Chociaż nie namawiała do bojkotu Opola, za jej przykładem poszli inni

Czytaj dalej
Fot. Przemyslaw Swiderski
Paweł Gzyl

Chociaż nie namawiała do bojkotu Opola, za jej przykładem poszli inni

Paweł Gzyl

Do udziału w koncercie jubileuszowym na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu zaprosiła ją Maryla Rodowicz. Ten pomysł nie spodobał się prezesowi TVP Jackowi Kurskiemu. Kayah podpadła mu uczestniczeniem w marszach KOD-u.

To właśnie ona pierwsza wyjęła ten kamyk, który spowodował, że pozostałe runęły jak lawina. Zaczęło się od tego, że Maryla Rodowicz, która miała na tegorocznej edycji Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu obchodzić jubileusz półwiecza swej kariery, zaprosiła na ten wyjątkowy koncert jako gości kilka gwiazd. Jedną z nich była Kayah.

- Miałam informację, że mimo zaproszenia mnie przez Marylę, TVP nie zgodziła się na mój występ. Ja i mój menedżer jesteśmy długo w branży, znamy reżyserów, producentów telewizyjnych, dziennikarzy i redaktorów. Oni byli bardzo zawstydzeni decyzjami, które zapadły, wielu z nich doświadcza tego na co dzień i im się to nie podoba, nie mogą jednak głośno o tym mówić, bo obawiają się, że stracą pracę. Gdyby nie dziennikarze, którzy nagłośnili temat, pewnie sprawa nie wyszłaby na światło dzienne - mówi gwiazda we „Wprost”.

Jacek Kurski, prezes TVP, miał być ponoć przeciwny występowi Kayah w Opolu ze względu na wcześniejsze zaangażowanie się jej w wiece KOD-u i uczestnictwo w „czarnym marszu”. Choć kilka dni później publicznie oznajmił ostatecznie, że nie ingeruje w listę gości Maryli Rodowicz, było jednak już za późno. Kayah napisała na Facebooku, że rezygnuje z udziału w opolskim koncercie. Los chciał, że w tym samym czasie zmarła mama jubilatki. W efekcie tego wszystkiego Rodowicz wycofała się z Opola. Potem podobną decyzję podjęło ponad 20 wykonawców zaproszonych na festiwal.

- Nie namawiałam nikogo do bojkotu Opola, to były indywidualne decyzje artystów. Ale niesamowicie się to potoczyło. Środowisko artystyczne pokazało, jak ważna jest wolność przekonań, że nie ma zgody na cenzurę, przecież już to przerabialiśmy, czy naprawdę za tym tęsknimy? Jestem dumna, że stać nas było na taki solidarny gest - dodaje w „Newsweeku”.

Niedoceniana

Kiedy Kasia dorastała, w jej domu zawsze było słychać dużo muzyki. Ojciec słuchał jazzu - a do tego sam grał na pianinie. Nic dziwnego, że dziewczynka, mając zaledwie cztery lata, wymarzyła sobie, że będzie piosenkarką. Dlatego rodzice zapisali ją na lekcje gry na fortepianie.

Jak to dziecko - nie cierpiała jednak monotonnych ćwiczeń na instrumencie. Dlatego zdecydowanie bardziej wolała wisieć głową w dół na trzepaku lub ukrywać się przed deszczem pod liściem łopianu. Latem mama zawoziła córkę na wakacje do swoich rodziców w Białymstoku, gdzie Kaśka zorganizowała „bandę” dzieciaków w jej wieku, z którą podglądała miejscowych Romów.

Kiedy miała osiem lat, zamieszkała z kolei u dziadków ze strony ojca w Warszawie, aby tam pójść do pierwszej klasy. Niestety - w tym czasie zaczęło się psuć w domu rodzinnym. Ojciec znalazł pracę w Wiedniu i chciał tam wyjechać z rodziną. Kiedy mu odmówiono paszportu, załamał się. Trzy lata później udało mu się opuścić Polskę - ale już samemu.

- Mój ojciec bardzo mnie krytykował. Ma ogromnie cyniczną naturę. Nie jest łatwym człowiekiem, ale i w życiu łatwo nie miał. Nie wiem, czy naprawdę we mnie nie wierzył, czy sam miał ze sobą problemy. Był bardzo utalentowanym człowiekiem, któremu system w tym kraju podciął skrzydła. Za granicą był cenionym naukowcem, elektronikiem, tutaj był popychadłem. Jego frustracje wynikały z bezsilności. Narastała w nim agresja, którą najłatwiej było wyładować na najbliższych - wspomina Kayah w „iMag-u”.

Supermenka

Choć początkowo pracowała z sukcesami jako modelka, dzięki czemu zwiedziła pół świata i nauczyła się samodzielności, zawsze marzyła o śpiewaniu. Kiedy podpisała swój pierwszy kontrakt płytowy, okazało się, że trafiła na oszustów. Tylko dzięki pomocy prawników udało jej się z niego wykręcić. Z zemsty nieuczciwi współpracownicy zrobili jej w środowisku „czarny PR”, przez co długo nie mogła podpisać z nikim nowej umowy. Dlatego zaczęła śpiewać w chórkach wielu popularnych pod koniec lat 80. zespołów rockowych. Dzięki temu poznała cenionych artystów. Najważniejszym okazał się Grzegorz Ciechowski.

