Wiesław Kozyra

30. rocznica największej w Polsce katastrofy lotniczej

30. rocznica największej w Polsce katastrofy lotniczej Fot. Maciej Macierzynski/ Reporter/polskatimes
Wiesław Kozyra

30 lat temu wydarzyła się największa w Polsce katastrofa lotnicza. Emerytowany dziennikarz Wiesław Kozyra był wtedy na jej miejscu. Dziś wspomina tamte gorące chwile.

Tragedia nastąpiła 9 maja 1987, trzydzieści lat temu. W Lesie Kabackim rozbił się samolot Ił-62M Tadeusz Kościuszko. W katastrofie zginęły 183 osoby. Byłem wtedy na II Kongresie PRON (Polska Rada Ocalenia Narodowego) w Warszawie. Ile to lat minęło? Największa katastrofa lotnicza wydarzyła się trzydzieści lat temu. Nie tak dawno, a mnie się zdaję, że przed wiekami! Bo wieki minęły! Tyle w moim życiu było historycznych wydarzeń, epokowych; tłok był wielki, tyle się zdarzyło. Okrągły stół, Jaruzelski, Kiszczak, inni tak zwani komuniści oddali władzę opozycji. Tak zwani, bo prawdziwi komuniści nigdy nie oddają władzy raz zdobytej. Ja tego byłem świadkiem, naocznym, dosłownie! Padł mur berliński, Europa Środkowa przeszła pokojową rewolucję, z wyjątkiem Rumunii, gdzie rozstrzelano Elenę i Nicolau Ceauşescu. Zmieniła się Europa, zmienił się cały świat, rozpadł się Związek Radziecki, w końcu upadł radziecki komunizm. Powstała Unia Europejska, a Polska znalazła się na księżycu… Bo jak inaczej nazwać, że przyjaźń dozgonną z Krajem Rad zamieniliśmy na przyjaźń z odwiecznym wrogiem, z Niemcami? Oszaleć można od tych epokowych zdarzeń!

Po tragedii w Lesie Kabackim nastąpił spór polityczny między Warszawą a Moskwą. To były czasy, kiedy z Moskwą nie warto było się spierać. Moskale twierdzili, że przyczyną katastrofy był błąd pilota, „czynnik ludzki”. Polacy wiedzieli swoje, że zawiniła technika. To był samolot produkcji radzieckiej, po przeglądzie technicznym w radzieckich zakładach lotniczych. Co się okazało? Oni dziurkę wywiercili, dla lepszego smarowania, a dziurka wał silnika osłabiła, turboodrzutowego, ten zaczął się sypać, w pobliżu Grudziądza. Pilot samolot zawrócił, benzynę na pola zrzucił, zmierzał na lotnisko Okęcie w Warszawie. Innych lotnisk w pobliżu nie było, na których olbrzymi Ił 62-M Tadeusz Kościuszko mógł awaryjnie lądować.

***

Centrum Prasowe Interpress. Wszyscy żyjemy obradami II Kongresu PRON. Ale jest kilkanaście minut po godzinie dwunastej i o tej porze znajduje się tutaj zaledwie kilka osób. Prowadzą luźne rozmowy. Nagle ktoś komuś coś mówi na ucho, widzę, jak ktoś inny podrywa się na nogi. Wybiega.

Co się stało? Już za chwilę wiemy wszyscy. Katastrofa polskiego samolotu, który leciał do Nowego Jorku. Ale gdzie? Dlaczego? Jak? Brakuje ściślejszych informacji. Dochodzą nowe, ale jedne sprzeczne z drugimi. Jedni twierdzą, że tragedia zdarzyła się tuż po starcie samolotu. Inni - że w drodze, gdzieś pod Grudziądzem. Jeszcze inni - że w drodze powrotnej na lotnisko. Ale jedno jest pewne - zginęli wszyscy, nikt się nie uratował.

