Andrzej Sikorowski: Jestem leniem patentowanym

Czytaj dalej
Fot. Materiały prasowe
Paweł Gzyl

Andrzej Sikorowski: Jestem leniem patentowanym

Paweł Gzyl

Swoją premierę ma właśnie płyta „Sikorowski 50 lat śpiewania”. Stała się ona dla nas pretekstem do rozmowy z krakowskim bardem, podsumowującej pół wieku jego kariery i... małżeństwa.

- W zeszłym roku wypadł jubileusz pięćdziesięciu lat pana śpiewania. Tymczasem przyszła pandemia i kolejne lockdowny. Nie miał pan nastroju na świętowanie?
- Nie jestem fanem takich obchodów. Kolejne jubileusze to tylko potwierdzenie, że czas upływa. Nie widzę jednak powodu, żeby to jakoś szczególnie czcić. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że okrągły jubileusz jest bardzo medialny i organizatorzy lubią, kiedy na plakacie pojawia się takie sformułowanie, ponieważ publiczność spodziewa się czegoś ekstra i chętniej kupuje bilety na koncert. Dla mnie jest to jednak tylko konstatacja, że jestem o ileś lat starszy. Jeżeli płynie z tego jakaś satysfakcja, to jedynie taka, że udało się długo wytrwać, a przecież w show-biznesie to nie jest częste. To stwierdzenie dodaje otuchy – tym bardziej, że jest połączone ze świadomością, że człowiek nie musi się już z nikim ścigać i niczego udowadniać.

- Kiedy pan zaczynał, było inaczej?
- Na początku tej przygody trzeba jakoś dotrzeć do mediów i publiczności. To znaczy, że trzeba wziąć udział w jakimś festiwalu, znaleźć się na liście przebojów, doczekać pozytywnej recenzji w prasie. Teraz sytuacja wygląda całkowicie inaczej. Moim impresariem jest telefon, który dzwoni lub nie dzwoni. Cała reszta polega na tym, by ten telefon odebrać, uzgodnić ewentualne warunki i pojechać na koncert. To jest bardzo miła świadomość.

- Nie planuje pan jeszcze artystycznej emerytury?
- Nigdy nie zakładałem, że muszę na estradzie dokonać żywota. Kariera w stylu Mieczysława Fogga mnie nie interesuje. Nie chcę odbierać braw tylko z tego powodu, że jestem w stanie ustać przed mikrofonem. „O, jaki staruszek, a daje jeszcze radę”. Jestem wobec siebie dosyć surowym sędzią i będę śpiewał tak długo, jak będę miał na to ochotę, jak moje struny głosowe wytrzymają obciążenie półtoragodzinnym koncertem i jak długo moje palce będą poruszały się jako tako po gryfie gitary. Kiedy zobaczę, że to się nie udaje, z wielką radością powiem sobie: „Chłopie, objechałeś pół świata, więc teraz możesz posiedzieć w domu, spotykać się ze znajomymi i oglądać ukochany sport w telewizji”.

- Mimo tej niechęci do jubileuszy, w zeszłym roku udało się panu zorganizować wyjątkowy koncert w krakowskim Teatrze Słowackiego. Jak narodził się ten pomysł?
- Kiedy zostaliśmy dotknięci pandemią, zobaczyłem, że muzycy, którzy ze mną pracują, mają poważne problemy. Dlatego podobnie jak wielu innych wykonawców, wystąpiliśmy o pomoc. Kiedy ją dostaliśmy, postanowiliśmy przeznaczyć środki na zrobienie czegoś specjalnego. Pod hasłem „jubileusz” zmieścił się koncert w Teatrze Słowackiego, podczas którego wystąpiło wielu artystów: ja, moja córka Maja, muzycy z którymi obecnie współpracuję, zespół Pod Budą i Kroke. W sumie w wydarzeniu wzięło udział i zarobiło jakieś pieniądze aż 60 osób. A w okresie lockdownów nie było to takie proste. Wynajęliśmy Teatr Słowackiego, bo to prestiżowe miejsce w Krakowie, bliskie mi nie tylko topograficznie, ponieważ mieszkam od niego 200 metrów. Co ciekawe zagraliśmy tyłem do widowni i potraktowaliśmy ją jako naturalną dekorację.

