Andrzej Fidyk: - Od oglądania rozbolały ich brzuchy

Czytaj dalej
Fot. Filip Kowalkowski
Roman Laudański

Andrzej Fidyk: - Od oglądania rozbolały ich brzuchy

Roman Laudański

- Postanowiłem, że będę robił filmy gdzieś w świecie, a nie w Polsce - mówi Andrzej Fidyk.

„Defiladę”, dokumentalny film o kulcie jednostki w Korei Północnej nakręciliście, kiedy w Europie wschodniej systemu chylił się już ku upadkowi.
Telewizja Polska miała umowę o współpracy z Telewizją Północnokoreańską i w ramach niej, co pół roku, polska ekipa latała do 
Korei Północnej. Kiedy wpadłem na pomysł zrobienia „Defilady”, postarałem się, żebym to ja tam poleciał. Pomysł zrodził się po obejrzeniu północnokoreańskich materiałów propagandowych, które - z naszego punktu widzenia były prześmiewcze i szalone. W kontekście człowieka z innego kręgu kulturowego niż Korea Północna - były po prostu beznadziejne, bo propaganda ośmieszała samą siebie. Nakręciłem „Defiladę” w taki sam sposób, w jaki północni Koreańczycy robią swoje filmy propagandowe. Pomysł okazał się mocny. To był film, który realizowało mi się najłatwiej, bo byliśmy najbardziej zdyscyplinowaną ekipą, filmowaliśmy tylko to, co oni chcieli nam pokazać. Każdego dnia wieczorem wiedziałem, że powstaje coraz lepszy film. Pomiędzy wierszami tej propagandy pojawiała się brutalna prawda o supertotalitarnym systemie obowiązującym w Korei Północnej.

Dużo złego mówiło się o komunie w Polsce, ale w porównaniu z Koreą Północną byliśmy „najweselszym barakiem w Europie Wschodniej”.
Miałem okazję poznać wcześniej Związek Radziecki, Rumunię i inne kraje socjalistyczne i potrafiłem sobie wyobrazić, że przy wyjątkowym splocie okoliczności mógłbym zostać zmuszonym do zamieszkania w którymś z nich. Z trudem, ale mogłem to sobie wyobrazić. Natomiast to, co działo się w Korei Północnej, przypominało teatr, sztuczną rzeczywistość wypreparowaną na pożytek propagandy. Nawet w najczarniejszych snach nie potrafiłem sobie wyobrazić, że mógłbym być cząstką tamtego społeczeństwa!

- Postanowiłem, że będę robił filmy gdzieś w świecie, a nie w Polsce - mówi Andrzej Fidyk.
Filip Kowalkowski - Postanowiłem, że będę robił filmy gdzieś w świecie, a nie w Polsce - mówi Andrzej Fidyk.

Po latach koreański temat powrócił w pana twórczości.
Przez całe zawodowe życie starałem się, by każdy mój następny film był kompletnie różny w temacie i treści od poprzednich. W 2004 roku przestałem być szefem Redakcji Filmów Dokumentalnych w telewizyjnej „Jedynce” i zastanawiałem się, co robić dalej? Przedstawiciele jednej z norweskich organizacji praw człowieka, która znali wcześniej „Defiladę”, zaproponowali, żebym poszukał pomysłu na nowy film o nieprzestrzeganiu praw człowieka w Korei Północnej. Zacząłem czytać wszystko na ten temat i wyszło, że powinienem zrobić film o obozach koncentracyjnych Korei Północnej. Obozach wciąż działających w XXI wieku!

Nie było szans na wjechanie tam z kamerą.
Nawet nie wjechałbym do Korei Północnej, już nie mówiąc o obozie. Szukałem pomysłu. Najpierw chciałem wspólnie z uciekinierami z koreańskich obozów koncentracyjnych, a jest takich osób kilkanaście - zrobić spektakl o ich losach w Korei Północnej. Jesienią 2004 roku poleciałem do Seulu na tzw. dokumentację - chciałem znaleźć reżysera. Znajomi uprzedzali, że tego nie da się zrobić, ale dzięki organizacjom pozarządowym zajmującymi się uciekinierami z Korei Północnej, trafiłem na Jung Sun Sana. Zaczęliśmy rozmawiać na 
temat kameralnego spektaklu, którego produkcję wsparłyby pieniądze z Europy. Nie chciał, nie widział w tym sensu. Kiedy rozmawialiśmy dłużej, pomysł małego spektaklu urósł nam do dużego musicalu. I to go dopiero zainteresowało.

Musical o obozach koncentracyjnych?!
Moje filmy traktuję profesjonalnie, wręcz klinicznie, ale tym razem tak się nie dało - odchorowałem tę produkcję.