Stoimy w gromadce i wymieniamy poglądy. Jak mogło do tego dojść? Zamach? Akt terroru? Nieszczęśliwy wypadek? Czy też po prostu techniczne niedopatrzenie?

Do Zdzicha Derbicha, pracownika Centrum Interpress, który stoi obok mnie, mówię: - Pamiętasz? Wczoraj o tym mówiliśmy...

Bo właśnie wczoraj, rozmawiając z nim o Polsce, o kongresie, o sytuacji w kraju i w gospodarce, posłużyłem się tym właśnie przykładem, że my zbyt często do wszystkiego podchodzimy na zasadzie „jakoś to będzie”. Więc zgodnie z tą zasadą „jakoś” się kieruje przedsiębiorstwem, wydziałem, brygadą, nie za dobrze, ot, tak sobie, bez wiedzy, bez wysiłku, bez wymagań. Tak samo „jakoś” się handluje w sklepie, „jakoś” tam reformuje gospodarkę, bez przekonania, bez przemyślenia. Po prostu jakoś. Byle jak. A jeśli w tym kraju rzeczywiście ma się coś zmienić, my wszyscy musimy przyjąć zasadę z lotnictwa. Że wszystko jest ważne, każdy szczegół, każda śrubka, wszystko musi być zrobione i potem sprawdzone z najwyższą uwagą. Bo inaczej samolot runie. I w ten sposób szybko i tragicznie zweryfikuje każdą fuchę, bylejakość, nieuwagę.

Przypadkowa przepowiednia? Zbieg okoliczności? Nie wierzę w przepowiednie.

Rozpoczyna się dziennik telewizyjny. Zaczyna się od tej tragicznej wiadomości. Teraz znamy już nieco więcej szczegółów. I ten szczegół, który teraz podrywa pozostałych dziennikarzy do działania. Kto ma samochód? Łapmy taksówkę! To blisko, w Lesie Kabackim, w pobliżu wsi Powsin.

Rzeczywiście, po kilkunastu minutach dostrzegamy pod lasem wozy milicyjne, nysy, fiaty. Podjeżdżamy polną drogą. Ale okazuje się, że komunikat wprowadził nas w błąd. Do katastrofy doszło rzeczywiście nieopodal Powsina, ale z tej strony nie sposób pokonać gęstego lasu. Nie ma żadnego przejazdu. Milicja też próbowała, nie wyszło. Radzą nam próbować od ulicy Puławskiej. Wracamy, dobieramy tak ulice, aby skrócić możliwie drogę. Już z oddali widać mrowie milicyjnych mundurów, wozów i kolumny nowych, ciągle nadjeżdżających. I wiele wozów strażackich. Milicja stara się zablokować każdą ścieżkę, dróżkę, która by prowadziła do lasu. Rośnie tłum gapiów. Ale czy jest sposób, żeby zablokować wszystkie dojścia, ze wszystkich stron, z pobliskich wsi, które okrążają Las Kabacki?

Kiedy więc w końcu, po wielu pertraktacjach, zostajemy dopuszczeni bliżej miejsca katastrofy, widać, że mimo milicyjnego kordonu zebrał się tutaj tłum ludzi.

Pan Czesław Buchalski był jednym z naocznych świadków katastrofy. Jechał rowerem na pobliską działkę. Samolot przeleciał tuż nad nim. Aż zdziwił się, że tak nisko. Nieraz przejeżdżał tutaj pod schodzącymi do lądowania samolotami, ale nigdy żaden z nich nie zniżył tak nisko lotu, w tej odległości od lotniska. Coś go tknęło, że samolot będzie chyba przymusowo lądował. Dlatego patrzył w górę, za samolotem. Jeśli pamięta... a nawet jest tego pewny, że samolot nie miał wysuniętego podwozia. To były sekundy, może ułamki sekund, ale jakby zrozumiał, że coś nie tak, że coś się stanie. Co? Tego wyobraźnia nie zdążyła podpowiedzieć.