- Niedawno rozmawiałem z Grzegorzem Skawińskim z Kombii i on powiedział, że występ dla pustej widowni był dla niego jednym z najgorszych doświadczeń w karierze. Jak się panu śpiewało bez widowni?
- Źle. Moją widownią byli ludzie z obsługi technicznej, którzy zajmowali się dźwiękiem i oświetleniem. To nie było pierwsze takie doświadczenie. Kiedyś wystąpiłem w koncercie piosenek Andrzeja Zauchy w ICE Kraków – i tam śpiewałem do pustej widowni, która może pomieścić aż dwa tysiące osób. I to było dosyć ponure. Jak się nie widzi twarzy widza, która reaguje na nasz przekaz, to ma się poczucie, że taki występ jest do ściany. Wątłym pocieszeniem dla piosenkarzy może być to, że kabareciarze mają jeszcze gorzej. Opowiadanie dowcipów do nikogo, to już jest kompletny koszmar. Jak się nie słyszy, że ktoś się śmieje z żartu, to można podciąć sobie żyły. Niedawno Andrzej Grabowski opowiadał mi, że miał właśnie taką przygodę.

- Powstał jednak znakomity koncert, który można oglądać w serwisie YouTube, a teraz ukazuje się płyta CD i DVD z jego rejestracją. W sumie to 40 piosenek z całej pana kariery. Trudno było dokonać panu tej selekcji?
- W jakimś sensie było trudno. Ale ja za każdym razem, kiedy wychodzę na estradę, mam świadomość, że jestem na taką selekcję skazany. Napisałem w życiu ponad 300 piosenek, a normalny recital to około 20 utworów, więc trzeba wybierać. Nie jestem w stanie ominąć tych najstarszych przebojów, bo ludzie na nie czekają. Zdarzało mi się czasem w arogancki sposób podchodzić do wczesnych piosenek – czyli ich nie wykonywać. Wtedy po koncercie widzowie przychodzili i pytali: „Dlaczego nie było „Ciotki Matyldy”? Już w „Rejsie” zostało powiedziane, że lubimy najbardziej te piosenki, które już znamy. Trzeba było więc zachować trochę evergreenów i dodać utwory nowsze. Swoistym rodzynkiem był segment Mai i Kroke – bo to są utwory śpiewane po grecku. I tu też musiałem dokonać pewnej selekcji, bo zdaję sobie sprawę, że każdy repertuar w języku obcym, może być na dłuższą metę dla polskiego słuchacza niestrawny. Trzeba więc było tak wyważyć proporcje, żeby się to wszystko ze sobą komponowało. I chyba się udało, bo koncert obejrzało w sieci w ciągu 11 miesięcy ponad 800 tysięcy widzów. Z tego wynika, że przypadł ludziom do gustu.

- Kiedy posłuchałem tych piosenek, to uświadomiłem sobie, że jest pan przede wszystkim balladzistą. Większość pana piosenek ma nostalgiczny ton i odwołuje się do czasu minionego. Z czego to wynika?
- Jestem dość odporny na nowinki i konsekwentny w tym, co robię. Nigdy nie zamachnąłem się na inny rodzaj muzyki, który był akurat modny. Bo zdawałem sobie sprawę, że bym się w tym czymś źle czuł. Piosenka to jednak bardzo osobista wypowiedź. To opowieść o najbliższym nam świecie: rodzinie, mieście, kraju. Dlatego w sumie wszyscy autorzy nieustannie opowiadają tę samą historię, tylko spoglądają na nią pod różnym kątem.

