A potem jeden wspólny krzyk. 80 lat temu Niemcy zaczęli akcję „Reinhardt”

Czytaj dalej
Fot. Archiwum
Bogdan Nowak

A potem jeden wspólny krzyk. 80 lat temu Niemcy zaczęli akcję „Reinhardt”

Bogdan Nowak

W marcu 1942 r. do zamojskiego getta dotarły alarmujące wieści z lubelskiego Judenratu. Rozpoczęła się tam brutalna akcja wysiedleńcza (Aktion Reinhardt). Zdołano ustalić, że Żydów z Lublina wywożono pociągami do Bełżca. Na zamojskich Żydów padł strach. Obawy szybko się ziściły. W sobotę, 11 kwietnia 1942 r. Niemcy otoczyli także getto w Zamościu.

Ludność zebrano na rynku Nowego Miasta (obok siedziby Judenratu). Nie wszyscy stawili się na miejsce zbiórki. Dlatego niemieccy oprawcy chodzili po domach i wyciągali z nich ludzi. Wielu starych i niedołężnych mordowano na miejscu (taki los spotkał m.in. 83-letnią Hessę Goldsztajn, siostrę znanego pisarza Icchaka Lejba Pereca). Tych, którzy zgłosili się na rynek lub zostali tam przyprowadzeni siłą, ustawiono w szeregach.

„Uformowali Żydów w czwórki, policzyli, a kiedy przekonali się, że na stan 21 wagonów (tyle liczył transport, którym planowano ich z Zamościa wywieźć) jest zbyt duży, zwolnili 50 osób, resztę popędzili na rampę obok budynku Ubezpieczalni” - pisał w swoich wspomnieniach Michał Bojarczuk, zamojski działacz społeczny, kronikarz i regionalista. „Najpierw szli mężczyźni i kobiety, z tyłu starcy i wózki z dziećmi. Pochód był gęsto otoczony gestapowcami”.

Człowiek zwalał się na bruk

Żydów pognano ul. Lwowską, w kierunku zamojskiego Starego Miasta. Tych, którzy nie mieli siły iść, zabijano (tak zginęło ponad 150 osób). Żydzi dotarli na tzw. rampę buraczaną między dzisiejszą ul. Orlicz-Dreszera a ul. Peowiaków. Tam czekał pociąg.

„Od Nowego Miasta do rampy droga była usiana trupami. Niemcy dość często krzyczeli „los” , po czym zawsze padał strzał i człowiek zwalał się na bruk. Gdy się znaleźli już na rampie, jakiś młody Żyd głośno przemawiał, żeby się nie dać tak mordować, że trzeba stawić opór. Nikt go nie słuchał” - pisał Bojarczuk. „Żydzi szybko wsiedli do wagonów, by uniknąć strzałów i bicia. Ciasnota była nie do opisania, w jednym wagonie było 150 osób (...). Wagony zostały zaryglowane, a rygle omotane kolczastymi drutami”

W 1939 r. mieszkało w Zamościu 12,5 tys. Żydów (było to 40 proc. mieszkańców miasta). Mieli swoje instytucje finansowe, szkoły, biblioteki, dwie synagogi, a nawet kluby sportowe „Hapoel” i „Szomrija”. Istniały w tym mieście dzielnice, gdzie skupiska Żydów były bardzo liczne (m.in. Stare i Nowe Miasto), a przy niektórych ulicach, np. przy Górnej, wszyscy obywatele byli Żydami.
Po wkroczeniu do Zamościa, Niemcy utworzyli w mieście Judenrat. W 1941 r. całą ludność żydowską przeniesiono do getta w zamojskim Nowym Mieście (utworzono je m.in. przy ul. Hrubieszowskiej i Gminnej).

Żydzi musieli nosić opaski z gwiazdą Dawida, a setki mężczyzn stawiały się codziennie do ciężkich robót. Pracowali m.in. przy budowie drogi z Zamościa do Szczebrzeszyna oraz na kolei: przy załadunku i rozładunku wagonów. Do getta przywieziono także ok. 2 tys. Żydów, których wysiedlono z różnych rejonów Rzeszy. Potem przybyli również Żydzi m.in. z Łodzi i Wrocławia.