Teraz to analizuje spokojniej. Tak - mówi - widziałem dym z dysz silników odrzutowych. I to byłoby normalne. Ale były też w tym dymie iskry. Widoczne iskry. Może nawet ognie? Nie wie, jak to sprecyzować. Ale zdawało mu się, że to może światła sygnalizacyjne. A to mogły być ognie. Nie wie. Ognie chyba nie. Bo jednak zdawało mu się, że silniki pracują normalnie. Ale co to znaczą takie wrażenie u człowieka, który ani z samolotami, ani z techniką nie ma nic wspólnego. I nagle spostrzegł, ale już z oddali, w odległości może dwóch, może trzech kilometrów, że samolot jakby zmienił kierunek w powietrzu i runął prosto w dół. I nastąpił wybuch. I ogień. Wielki ogień.

- A wcześniej, w powietrzu, kiedy samolot leciał nad panem, słychać było jakieś wybuchy?

- Nie - odpowiada Buchalski - wtedy żadnych wybuchów jeszcze nie słyszałem.

Pan Buchalski ma tutaj działkę i domek w pobliżu Skolimowa, Chylic. Mieszka latem trochę tu, trochę w Warszawie. Wiózł akurat na rowerze jakieś ogrodnicze bagaże, to postanowił wrócić, zostawić. Jeszcze podjechał do straży w Skolimowie, żeby jechali ratować.

Ale nie znam tych uliczek, ścieżek i okolic, więc pan Buchalski rysuje szkic. O - tu jest ulica Puławska, tu miejscowość Dąbrówka, tu Skolimów, tu Powsin. Samolot nadlatywał od strony Konstancina. O tak, jakby miał lecieć wzdłuż tej ulicy, Jagielskiej, w kierunku lotniska. A lotnisko jest gdzieś tutaj. Nie zdążył dolecieć!

W końcu Buchalski dociera na miejsce tragedii. Nie było sposobu podejść bliżej jak 30 metrów, taki był żar, wybuchy.

Widzę obok zaczerwienione oczy młodego mężczyzny. Skąd go znam? Ależ tak, to któryś z przygodnie poznanych dziennikarzy. Ale nie pamiętam jego nazwiska i zapytać nie bardzo mogę. Bo opowiada, że właśnie na ten samolot odprowadzał kuzynkę, która wracała do Stanów. Drży mu głos. Jest zmaltretowany psychicznie. Zbyt dużo przeżył, patrząc na to miejsce tragicznej katastrofy. Bo może tam, wśród tych porozrzucanych części ciał, może tu, może tam, jest trochę jego kuzynki.

I to najgorsze. Co myślała w tej chwili? I w chwili poprzedniej, i jeszcze poprzedniej. Czy wiedziała, że umiera? Co czuła? Co w ogóle się czuje w takiej chwili. Lęk? Przerażenie? Jak wielkie, jak ogromne? Jak beznadziejne?

A może jest to uczucie smutku bez dna, kiedy się ma dużo, bardzo dużo ułamków sekund, aby wszystko zrozumieć, pojąć, pogodzić się i wszystkich pożegnać.

Stoję, patrzę i myślę. Próbuję objąć wyobraźnią te ostatnie minuty i chwile. Czy wiedzieli, że zginą? Nikt się tego nie dowie, bo jeśli nawet pisali kartki, jak w tym japońskim samolocie, to i tak tutaj chyba wszystko spłonęło. A może nie wszystko? Przecież cały samolot, łącznie z kadłubem, został rozszarpany. A to, co zostało - jest na ziemi, na drzewach, gałęziach, liściach. Z samolotu i ludzi.

O godzinie 14.20 podjeżdża na róg ulicy Puławskiej i Jagielskiej samochód z ambasady USA. Za chwilę jadą z powrotem do Warszawy. Nie zostają wpuszczeni poza kordon. Nie wolno. Nie ma takiej dyspozycji. Wrócą za godzinę, za półtorej - w asyście milicyjnych fiatów i wtedy zostaną wpuszczeni.

