Chory przedszkolak? Rodziców kreatywne sposoby na infekcje

Czytaj dalej
Fot. 123rf
Aleksandra Dunajska - Minkiewicz

Chory przedszkolak? Rodziców kreatywne sposoby na infekcje

Aleksandra Dunajska - Minkiewicz

Październikowy poniedziałek. Przychodzę z córką do przedszkola, pierwszy raz po dwutygodniowej chorobie. Gdy rozbieramy się w szatni, wchodzi Franek z mamą. Chłopiec kaszle, kicha, z nosa serpentyną sączy się glut. Mama pieczołowicie go wyciera, po chwili wyciąga z torebki elektroniczny termometr i mierzy mu gorączkę.

Z ulgą stwierdza, że temperatura w normie. A mnie szlag trafia, bo już sobie wyobrażam, jak zaraz Zośka znowu będzie chora, a ja kolejny raz na zwolnieniu. Sugeruję, żeby, jeśli jest chory, może został w domu. Mama obrzuca mnie lodowatym spojrzeniem i mówi obojętnym tonem, żebym nie panikowała, bo chłopiec „już nie zaraża”. Zaalarmowałam dyrektorkę. „Nic nie możemy zrobić” - usłyszałam.

Historie takie jak ta, opowiedziana przez Katarzynę z Lublina, zna chyba każdy mający dziecko w żłobku czy przedszkolu. Bo rodzice przyprowadzali, przyprowadzają i pewnie nadal będą przyprowadzali chore dzieci. Zmieniają się tylko metody, które stosują.

Sposób I: Na doktora House’a

- Katar? Jaki katar? To tylko alergia (na pyłki, kurz, sierść) - to popularny tekst wykorzystywany przez rodziców w odpowiedzi na zaniepokojenie przedszkolanek czy innych mam i ojców odnośnie wydzieliny z nosa ich dziecka. Przemawiają przy tym z pewnością godną najlepszego pediatry. - Rodzice czasami mówią: „On ma tylko katarek”. Ale, niestety, infekcja często od niego właśnie się zaczyna - mówi Bogumiła Zamojska, dyr. Zespołu Przedszkolnego nr 1 w Lublinie. - Apelujemy do rodziców, żeby przyprowadzali zdrowe dzieci, żeby myśleli też o innych maluchach. I widzę, że to daje efekt, tych przypadków jest mniej.

- Problem na pewno istnieje, dlatego próbujemy uczulać rodziców na te kwestie, rozmawiać z nimi. Zdarzało się też, że jedni rodzice zwracali innym uwagę - przyznaje Jolanta Błaszczak, dyr. Przedszkola nr 63.

Specjaliści podkreślają, że dzieci błyskawicznie „sprzedają” choroby rówieśnikom. - Wycierają zasmarkane nosy ręką, a potem bawią się tymi samymi zabawkami. Biją się, szarpią, ale też całują i przytulają. W łazience ręczniczki wiszą tuż obok siebie, szczoteczki do zębów w sąsiedztwie, to wszystko sprzyja zarażeniom - tłumaczy Beata Nadolska z lubelskiego sanepidu.

Sposób II: Na kukułkę

Prawdziwi hardcorowcy podają rano dzieciom leki przeciwgorączkowe i jadą do przedszkola. - Pamiętam jedno takie „pod-rzucenie”. Ojciec przyprowadził syna wcześnie, przed innymi dziećmi. Już od wejścia mamrotał, że bardzo się spieszy. Rozebrał chłopca, buziak i poleciał. Patrzę, a dziecko całe rozpalone. Dzwonię do ojca, ale komórka wyłączona - opowiada Magdalena, przedszkolanka z Lublina z 20-letnim stażem.

670 dzieci w wieku 0 - 4 lata chorowało w województwie lubelskim na grypę w okresie od 16 do 22 października. W tym samym czasie zachorowań w grupie 5 - 14 lat było 454 (dane Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Lublinie)

W statucie Przedszkola nr 12 z Oddziałami Integracyjnymi nr 12 w Lublinie zapisano wyraźnie: „Rodzice mają obowiązek (...) przyprowadzania do przedszkola dzieci zdrowych, bez konieczności podawania im jakichkolwiek leków”. - Trudno nam stwierdzić, czy dziecko jest chore, czy nie, kiedy rodzic przyprowadza je rano do przedszkola - mówi Elżbieta Długopolska, wicedyrektorka placówki. - Zdarza się oczywiście, że w ciągu dnia dziecko dostaje gorączki albo zaczyna wymiotować. Wzywamy wtedy rodzica, żeby przyjechał po córkę czy syna. Nie mamy jednak podstaw, żeby sądzić, że rodzic już rano wiedział, że dziecko jest chore.