Szacuje się, że w wyniku akcji przeprowadzonej 11 kwietnia 1942 r. zginęło ponad 3,1 tys. osób, w tym ok. 700 dzieci. Żydzi, których w mieście pozostawiono mieli nadzieję, że los ich oszczędzi. Jednak już 13 kwietnia w zamojskim Judenracie pojawił się 15-letni Lejb Wolsztajn, który uciekł z niemieckiego obozu zagłady w Bełżcu. Wywieziono go tam dwa dni wcześniej wraz innymi Zamościanami. Opowiadał, że gdy jego transport przybył do obozu, zamojscy Żydzi zaczęli złorzeczyć Niemcom i odmówili wykonania rozkazów (kazano im iść do budynku łaźni, gdzie czekała ich śmierć). Powstało potworne zamieszanie. Załoga obozu zaczęła do Żydów strzelać. Część Zamościan zginęła na miejscu, resztę doprowadzono do komór gazowych.

Wolsztajnowi udało się uciec do obozowej latryny. Potem udało mu się jakoś przedostać do Zamościa. Członkowie zamojskiego Judenratu zachowali wiadomości o tej tragedii tylko dla siebie i najbliższych. Jednak wieści docierały także innymi kanałami. „Kolejarze polscy zbadali sprawę i poinformowali pozostałych Żydów w Zamościu o strasznym mordzie w Bełżcu” – pisał Bojarczuk. „Od tej chwili Żydzi nie mieli już żadnych złudzeń”.

Rozstrzeliwują za byle głupstwo

Wcześniej jednak w tej niewielkiej miejscowości leżącej kilka kilometrów od Tomaszowa Lub. (przy drodze z Lublina do Lwowa) prześladowano inne grupy ludności. Wiosną 1940 r. Niemcy założyli w Bełżcu obóz przejściowy dla Romów, jak to określano „o charakterze fortyfikacyjnym”. Powstał na terenie folwarku należącego do rodziny Lewandowskich.

Pierwszy transport Romów trafił do Bełżca 25 maja 1940 r. Przywieziono w nim ok. 1,4 tys. Sinti, czyli jak wówczas mówiono „Cyganów” ujętych na terenie III Rzeszy. Potem transportowano innych więźniów z całej Polski oraz m.in. z Niemiec i Czechosłowacji. Romów przetrzymywano początkowo w murowanej stajni oraz spichlerzu na zboże. Tak o ich prześladowaniach pisał Janusz Peter, lekarz i społecznik z Tomaszowa Lubelskiego:

„Do Bełżca spędzono ich tylu, że w krótkim czasie zabrakło dla nich miejsca w dużej stodole dworskiej i nie mniejszym spichlerzu, niedaleko drogi do Narola. Musieli zatem koczować i na podwórzu (…)” - notował. „Kiedy głodni zza ogrodzenia wyciągali ręce do przechodniów, błagając o kawałek chleba, strażnicy niemieccy wpadali do wnętrza i na oślep bili bykowcem napotkanych po drodze. Rozlegały się wrzaski i jęki i na próżno przerażeni Cyganie starali się uciec przed razami rozbestwionych stróżów ładu. Kiedy zaś wśród zamkniętych wkradł się świerzb i wyniszczające choroby, Niemcy bez względu na pogodę pędzili ich co dzień o godzinie czwartej do kąpieli w stawku koło gorzelni. W obdartej gromadzie wielu słaniało się na nogach, a nawet padało z wycieńczenia. Bezwzględni konwojenci (...) strzelali do leżących krzycząc groźnie: los! los! Vorwärts!”.

Szacuje się, że od wiosny do jesieni 1940 r. więziono w obozie 11 tys. osób. W tej liczbie byli także Żydzi oraz podobno polscy chłopi, których karano np. za nieoddanie kontyngentów (przymusowych dostaw). Więźniów zatrudniano głównie przy budowie tzw. wału przeciwpancernego. Miał to być pas ziemnych umocnień o długości około 50 kilometrów. Budowano go między Bełżcem i Dzikowem Starym. Miał chronić przed ewentualnym atakiem z ZSRR. Więźniowie zagonieni do tych robót byli obdarci, brudni, schorowani, głodni. Wielu zmarło z wycieńczenia.

