie, tak bliżej Bramy Grodzkiej to człowieka raczej okręcali, napierał ten tłum. Zanim dotarliśmy do katedry, było około pierwszej po południu następnego dnia - tak tamte dni wspominał po latach Jan Trembecki (1934-2017), wieloletni fotograf „Kuriera Lubelskiego” (cytat za magazynowym wydaniem „Kuriera” z marca 2017 roku).

Działo się to w czasie, kiedy elewacje świątyni pokrywały rusztowania, ponieważ zabytek nie został jeszcze odnowiony po wojennych zniszczeniach. Bomby spadające na katedrę zniszczyły m.in. portyk i zakrystię akustyczną.

W niektórych wspomnieniach lublinian pojawiają się szczegółowe opisy, o ile mieli szczęście, aby dotrzeć do samego obrazu. „I rzeczywiście, dziwne... Nasze spojrzenie na obraz było dla nas jakimś wielkim szokiem , bo na twarzy Matki Bożej na prawym policzku wisiały takie perlące dwie duże łzy” - czytamy w wywiadzie z Bolesławą Paradowską, jaki został opublikowany w książce „Represje wobec uczestników wydarzeń w Katedrze Lubelskiej w 1949 roku”.

Informacja o tym, co stało się w Lublinie, docierała także do innych części kraju. „W poniedziałek rano już w Krakowie mówiono nam, że w Lublinie (...) Matka Boska płacze” - to fragment relacji złożonej przez księdza Andrzeja Jabłońskiego (cytat za tomem „Represje wobec uczestników wydarzeń w Katedrze Lubelskiej w 1949 roku”).

Napływ ludzi był tak duży, że w pewnym momencie strona kościelna zaczęła apelować do wiernych, aby nie przychodzili do katedry.

Reakcja Kościoła

Władze kościelne na początku podeszły do tematu z pewnym sceptycyzmem. Została powołana komisja kościelna, która miała zbadać sprawę i ocenić, czy faktycznie doszło do cudu.

„Bp Goliński podczas oglądania dotknął palcem cieczy, która się rozmazała. Ślady tych dotknięć pozostały widoczne na obrazie do dziś” - to fragment relacji, który się znalazł w kronice do dziś przechowywanej w archiwum archikatedry lubelskiej.

Jeden ze świadków, ksiądz Andrzej Jabłoński, poda potem, że spod prawego oka Matki Bożej widać było „jakby spływający sopel cieczy rozmazanej palcem przez ks. bpa Golińskiego”.

W opracowaniach historycznych dotyczących wydarzeń związanych z cudem lubelskim często cytowany jest list, jaki 6 lipca 1949 roku wystosował biskup Pior Kałwa (1893-1974). Był on wyrazem tego, że Kościół podszedł do sprawy z ostrożnością.

Biskup lubelski przestrzegał wiernych, że „z natury rzeczy badanie takich zjawisk wymaga dłuższego czasu” oraz spełnienia określonych procedur.

„Zachowanie wszystkich tych formalności jest konieczne, by uniknąć błędu i nie narazić się na zarzut łatwowierności ze strony wrogów Kościoła” - tłumaczył biskup Piotr Kałwa. Zaznaczając w kolejnych słowach swojego listu: „ Dotychczasowe wyniki prac Komisji nie dają podstawy do uznania zjawisk, jakie miały miejsce w naszej Katedrze Lubelskiej, za zdarzenia cudowne i nadprzyrodzone, jeśli Bóg będzie chciał nam okazać za pośrednictwem Matki Bożej Najświętszej swoją wolę w sposób niezwykły i poza naturalnym biegiem rzeczy, to na pewno nie poskąpi swoich znaków wyraźnych i przekonujących. Tymczasem znaków takich nie stwierdzono i dlatego tym bardziej należy zachować spokój i równowagę ducha”.

Reakcja partii

Tak potężna manifestacja religijności ze strony lublinian była dużym zaskoczeniem dla partyjnych władz. Reakcją na wydarzenia związane z cudem lubelskim było organizowanie masówek w zakładach pracy. Największa manifestacja, jaka miała podważyć wydarzenia z Katedry Lubelskiej, została zorganizowała 17 lipca, na placu Litewskim. W ruch poszła propaganda, m.in. za pośrednictwem prasy, podporządkowanej komunistycznemu aparatowi.