Sposób III: Na niedowidzącego (ewentualnie roztargnionego)

Przedszkolanki opowiadają, że kiedy w środku dnia dzwonią do rodziców, informując, że dziecko gorączkuje albo wymiotuje, często wyrażają zdziwienie. Magdalena: - Podkreślają, że rano nie zauważyli nic niepokojącego. Tymczasem zdarza się, że nawet ja dostrzegam, że dziecko jest jakieś nieswoje.

Lekarze przyznają, że infekcja może się rozprzestrzeniać, zanim ją zobaczymy. - Już dwa dni przed pojawieniem się objawów trwa okres wylęgania się choroby. I już wtedy dziecko zaraża - wyjaśnia dr Marzena Kostuch, pediatra z Lublina. - Na takie sytuacje oczywiście nie mamy wpływu. Ale na inne - owszem. I nie można mówić, że to tylko „banalny kaszel”, bo dla innych dzieci może on oznaczać chorobę - podkreśla.

Grypa należy do chorób, które rozprzestrzeniają się wśród dzieci najszybciej. Maluchy błyskawicznie dzielą się z innymi także tzw. jelitówką

Zdaniem pediatry Marka Partyki dzieci często chodzą do przedszkoli niedoleczone: - Rodzice zostawiają je w domu tylko tak długo, jak to bezwzględnie konieczne, zwykle do czasu, kiedy jest gorączka. Tymczasem ona może minąć, a dziecko nadal zaraża.

Lekarze podkreślają, że nie chodzi o to, żeby dziecko z lekkim katarem tygodniami trzymać w domu. - Ale silny katar, kaszel, gorączka to zawsze wskazania, żeby nie puszczać malca do przedszkola. Najlepiej, żeby o tym, kiedy dziecko może wrócić, decydował lekarz - zaznacza dr Kostuch.

Sposób IV: Na litość

W mediach społecznościowych roi się od opowieści oburzonych rodziców o innych, którzy przyprowadzają kaszlące i kichające dzieci do przedszkola i żalą się, że nie mają ich z kim zostawić, a sami nie mogą wziąć wolnego. - Mam dobrze płatną pracę, ale planowane są redukcje. Boję się, że często chodząc na zwolnienia, będę pierwsza „do odstrzału” - napisała Alicja na jednym z internetowych forów. - Zdarza się więc, że moja Kasia chodzi do przedszkola podziębiona lub niedoleczona, raz nawet ze stanem podgorączkowym. Strasznie to przeżywałam, ale nie miałam jej z kim zostawić. Znalazłam się pod ścianą.

Każdemu rodzicowi przysługuje do 60 dni zwolnienia lekarskiego rocznie na chore dziecko. Nie jest jednak tajemnicą, że czasami to tylko teoria. Dwa lata temu media obiegła historia mamy 3,5-latki, zwolnionej właśnie z powodu częstej (kilka dni co miesiąc) nieobecności w pracy spowodowanej opieką nad chorym dzieckiem.

- Mnie to nie przekonuje - mówi Katarzyna. - Jak człowiek ma małe dziecko, to rozumie, że nie biega co wieczór na imprezy, nie ma nadmiaru wolnego czasu, ale też czasami musi wziąć wolne, bo dziecko choruje. I zdarza się, że trzeba wybrać: dziecko albo praca.

Sposób V: Na wściekłego klienta

„Płacę i wymagam” - ten argument słyszą pracownicy prywatnych placówek. - Jeden tata wypalił kiedyś, że przyprowadził koszmarnie kaszlącego malucha, bo już go denerwowało, że siedział w domu dwa tygodnie, a tu pieniądze z czesnego „lecą”- opowiada Ania z niepublicznego żłobka pod Lublinem.

Marek Partyka podkreśla, że tacy rodzice szkodzą nie tylko innym dzieciom, ale też, przede wszystkim, swojemu. - Chore dziecko powinno zostać w domu, tam ma najlepsze warunki do wyzdrowienia - podkreśla pediatra. - Pamiętajmy też, że niedoleczone dziecko, wracając do przedszkola, zaraża inne, potem one przekazują infekcję kolejnym i choroba może po czasie wrócić do naszego malucha. To błędne koło.

Aleksandra Dunajska - Minkiewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.