W 1941 r. rozpoczęto w Bełżcu budowę obozu zagłady. W marcu 1942 r. był on już gotowy. Wówczas zaczęto wdrażać zbrodniczy, niemiecki plan. Miał on dokładną, teoretyczną podbudowę. Bo jeszcze w styczniu 1942 r., na słynnej konferencji w Wansee, zebrali się wysokiej rangi urzędnicy państwowi pod przewodnictwem Reinharda Heydricha, protektora III Rzeszy dla Czech i Moraw, nazisty, esesmana, niemieckiego zbrodniarza (4 czerwca 1942 r. zginął w zamachu zorganizowanym w Pradze).

Tematem narady było „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”, czyli planowe ludobójstwo Żydów. Omówiono wówczas szczegóły operacji, której później na cześć Reinharda Heydricha nadano kryptonim „Reinhardt”. Dowództwo akcji powierzono Odilo Globocnikowi, dowódcy SS i policji w dystrykcie lubelskim. Jego sztab mieścił się przy ul. Spokojnej 1 w Lublinie, w dawnej siedzibie Męskiego Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego.

Metoda masowych mordów została już wcześniej opracowana w ramach akcji T-4. Niemieccy oprawcy zabijali wówczas osoby niepełnosprawne oraz chore umysłowo. Ową nową akcję planowano jednak przeprowadzić głównie w Bełżcu, Sobiborze i Treblince. Te miejscowości były położone na terenach leśnych, w pobliżu linii kolejowych: we wschodniej części Generalnego Gubernatorstwa. Żydów planowano także zabijać w obozach koncentracyjnych: na lubelskim Majdanku (KL Lublin) oraz w Auschwitz-Birkenau. Działano szybko. Pierwszy transporty do obozu w Bełżcu przybyły w połowie marca 1942 r. ze Lwowa. Rozpoczęto wówczas także deportacje żydowskich mieszkańców getta w Lublinie. Taki był początek akcji „Reinhardt”.

„Wśród Żydów panuje ogromne przygnębienie i niepokój” – pisał w swoim dzienniku pod datą 26 marca 1942 r. Zygmunt Klukowski, lekarz, społecznik i kronikarz ze Szczebrzeszyna. „Ze wszystkich stron dochodzą wiadomości o niesłychanych gwałtach dokonywanych na Żydach. Koleją przywożą całe pociągi Żydów z Czechosłowacji, z Niemiec i ostatnio nawet z Belgii. U nas też wysiedlają Żydów z różnych miasteczek i miast i wiozą przeważnie gdzieś w okolice Bełżca”.

A dalej Zygmunt Klukowski notował: „Dziś wysiedlono Żydów z Izbicy i wywieziono też do Bełżca, gdzie ma być podobno jakiś potworny obóz. Bardzo dużo Żydów przy tym ginie, bo rozstrzeliwują ich na miejscu, za byle głupstwo”.

Silnik sowieckiego czołgu

Obóz zagłady w Bełżcu zajmował powierzchnię 7,3 ha. Otaczało go ogrodzenie z drutu kolczastego oraz wieże wartownicze. Na tzw. obszarze dolnym obozu znajdowała się brama, baraki w których mieszkali wachmani oraz m.in. rampa na której przyjmowano transporty. Była ona stopniowo powiększana. W połowie 1942 r. jednocześnie mogło tam już przybyć 40 wagonów (maksymalnie wtaczano nie więcej niż 20 pociągów).

Obok stały także baraki, w których dokonywano wstępnej selekcji mienia przywiezionych osób. W tzw. obozie górnym znajdowała się natomiast „rozbieralnia”, skąd wychodziła tzw. „śluza”. Był to rodzaj korytarza zamkniętego z obu stron ogrodzeniem. Prowadził on do trzech komór gazowych, w których można było jednocześnie zamordować 450 do 480 ściśniętych do granic możliwości ludzi. Znajdowały się one w drewnianym budynku.

„Od rampy znajdującej się na tyłach tego budynku prowadziła linia wąskotorowa, którą żydowscy więźniowie z Sonderkommando transportowali ciała do masowych grobów ulokowanych również w tej części obozu” – pisał Robert Kuwałek w książce pt. „Obóz zagłady w Bełżcu”. „Z tyłu budynku komór gazowych ulokowany został silnik z sowieckiego czołgu, który połączono rurami z komorami gazowymi. Specjalnie spreparowane paliwo służyło do produkcji gazu spalinowego, za pomocą którego esesmani mordowali Żydów (…). W zachodniej części Obozu II znajdowały się także masowe groby”.