Przepraszam za porównanie, ale jak można zrobić musical np. z radzieckiego GUŁagu? Niewiele jest filmów, które „na wesoło” opowiadają o obozowym życiu.
To nie było „na wesoło”. Musical opierał się na świetnej muzyce i choreografii. To nie była komedia. Tylko przepłaciłem to wieloma miesiącami koszmarnych snów łączących straszne tortury z piękną muzyką.

Trauma?
Chyba tak, aczkolwiek pomysł był unikatowy: pokazanie życia w obozie koncentracyjnym w formie musicalu. Wybrałem siedmioro bohaterów, którzy byli więźniami obozów w Korei Północnej. Treść musicalu oparta była o ich obozowe doświadczenia. Film zatytułowany jest „Historie z Yodok”, a „Yodok” to nazwa obozu koncentracyjnego w Korei Północnej. Z niego niektórzy więźniowie polityczni mają szansę wyjścia, bo są i takie obozy, w których karę odsiaduje się dożywotnio.

Chyba „Yodok” był najcięższą dla pana produkcją. Film o „Kiniarzach z Kalkuty” czy o karnawale w Rio nie był już tak przejmujący?
Z całą resztą - rzeczywiście - radziłem sobie „na luzie”. Zawsze profesjonalnie myślałem, jak z materii, w której się obracam, zrobić jak najlepszy film. „Yodok Stories” był najcięższy, bo nie dało się zachować neutralności. Nie dało się trzymać emocji z dala od siebie.

Internet może doprowadzić do zaniku dokumentu? Filmy dokumentalne przestaną się pojawiać w telewizji? Teraz dokumenty nadawane są w telewizorze o godzinie 23.30, to nie jest pora dla człowieka, który rano wstaje do pracy.
Trwa dyskusja, na ile będzie kurczyć się rola telewizji i rosnąć internetu, ale nie czuję się najmądrzejszy do jej rozstrzygania. Dziś już bardzo dużo najlepszych filmów dokumentalnych świata można oglądać w internecie, są też w wersji polskiej, tylko przerywane są reklamami, żeby emitować je za darmo. Kiedy pracowałem w redakcji, to oprócz innych źródeł pozyskiwania dobrych zagranicznych filmów dokumentalnych - używaliśmy internetu, żeby wyszukiwać najciekawsze dokumenty. A co do pory emisji... Dopóki pracowałem i miałem swój program „Oglądaj z Andrzejem Fidykiem”, to miał idealną porę emisji 
- w czwartek o godz. 22.20. Dobra pora, bo wcześniej nie mógłby konkurować z telenowelami, na które czekają codziennie miliony ludzi, a pora nie była tak późna, żeby mogli obejrzeć to zainteresowani.

Dlaczego nie wybierał pan tematów krajowych do swoich dokumentów?
W końcu lat 80. ubiegłego wieku, kiedy zacząłem jeździć na festiwale i poznałem kolegów filmowców z Europy i ze świata, uświadomiłem sobie, że oni potrafią zrobić wybitne i skomplikowane filmy bardzo daleko od swoich krajów. Mają zmysł organizacyjny, dobrą logistykę i kręcą świetne filmy. Nikt z Polski wtedy tego nie robił. Postanowiłem, że będę robił filmy gdzieś w świecie, a nie w Polsce.

Co inspirowało, jak trafiał pan na tematy?
Każdy pomysł na film był wynikiem splotu okoliczności. W latach 90. interesowałem się fenomenem kina indyjskiego...

...Bollywood.
Akurat to słowo powstało później, kiedy kinem indyjskim zainteresowała się cały świat. A wtedy niewielu wiedziało, że Indie produkują rocznie więcej filmów fabularnych niż Stany Zjednoczone. Pomysłem na film zrodził się, kiedy znajomy opowiedział mi o spotkaniu w Indiach kina objazdowego. To było to! Wiedziałem, że muszę zrobić film o fajnej ekipie, z którą objedziemy część Indii. Po drodze będziemy szukali odpowiedzi, na czym polega ogromna rola społeczna i polityczna kina w tym kraju. No i musiało się dużo dziać po 
drodze, ażeby film był atrakcyjny. To mój ulubiony film, który zrobiłem troszeczkę od tyłu. Na ogół zaczyna się od tematu, bohaterów, a tu miałem ogólną wizję, ale nie miałem bohaterów. Kiedy pojechałem do Indii po raz drugi, w okolicach Kalkuty odwiedziłem kilkanaście ekip objazdowego kina. W nich nie było poczucia żadnej misji, to byli prości rzemieślnicy. Nic w nich nie iskrzyło. Na nich nie mogłem oprzeć filmu dokumentalnego, bo tego by nie unieśli. Dopiero, kiedy spotkałem dwójkę bohaterów: właściciela kina objazdowego pana Batu oraz 80-letniego malutkiego człowieczka nazywanego „Mama”, czyli wujek po bengalsku, którzy kłócili się właściwie na każdy temat, to wiedziałem, że para jest genialna i postanowiłem z nimi pracować. Razem wyruszyliśmy z kinem objazdowym.