- Pana teksty to opowieści o codziennych zdarzeniach i zwykłych ludziach. Co inspiruje pana w tym szarym życiu?
- Dla uważnego obserwatora, świat, który się wokół nas rozgrywa, jest bardzo interesujący. Trzeba tylko umieć się mu przyjrzeć. Ja nie mam ambicji filozofowania czy odnoszenia się do spraw absolutnych. Staram się pisać piosenki o tym, na czym się znam. A znam się na ulicy, na knajpie, na miłości, na zdradzie, na ojcostwie i dziadkowaniu. W moich piosenkach nie pojawi się próba rozgryzania tajemnicy bytu. Bo o tym nie mam zielonego pojęcia.

- Piosenkę można napisać o wszystkim?
- Oczywiście. Kiedyś pojechałem gdzieś w Polskę na koncert i po jego zakończeniu założyłem się z widzami, że napiszę piosenkę tu i teraz przy kawiarnianym stoliku. Stała na nim filiżanka, wymyśliłem więc, że ona przy pomocy swego uszka podsłuchuje co się wokół dzieje. Potem się rozbija – i pojawia się puenta, że źle kończą ci, którzy tylko słuchają. Można więc wszystko „ugryźć”, trzeba tylko umieć znaleźć na to patent.

- Kraków i jego mieszczaństwo nigdy nie był dla pana zbędnym balastem?
- Ja jestem fanem swojego miasta. Przez wychowanie w tradycji, nie przeszkadza mi jego grajdołkowatość, która wielu ludzi drażni. Często spotykam się z opiniami kolegów z branży, którzy przenieśli się skądś do Krakowa, że nie potrafią się wbić w tutejsze koterie. Moja żona mówi, że kiedy spotykam jakiegoś krakusa, to od razu nawiązuję z nim kontakt, bo posługujemy się tym samym kodem pojęciowym. I zaczyna się gadanie: „Tutaj była taka cukiernia, a tam – było takie kino”. Kiedy idę na krakowski rynek, to mam wrażenie, że my się wszyscy znamy. Że to małe miasto, mimo że ma ponad 800 tysięcy mieszkańców. I mnie to odpowiada. Kiedy po długiej nieobecności w Krakowie przychodzę do kawiarni, w pięć minut dowiaduję się co się tu wydarzyło. Czuję się z tym jak ryba w wodzie, ale zdaję sobie sprawę, że to może być irytujące dla kogoś z zewnątrz. Tymczasem ja to po prostu lubię.

- Dlaczego?
- To jest tak, jakby spytać sarnę, dlaczego dobrze się czuje w lesie. Ja się urodziłem w Krakowie, tu chodziłem do podstawówki i do liceum, tu skończyłem studia. Wszystko, co najważniejsze w moim życiu, zdarzyło się właśnie tutaj. I to mnie napędza.

- Monika Brodka opowiadała mi kiedyś, że pracuje nad piosenkami jak w biurze: wstaje rano, siada do instrumentu i tworzy do popołudnia. Jej zdaniem natchnienie to romantyczna bujda. Pan też tak ma?
- Nie potrafię siąść do pisania o ósmej i pracować do szesnastej. Dlatego nie mam w domu żadnego warsztatu: biurka czy maszyny do pisania. Ja piszę piosenki przy pomocy długopisu w zeszycie czy na kawałku papieru, który akurat jest w zasięgu ręki. W moim domu nigdy nie wymagałem jakiegoś specjalnego pietyzmu dla ojca, który tworzy. Nigdy nie musiało być cicho. Ja to robię przy włączonym telewizorze i żonie rozmawiającej z koleżanką przez telefon. Nie wierzę też, że natchnienie spływa na nas jak łaska boska. Kiedy wpadnie mi do głowy jakiś pomysł na piosenkę, obnoszę się z nim raz kilka dni, a kiedy indziej – kilka tygodni. Próbuję bowiem tę piosenkę obmyślać w różnych sytuacjach. Na spacerze czy biorąc prysznic. Samo zapisywanie natomiast to dla mnie czynność czysto techniczna, której umiejętność nabyłem podczas studiów filologicznych. I nie jest dla mnie jakimś wielkim kłopotem.