- Któregoś dnia Małgorzata Potocka wpadła do mojej maleńkiej kawalerki przy Jana Pawła II. Odważyłam się zaśpiewać jej swoją piosenkę „Liść” i ona się popłakała. Opowiedziała o tym Grześkowi. Ciechowski, który był sową, jak i ja, zadzwonił w środku nocy: „Kasiu, nie mogę spać, może przyjedziesz do mnie, zrobimy coś w studiu?”. A mieszkał za Wyścigami. „Grzegorz, przecież mnie nie stać na taksówkę”, odpowiedziałam. „Weź, ja zapłacę!”. Pojechałam. Wtedy mnie przymusił, żebym mu zaśpiewała „Liść”. Strasznie się wstydziłam, ale usiadłam i zagrałam. A on pyta: „Ty masz więcej takich rzeczy?”. Miałam. Powiedział mi, że według niego jestem gotowa, żeby opuścić drugi plan i zrobić coś swojego - mówi w serwisie „Polki”.

Popularność jednak przyszła nie od razu. Choć pierwszy album Kayah był zjawiskowy - nie zyskał komercyjne popularności. To udało się dopiero z drugą płytą, dzięki znajdującej się na niej piosence „Supermenka”.

- Zaskoczyła mnie popularność „Supermenki”, która zupełnie niespodziewanie gładko wślizgnęła się ludziom w uszy i w serca. Wywołała całą lawinę zupełnie niezaplanowanych zdarzeń w życiu wielu słuchaczy. Kilkakrotnie po różnych koncertach podchodziły do mnie kobiety, które niemal klękały i całowały mnie po rękach, mówiąc, że ta piosenka przewróciła ich życie do góry nogami, uświadamiając, że żyją ze swoimi partnerami w poniżeniu i upokorzeniu. „Supermenka” pomogła im uwierzyć, że mają w sobie siłę mogącą wyzwolić je z tego upodlenia - powiedziała nam przed paru laty.

Uduchowiona

Potem cała Polska śpiewała bałkańskie przeboje Gorana Bregovicia, które po polsku wykonała Kayah. W tym samym czasie wokalistka została żoną i mamą. Wyszła za holenderskiego producenta, Rinke Rooyensa. Para doczekała się syna - Rocha. Kiedy kolejna dekada przyniosła jej ugruntowanie popularności, małżeństwo jednak się rozpadło. Kayah przepłaciła ten stres problemami ze zdrowiem. Okazało się jednak, że to nie ciało jest chore, ale dusza. Pomoc niespodziewanie znalazła w żydowskim mistycyzmie, czyli kabale.

- Podejrzewano u mnie białaczkę. Zaczęłam szukać pomocy wszędzie. Sięgałam także po niekonwencjonalne metody, szeptuchy, bioenergoterapię itd. Próbowałam zrozumieć, dlaczego ja. Potrzebowałam duchowego wsparcia. (...) Dowiedziałam się, co oznacza czerwona nitka i energia złego oka, a więc negatywna siła zazdrości i zawiści. Nie miałam nic do stracenia. Napisałam do londyńskiego Centrum Kabały. Właśnie wysyłali nauczyciela do Polski. Spotkałam się z nim i tak już zostało - opowiada w „Zwierciadle”.

Po rozwodzie media raz za razem wiązały ją z kimś innym - najpierw z Sebastianem Karpielem-Bułecką, a potem z czarnoskórym tancerzem, Paco Sarrem. Niestety, żaden z nich nie zagrzał długo miejsca u boku gwiazdy. Dlatego ciągle czuje niezaspokojony głód prawdziwej miłości.

- Nie radzę sobie. Piszę piosenki i płaczę, pęka serce z tęsknoty... Największą tragedią nie jest nieotrzymanie miłości w rewanżu, tylko w ogóle brak kogoś, komu można by dać swoją. Zrozumiałam to parę lat temu, kiedy przestrzeń wokół mnie przypominała pustynię, bo nikt nie był w stanie obudzić we mnie zainteresowania. Moja sytuacja nie jest lekka - podsumowuje ją w „Gali”.

Pociechę dla Kayah stanowi syn Roch. Kiedy był mały, dawał jej wiele radości. Teraz ma 19 lat - i już chce zaczynać samodzielne życie. To w naturalny sposób wywołuje zgrzyty w relacjach z mamą. Kiedyś pewnie to stanie się zrozumiałe dla obojga - na razie jednak piosenkarce nie jest łatwo. - Nie mamy wymarzonej relacji. Zawsze lubił stawiać na swoim. Myślę, że popełniliśmy kilka błędów wychowawczych. Przede wszystkim byliśmy niekonsekwentni. Chcieliśmy mu zapewnić to, czego sami nie mieliśmy. Oboje poświęcaliśmy się bardzo pracy - tłumaczy siebie i byłego męża w „Gali”.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.