Kto był na pokładzie? Większość Amerykanów? Polaków? Jeszcze nie wiadomo, ale kierowca taksówki powie mi później w drodze powrotnej, że jego zdaniem, to byli niemal sami Polacy. Niech pan zobaczy te kolejki przy Pięknej pod ambasadą. Codziennie.

Tu ciężko. Trudno powiązać koniec z końcem. A tam wystarczy pobyć rok, dwa i starczy na kupno nawet mieszkania. Więc ludzie się pchają. No bo kiedy u nas będzie lepiej! I czy w ogóle będzie? Więc sobie wymarzyli tę Amerykę! Wystali, wyczekali. I już pełni radości, nadziei nowego - unieśli się w powietrze. Ale ziemia ich nie puściła. Kazała im wrócić. Na zawsze. Tak myślę - mówi mój kierowca. Może ta sama śmierć nie jest taka straszna? Ale to czekanie...

Świadkiem katastrofy była również Joanna Król, dziennikarka z TV. Mieszka przy tej ulicy, Działkowej, z mężem - Jerzym Ciesielskim, artystą plastykiem. Mieszkają w niewielkim, skromnym, choć murowanym domku. Wokół cisza, zieleń, spokój. Nie to, co w centrum Warszawy. Wieszała akurat pranie, kiedy usłyszała samolot. Tutaj to nic nadzwyczajnego. Człowiek tak się przyzwyczaił, że czasami mu się zdaje, że tych schodzących do lądowania samolotów nawet nie słychać. Ale w tym locie było coś nienormalnego. Groźnego. Wpadła do domu i coś krzyknęła. Pan Jerzy Ciesielski usłyszał z kuchni ten jej krzyk i huk jakiegoś wybuchu. Wybiegł. Zobaczył ogień, dym, jakby paliło się u sąsiadów, u Kozikowskich. Złapał aparat fotograficzny, szpadel czy siekierę i pobiegł ratować. Dwieście metrów od jego domu płonął wrak samolotu. Ale czy to można nazwać wrakiem? Biegli też inni sąsiedzi, z łopatami, siekierami, co było pod ręką. Ratować. Koniecznie ratować.

Ale ratować się nie dało. Był tylko ogień. Żar, który nie pozwalał się zbliżyć. I nie było po co. O, tu gdzieś leżał ten identyfikator stewardesy. Na zdjęciu - taka ładna dziewczyna. Taka ładna…

A potem był ryk nadjeżdżającej straży pożarnej, potem milicja, karetki pogotowia.

Ogień przesłaniał wszystko, strzelały gaśnice. Jeden ze świadków mówi, że kiedyś widział jastrzębie. I jak ten na skarpie, w krzewach, niemal w zasięgu ręki zaatakował parę zakochanych sikorek. Wzbił się na wyższe gałęzie, trzymał ją? - jego? - w szponach, a partnerka - partner robił zygzaki w powietrzu, coś wykrzykiwał, przelatywał tuż obok napastnika, aż w końcu usiadł na pobliskiej gałęzi, kwilił bezczynnie, bezradny, że już nie można pomóc. On też nie mógł.

Pan Jerzy Zawadzki, też z tej ulicy, patrzył akurat w stronę żony i sąsiada Edwarda Witkowskiego, którzy o czymś rozmawiali, idąc nieopodal ulicą. Wtedy usłyszał jakiś dziwnie wielki i bliski szum. Odwrócił się w tę stronę i zobaczył, że ogromna maszyna leci na ich dom. Nagle samolot złożył się w prawo i runął w las. Przypadek? Czy taki był wybór pilota?

Maleńka Monika, córka Neyów, bawiła się z innymi dziećmi. Usłyszeli samolot. Chcieli znowu do niego wesoło krzyczeć. Może usłyszy? Może choć raz im odpowie? Ale tym razem krzyknąć nawet nie zdążyli, a samolot już odpowiedział.

opinie@prasa.gda.pl

Wiesław Kozyra

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.