- A kiedy pisze pan na zamówienie?
- Kiedy ktoś naciska mnie z terminem, potrafię pisać szybko. Gdy Włodek Korcz kończył płytę Alicji Majewskiej, potrzebował tekstu. Zadzwonił do mnie rano, a ja siadłem i wysłałem mu go wieczorem. Nie uwierzył, że napisałem go tego samego dnia, tylko twierdził, że miałem go w szufladzie. Generalnie rzadko piszę na zamówienie. Czasem robię to z sentymentu – choćby dla Eleni, bo jest rodaczką mojej żony. A kiedy indziej – bo lubię czyjeś wykonania, na przykład dla Maryli Rodowicz. Ona tak dobrze czuje to, co dla niej robię, że kiedy wysyłam jej demo piosenki zaśpiewane w domu z gitarą, to wiem, że nie muszę się o nią dalej martwić. Potem, kiedy słyszę tę piosenkę w radiu, jest dokładnie tak, jakbym sam ją zrobił od początku do końca.

- Napisał pan przez 50 lat 300 piosenek. To dużo czy mało?
- Cóż: są autorzy, którzy przez 50 lat napisali 3000 piosenek. Bo te 300 utworów to średnio tylko 6 w roku. Czasem bywa tak, że jednego miesiąca powstają 3-4 piosenki, a potem przez pół roku nic. Tym bardziej, że ja należę do konsumentów życia, a nie do pracowników. Jestem leniem patentowanym. Nie lubię się wysilać.

- No właśnie: przyznaje pan, że jest człowiekiem biesiadnym. To ważna część życia artysty?
- Bardzo. Show-biznes w ogóle stoi życiem towarzyskim. Bardzo wiele rzeczy dzieje się za kulisami po koncercie i w trasie, kiedy ludzie spotykają się nieoficjalnie. Moja współpraca z Grzesiem Turnauem wzięła się z tego, że mimo, iż jestem od niego starszy prawie 20 lat, towarzysko bardzo się uzupełniamy. Było nam fajnie usiąść wspólnie do stołu u niego lub u mnie, zjeść i wypić coś dobrego. Pogadać przy tym i znaleźć wspólny punkt widzenia nie tylko na kwestie estradowe, ale również na literaturę, kino czy sytuację polityczną. Bo potem właśnie z tej wspólnoty myśli rodzi się wspólny program. Po raz pierwszy wystąpiliśmy razem, kiedy pojechaliśmy na zaproszenie Instytutu Polskiego do Rzymu, żeby zaśpiewać dla rodaków. Grzesiek miał swoje piosenki, ja miałem swoje. On siadł do fortepianu, a ja miałem gitarę. I z rozmowy, prowadzonej na żywo i ilustrowanej naszymi piosenkami, narodził się recital, który z powodzeniem pokazujemy od 20 lat w całej Polsce. Ludziom się to podoba, bo ma element autentyzmu, wynikający z tego, że nie jest przygotowany od początku do końca. To pokazuje jak wiele rzeczy zależy w show-biznesie od kontaktów towarzyskich. My w Krakowie jesteśmy trochę na boku wielkich wydarzeń. Ale obserwowanie wszystkiego z tej pozycji bardzo mi odpowiada.

- W Krakowie takim ważnym punktem życia towarzyskiego jest słynny „Zvis” przy Rynku Głównym. Za co pan tak lubi ten mały bar?
- Za ludzi, którzy tam przychodzą. Bar sam w sobie niczym się nie wyróżnia i w Krakowie są takich setki. Ja zawsze siadam przy stoliku na zewnątrz przodem do ulicy, bo lubię obserwować przechodniów. Najczęściej przychodzę tam o jedenastej przed południem – i jestem sam. Czytam gazetę, jem obwarzanka, piję kawę i po chwili pojawia się ten i ów. Czasem trudno mi odpowiedzieć na pytanie żony o czym ja tam z kolegami rozmawiam. Bo jak się z kimś człowiek widzi codziennie, to wydaje się, że wszystko już sobie powiedział. Tymczasem okazuje się, że zawsze jest jakiś temat: mecz, który odbył się poprzedniego dnia albo film, który zobaczyło się w telewizji. Czasem ktoś nowy przyjdzie i przyniesie wieści ze świata. To właśnie jest taka typowo mieszczańska krakowska tradycja.