Najtragiczniejszym skutkiem cudu lubelskiego była fala aresztowań jego uczestników. Do stalinowskiego więzienia na Zamku Lubelskim trafiło wiele młodych osób, ale również przedstawiciele duchowieństwa. W ślad za aresztowaniami poszły wyroki na ludzi, których zaczęto nazywać „cudakami”.

Ważnym dokumentem tamtej epoki są sprawozdania i raporty z archiwum Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Lublinie, obecnie znajdujące się w zasobach Archiwum Państwowego w Lublinie. Władze partyjne umieszczały wydarzenia związane z „rzekomym cudem” w kontekście systemowej walki z „reakcyjnym klerem”.

W ośmiostronicowym maszynopisie zatytułowanym „Analiza wypadków w Lublinie dot. »cudu«” , przesyconym duchem spiskowej teorii i partyjnym żargonem, egzekutywa partyjna pisze wprost: „O braku czujności z naszej strony świadczy i to, że nie potrafiliśmy przeciwstawić się ideologicznemu i organizacyjnemu oddziaływaniu na masy, nie wiedzieliśmy również, że kler nasyła swoich agentów do naszej Partii, do Zw. Zawodowych, do demokratycznych organizacji młodzieżowych”.

W teczkach komitetu wojewódzkiego, przechowywanych w Archiwum Państwowym w Lublinie, znalazły się także formularze rezolucji potępiających cud lubelski, jakie podpisywali przedstawiciele lubelskich zakładów pracy w związku z organizowanymi odgórnie masówkami. To pisane na maszynie formularze ze z góry ustaloną treścią. Więcej dowiadujemy się z dołączonych do nich sprawozdań, często pisanych odręcznie.

Okazuje się, że nie wszyscy robotnicy popierali oficjalne stanowisko partii i władz w sprawie cudu lubelskiego. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Z pewnej grupy blisko 500 lubelskich kolejarzy 60 proc. przyjęło rezolucję potępiającą wydarzenia w katedrze, ale aż 30 proc. było przeciw, a reszta wstrzymała się od głosu. Kilka stron dalej znajdujemy notatkę zatytułowaną „Charakterystyczne wypowiedzi i nastroje”. I tak: załoga fabryki papy „odmówiła wzięcia udziału w wiecu”, a w Banku Rolnym student KUL skrytykował nastawienie rządu do Kościoła. Wciąż powracała adnotacja o „nastawieniu negatywnym”.

<> - ubolewa autor informacji dla partyjnej wierchuszki.

Ci, którzy nie chcieli brać udziału w masówkach, wzywani byli na rozmowy dyscyplinujące. Lublinianie musieli się też tłumaczyć, z jakiego powodu nie wzięli udziału w manifestacji inspirowanej przez władze. Weźmy taką z udziałem osób zatrudnionych w Przetwórni Mięsnej w Lublinie. Na 300 tamtejszych pracowników, w tym 200 nienależących do partii, udział w pochodzie ostatecznie wzięło około 100 osób. Nie obyło się bez nacisków.

„Szpak przeprowadził trzy zebrania, na których podkreślał, iż ten, kto nie weźmie udziału w manifestacji, może również nie przychodzić do pracy” - czytamy w tym dokumencie.

Nawet w atmosferze zastraszenia niektórzy lublinianie mieli odwagę powiedzieć pod koniec lat 40., że nie popierają linii partii. Ich słowa były skrzętnie odnotowywane, np. Zofia Szwendrowska, zatrudniona w Spółdzielni Konfekcyjnej „Przełom”, z płaczem mówiła, że nie poszła na manifestację z 17 lipca 1949 roku, bo „jest za kościołem, a kłamać nie potrafi i mówi wszystko szczerze”.

Inni liczyli, że uda się wybrnąć z problemu w inny sposób. Ktoś próbował się tłumaczyć, że na wiecu być nie mógł, bo wyjechał poza Lublin po zapasy „żywności dla rodziny”. Inny mówił, że nie był, bo bolała go szyja, a poza tym nikt o wiecu go nie powiadomił.

Obecnie kolejne rocznice cudu lubelskiego możemy już obchodzić oficjalnie. W centrum uroczystości zawsze jest archikatedra lubelska.

Małgorzata Szlachetka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.