W kolejnych wsiach rozstawiali ekran i na projekcje schodzili się wszyscy ludzie?
W niektórych wsiach stawiali ściany, na 
wzór kina na dwa tysiące osób, a czasami sam ekran i kiedy się ściemniało, puszczali film. W pewnym momencie wpadliśmy na pomysł, że żyją w Indiach dzikie plemiona, które nie miały kontaktu z cywilizacją. Postanowiliśmy znaleźć takie plemię i pokazać im film. To się udało. Liczyłem na to, że ich reakcja będzie niezwykłą puentą mojego filmu, a okazało się, że była... mniej niż żadna. Wcale nie zaglądali za ekran, żeby zobaczyć, gdzie schowali się ci dziwni ludzie. Film ich nie zainteresował. Odchodzili podczas projekcji...

Czasem w dziennikarskiej pracy wyobrażamy sobie fajną puentę reportażu czy mocne zakończenie wywiadu, a tu nic.
Trochę byłem zrozpaczony, bo indyjska ekipa chciała kończyć film i wracać na święto bogini Kali, a ja zostałem bez puenty. Dopiero, kiedy pomyślałem, że skoro ten brak reakcji zaskoczył nas wszystkich, to z tego muszę zrobić silne zakończenie. Zdążyłem nagrać wypowiedzi starszyzny, która podziękowała nam, że przyjechaliśmy do nich z tym filmem, ale oni bardzo proszą, żebyśmy więcej nigdy już tego nie robili, bo oni mają swoje ważne sprawy. Chodzą kilka razy dziennie do dżungli, dużo rozmyślają, a nasz film im w tym przeszkadza. Od jego oglądania rozbolały ich brzuchy.

- Postanowiłem, że będę robił filmy gdzieś w świecie, a nie w Polsce - mówi Andrzej Fidyk.
Filip Kowalkowski - Postanowiłem, że będę robił filmy gdzieś w świecie, a nie w Polsce - mówi Andrzej Fidyk.

Rewelacja!
Kiedy to nagrałem, wiedziałem, że mam puentę filmu. W „normalnych” hinduskich wioskach ludzie pałali wielką miłością do filmu, z niezwykłą siłą wpatrywali się w ekran, a nieskażone cywilizacje plemię nie chciało żadnego filmu!

Ma pan kolejne pomysły na dokument? Trzeci tydzień trwają strajki w Rumunii, gdzie setki tysięcy ludzi wyszło na ulice. Niewiele się o tym mówi. To mógłby być temat?
Nie ulegałem tematom bieżącym. Zaczynałem się zajmować filmami, kiedy w głowie zaskoczył mi jakiś pomysł. Na zlecenie BBC zrobiłem w latach 1992-93 film „Rosyjski striptiz” o eksplozji seksu w postradzieckiej Rosji. W „Teleexpressie” usłyszałem, że w Moskwie otwarto szkołę striptizu, co samo w sobie było genialną informacją i w ciągu kilku sekund wiedziałem, że to fantastyczny punkt wyjścia do dużego, politycznego filmu o stosunku totalitarnej władzy radzieckiej do seksu i erotyki. Pomysł powstaje ze skojarzenia kilku elementów i wtedy zaczynam nad nim pracować. Tu nie ma miejsce na coś „na siłę”. Teraz czekam, aż coś znowu we mnie zaskoczy i stwierdzę: tak, chcę to robić.

Andrzej Fidyk,
reżyser i scenarzysta kilkudziesięciu filmów dokumentalnych m.in. „Idzie Grześ przez wieś”, „Prezydent”, „Królewna Śnieżka, telefon i krowa”, „Defilada”, „Kiniarze z Kalkuty”, „Taniec trzcin”, „Yodok Stories”, „Balcerowicz. Gra o wszystko”. Był szefem Redakcji Filmów Dokumentalnych Programu 1 TVP. Twórca programów „Czas na dokument”, „Miej oczy szeroko otwarte”, „Czas na kontrowersyjny dokument”, „Oglądaj z Andrzejem Fidykiem”. Wykładowca na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach oraz na Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego.

Spotkanie
odbyło się w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej w Bydgoszczy w ramach Dyskusyjnych Klubów Książki.

Roman Laudański

Nieustającą radością w pracy dziennikarskiej są spotkania z drugim człowiekiem i ciekawość świata, za którym coraz trudniej nam nadążyć. A o interesujących i intrygujących sprawach opowiadają mieszkańcy najmniejszych wsi i największych miast - słowem Czytelnicy "Gazety Pomorskiej"

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.