- Podczas koncertów z Grzegorzem Turnauem wspominacie panowie czasami tych kolegów, którzy już odeszli. Którego panu najbardziej brakuje?
- Andrzeja Zauchy. To był niezwykły wokalista. Niedawno przeczytałem jego książkową biografię, której autorowi dosyć sporo opowiedziałem o Andrzeju. I tam bardzo wyraźnie powiedziane jest, że to był facet, który śpiewał wszystko, co było jego błogosławieństwem, ale i przekleństwem. Łapał się za jazz, blues, funk i pop. To dlatego, bo miał łatwość śpiewania wszystkiego. I nigdy precyzyjnie repertuarowo się nie określił. Bardzo mi go brakuje. Osiągnęliśmy wyższy stopień zaznajomienia, czyli mogliśmy miło spędzać ze sobą czas, w ogóle nie rozmawiając. Potrafiliśmy siedzieć w jakimś barze, popijać i nie odzywać się do siebie.

- Duży segment koncertu i płyty, które stały się pretekstem do naszej rozmowy, wypełniają pana piosenki z córką Mają. Cieszy pana to, że poszła w pana ślady?
- Dla mnie jako ojca miłe jest to, że moje dziecko stoi obok mnie na estradzie. Że mam kogoś bliskiego, dla kogo mogę napisać piosenkę. Zawsze jednak powtarzałem Mai i mam nadzieję, iż zapadło to jej w pamięć, że kariera estradowa jest bardzo zawodna. Żeby nie ulegała ułudzie braw i owacji, bo nie trwają one dziesięciolecia. To, co mnie się udało, nie musi się jej wcale udać. Dlatego powinna traktować śpiewanie jako piękny dodatek do tego, co w życiu jest najbardziej istotne – rodziny. Bo ja znam wiele artystek, które mają ściany wytapetowane złotymi i platynowymi płytami, ale nie są wcale szczęśliwymi osobami. Życie artysty podlega pewnym rygorom: trzeba jechać w trasę, spotykać się z ludźmi, ulegać różnym pokusom towarzyskim. To piękna bajka, ale nie zawsze z pięknym morałem.

- Pana współpraca z Mają polega na relacji mistrz-uczennica czy jesteście dla siebie równorzędnymi partnerami?
- Maja zawsze pyta po koncercie jak mi się podobało. Czy jestem z niej zadowolony. Czyli dba o moje zdanie. Ale z drugiej strony ja jej nigdy nie mówiłem: „Słuchaj, musisz to zupełnie inaczej zaśpiewać”. Ja mogę jej coś doradzać, ale nigdy nie próbuję zmieniać jej sposobu patrzenia na świat, który jest również dość tradycyjny. Maja nigdy nie wpadła na pomysł, żeby zaśpiewać coś na rockowo czy swingowo, choć ma szeroki aparat wykonawczy, ponieważ ona tego nie czuje. Ona wychowała się na piosence literackiej i jest temu wierna. Lubi natomiast bardzo śpiewać po grecku, bo to jest jej drugi język. I świetnie się w tym czuje.

- Maja uczyniła pana dziadkiem. Wnuczka Róża ma już dziewięć lat. Rośnie kolejna piosenkarka?
- Wydaje mi się, że nie. Róża wprawdzie potrafi czysto zaśpiewać, ale nie przejawia jakichś większych zainteresowań muzycznych. W szkole ma zajęcia z muzyki, więc czasem proszę, żeby mi zaśpiewała coś, czego się ostatnio uczyła. Spodziewam się jakiejś piosenki o krasnoludkach lub zielonym lesie, tymczasem słyszę „My pierwsza brygada” lub „Przybyli ułani pod okienko”. Wtedy krew mnie zalewa, bo uważam, że dziewięcioletnie dzieci powinno się trzymać od „wojenki” jak najdalej. Ale cóż: takie mamy czasy.