Potem komory gazowe zastąpiono nowymi, w centralnej części obozu. Były one betonowe, znacznie większe od poprzednich. Przez cały okres funkcjonowania obozu załoga esesmańska nie przekraczała 30 osób. Dowodzili nimi brutalni komendanci. Początkowo tę funkcję pełnił Christian Wirth, a później zastąpił go Gottlieb Hering. W obozie, gdzie sprawowali bezwzględną władzę zamordowano w sumie co najmniej 434 tys. osób. Byli to Żydzi z południowo-wschodniej części przedwojennej II Rzeczpospolitej, głównie z województw: lubelskiego, krakowskiego, lwowskiego, tarnopolskiego i stanisławowskiego.

W komorach gazowych zamordowano tam także wielu żydowskich mieszkańców Niemiec, Austrii, Słowacji i Czech. Natomiast podczas całej akcji „Reinhardt” uśmiercono ponad 2,8 miliona ludzi. Niewiele o tych wszystkich ofiarach dzisiaj wiadomo, bo Niemcy nie ewidencjonowali ludności podczas akcji deportacyjnych. Nie robiono tego także po przybyciu Żydów do obozu w Bełżcu, a należące do nich dokumenty były palone. Dlatego tak cenne są nieliczne relacje świadków, którzy tę tragedię widzieli.

„Niejednokrotnie miałem możność zauważyć, że ludzie wiezieni na teren obozu byli kompletnie nadzy” – czytamy w powojennym zeznaniu Tadeusza Misiewicza, jednego ze świadków. „Widać było to przez wybite deski w wagonach towarowych (…). Jak mi opowiadano na stacji kolejowej Bełżec, to w jednym z wagonów wiozących Żydów do obozu śmierci w Bełżcu, Żydzi wyrwali deskę w wagonie, przez który to otwór wychyliła się Żydówka, wołając ratunku. Za to została uderzona w twarz przez żandarma niemieckiego z taką siłą, że rozbił jej twarz”.

Inne relacje także są wstrząsające. Tak o wpędzaniu ludzi do tzw. śluzy pisał Rudolf Reder, jeden z zaledwie kilku więźniów, którym udało się przeżyć pobyt w bełżeckim obozie. „Z chwilą gdy kobiety gnano nagie, ogolone, biczem jak bydło na rzeź, bez liczenia, szybko, szybko – mężczyźni ginęli już w komorach” – wspominał. „Golenie kobiet trwało mniej więcej dwie godziny, tak długo też trwały przygotowania do mordu i sam mord. Kilkunastu SS-manów gnało pejczami i ostrymi bagnetami kobiety, aż do budynku komory, przez trzy schodki do sieni, a askarzy odliczali po 750 do każdej komory. Kobietom, które wzbraniały się wejść askarzy wbijali w ciała bagnety, krew się lała i w ten sposób wpędzali je do kaźni. Słyszałem zasuwane drzwi, jęki i krzyki, słyszałem rozpaczliwe wołanie po polsku, po żydowsku, mrożące krew lamenty dzieci i kobiet, a potem jeden wspólny krzyk… Trwało to piętnaście minut (…), a po dwudziestu minutach było cichutko”.

Gdy drzwi komór otwierano, martwe ciała często nadal… stały w ścisku. Jednak Żydzi ginęli w tym czasie nie tylko w komorach gazowych.

Z podniesioną głową

„Poczynając od 25 marca 1942 r. kurs w stosunku do Żydów zaostrzył się jeszcze bardziej” - pisał Michał Bojarczuk. - „Żydów przerzucano z miasta do miasta, wywożono do Bełżca i innych obozów śmierci, dużo rozstrzeliwano na miejscu, dzieci mordowano bez żadnych skrupułów. Zlikwidowano Żydów w Krasnobrodzie, Izbicy, Tomaszowie, Zwierzyńcu. 21 października 1942 r. ostatecznie zlikwidowano Żydów w Szczebrzeszynie. W Zamościu wykończono wszystkich Żydów niepolskich. Do Bełżca codziennie przychodziły pociągi z Żydami na zagładę. Zwłoki pomordowanych Niemcy palili, aby nie zostawić śladu zbrodni. Na dobitek w getcie zamojskim od dłuższego czasu szerzył się tyfus (…). Niemcy mieli rozkaz, by Żydów mordować wszystkimi możliwymi środkami. Żydzi nie wytrzymywali nerwowo, dużo zapadało na ciężką chorobę nerwową, obłąkanie, wielu umierało na zawał serca”.