- Pana małżeństwo trwa niemal tyle, co pana wokalna kariera. To zasługa pana czy żony?
- Myślę, że żony. Nie chcę sugerować, że Grecy są jacyś niedzisiejsi, ale w greckiej rodzinie, prowadzenie domu i wychowanie dzieci spada na kobietę i jest dla niej czymś oczywistym. Szczyt popularności grupy Pod Budą przypadł na przełom lat 70. i 80. Wtedy padł mój rekord – jednego roku zagraliśmy ponad 250 koncertów. To oznacza, że byłem wtedy gościem w domu. W związku z tym obowiązki rodzicielskie musiała przejąć żona. Może nie prowadziliśmy z zespołem rockowego stylu życia, polegającego na demolowaniu hoteli, ale lubiliśmy się zabawić. Kiedy pojechaliśmy w 1983 roku na trasę po ZSRR, to przez miesiąc hulaliśmy tam na całego. Zarabialiśmy sporo rubli i część z nich wydawaliśmy na uciechy, bo nie było tam nic innego do zrobienia. Odporność mojej małżonki na myślenie typu „A co tam ten mój facet wyprawia” sprawiła, że jednak nasze małżeństwo przetrwało.

- Śpiewa pan w jednej z piosenek: „Kochać ciebie miła, to kawał ciężkiej jest roboty”. Żona się nie obraziła?
- Nie. Ma przecież świadomość, że jak każdy z nas, nie jest ideałem. Wszyscy mamy wady i cały wic polega na tym, żeby się na nich nie skupiać.

- Jeździ pan do Grecji co roku na wakacje. Ten pobyt daje panu dystans do polskich spraw?
- Każdy wyjazd działa oczyszczająco, bo oddala nas od tego, co się tutaj dzieje. Grecja nie jest wolna od kłopotów, które mają wszystkie europejskie kraje. To nie jest kraina mlekiem i miodem płynąca, chociaż nam się kojarzy wyłącznie z wakacjami. To rzeczywiście idealny kraj na letni urlop ze względu na klimat, morze, jedzenie i otwartość ludzi. Ale oni mają takie same problemy jak i my. Kiedy oglądamy z żoną grecką telewizję, to widzimy, że z problemem covidu na przykład borykają się jak cała reszta Europy.

- Długi czas mieszkał pan w Rząsce, ale ostatnio wrócił do Krakowa. Zatęsknił pan za tutejszym smogiem?
- Był taki moment, kiedy koledzy z zespołu zaczęli myśleć o własnych domach. Poszliśmy w ich ślady. Żona jest po Akademii Rolniczej i chciała uprawiać własny kawałek ogródka. Dlatego w końcu dom powstał. Mieszkaliśmy tam siedemnaście lat. Ale ja każdego dnia przyjeżdżałem do Krakowa, by posiedzieć na Rynku Głównym. Zaczęło mi to z czasem doskwierać także ze względu na komunikację. Bo jak w 1995 roku jechałem z Rząski do centrum Krakowa 10-15 minut, to z biegiem lat zajmowało coraz więcej czasu. Dlatego jednak wróciliśmy do Krakowa. Teraz, kiedy otwieram jedno okno – widzę Planty, a kiedy otwieram drugie – słyszę hejnał. I znów wiem, że jestem u siebie.

Paweł Gzyl

Komentarze

2
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

janusz.janczewski

Slowo "bard" od lat 60 jest naduzywane-teraz to rodzaj alkoholika amatora. Z zamilowaniem do durnej muzyki. Ten nowy PRL nie sluzy wam, oj nie...

a.stankiewicz

Miło się ciągle słucha imiennika (szkoda, że nie kompana) przez te piędziesiąt kilka lat!

plus.kurierlubelski.pl

obniżka -50% na Czarny Weekend

30-dniowy dostęp do Kuriera Lubelskiego online

20,00 40,00

Czarny weekend trwa! Do 29.11 kup prenumeratę cyfrową za połowę ceny i ciesz się dostępem do aktualnego wydania gazety bez wychodzenia z domu.

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.