Mieszkańcy zamojskiego getta żyli w ogromnym strachu. W październiku 1942 r. nadal przebywało tam ponad 4 tys. osób. Wtedy Niemcy postanowili ostatecznie „oczyścić” miasto z Żydów. 16 października przeprowadzono likwidację getta. Tym razem lokalnych oprawców wspierał specjalny batalion żandarmerii zmotoryzowanej, sprowadzony z Warszawy. O godz. 5 nad ranem getto zostało otoczone kordonem Niemców. Opornych wyciągano z domów, bito lub mordowano na miejscu. Potem tłum pędzono ulicami: Lwowską, Peowiaków i Lubelską, do Izbicy.

Ludzie szli piątkami, a kolumna rozciągała się na kilkaset metrów. Tych, którym zabrakło sił, zabijano. Taki los spotkał ponad 100 osób (byli to głównie starcy i dzieci). Zginęli m.in. Łaja Szeps, felczer Izaak Wechter. Obok kościoła w Sitańcu samobójstwo popełniła lekarka, dr Bronisława Rosenbuch-Spiegielglass. Ten koszmarny marsz trwał osiem godzin. Żydzi trafili do getta przesiedleńczego w Izbicy.

„Jak słyszałem, niektórzy Żydzi po bohatersku znosili te cierpienia i w pochodzie szli z podniesioną głową” – napisał w swoim dzienniku pod datą 18 października 1942 r. Adam Mastaliński, jeden z ówczesnych mieszkańców Zamościa. „Łatwo sobie można wyobrazić w jakim stanie i w jak zmniejszonej liczbie ten pochód dotarł do Izbicy, jeśli matki szły obarczone dziećmi i jeśli szli tam starcy, niedołęgi i kaleki. I rzeczywiście, po paru godzinach, gdy samochód naszej spółdzielni (autor pracował w jednej z niemieckich firm jako kolczykarz) nadjechał od strony Lublina, szofer był bardzo podenerwowany, gdy mówił: „Ile trupów, ile trupów leży po drodze. Nie chce się żyć po tym wszystkim, co się widziało”. Siepacze więc dokładnie wykonywali swe obowiązki, gdy kto upadł w pochodzie…”.

„W Izbicy Żydzi byli bardzo krótko, wywieziono ich do Bełżca na zagładę” - pisał natomiast Michał Bojarczuk. „Jeszcze tego samego dnia inna grupa Niemców rozpoczęła plądrowanie mieszkań pożydowskich w (zamojskim) getcie, szukając wartościowych rzeczy. Wiatr roznosił tumany pierza z rozprutych piernatów, psy wałęsały się po pustych ulicach i w nocy niemiłosiernie wyły. Trupy żydowskie leżały na ulicach i w zaułkach. Polakom do getta wstęp był wzbroniony pod karą śmierci”.

Modlitwa za ofiary

Przez kilka dni Niemcy poszukiwali jeszcze ukrywających się Żydów. Znaleźli podobno kilkuset. „Przez dłuższy jeszcze czas odnajdywano Żydów w zamojskim getcie, ukrytych w różnych zakamarkach, okropnie wynędzniałych i wyczerpanych nerwowo” - notował Bojarczuk. „Zabijano ich na miejscu”.

W Muzeum-Miejscu Pamięci w Bełżcu we wtorek (15 marca) odbyła się uroczystość upamiętniająca ofiary niemieckiej Akcji „Reinhardt”. Jednocześnie uczczono także 80 rocznicę pierwszych, masowych deportacji do obozu zagłady w Bełżcu. Uroczystości zorganizował Instytut Pamięci Narodowej oraz Państwowe Muzeum na Majdanku. Odczytano m.in. relacje trojga świadków ocalałych z obozu w Bełżcu: Poli Hirszman, Ireny Schnitzer i Rudolfa Redera. Prezentowana była również relacja Eustachego Ukraińskiego, nauczyciela dawnej szkoły powszechnej w Bełżcu.

Następnie modlono się za ofiary. Na zakończenie uroczystości zebrani przeszli do niszy Ohel znajdującej się na terenie Muzeum-Miejsca Pamięci w Bełżcu. Tam zostały złożone kwiaty i wieńce oraz zapalono znicze.

Bogdan Nowak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.