Churching: Gdy owce same wybierają swojego pasterza

Czytaj dalej
Fot. 123rf
Sławomir Skomra, Piotr Nowak

Churching: Gdy owce same wybierają swojego pasterza

Sławomir Skomra, Piotr Nowak

Bo organista fałszuje, bo gdzie indziej kazania są lepsze, a nawet dlatego, że jest za zimno w kościele. Wierni niekoniecznie chodzą na msze do swoich parafii, czasem wolą inne. - To nie jest supermarket, wybieramy przekaz, który buduje wiarę - mówią zwolennicy tego trendu.

W całej archidiecezji lubelskiej jest dokładnie 1 059 287 katolików. Każdy z nich przypisany jest do konkretnej parafii, których w sumie w diecezji jest 279. Upraszczając sprawę - powinni oni uczęszczać na msze do swoich parafii. Ale niekoniecznie tak się dzieje, bo coraz większą popularność zdobywa churching.

Święty clubbing?

To angielskie sformułowanie, które jasno można połączyć ze znanymi już clubbingiem (odwiedzanie klubów nocnych jednego po drugim) czy shoppingiem (chodzenie na zakupy).

Tyle że churching („church” to po angielsku kościół), wedle osób, które go uprawiają, nie ma nic wspólnego z konsumpcyjnym stylem życia. Wprost przeciwnie. Churching to chodzenie na msze do „nie swoich” parafii. Tak robią zazwyczaj młodzi ludzie, którzy wybierają kościoły, w których czują się lepiej, w których bardziej odpowiadają im kazania lub takie, gdzie jest ich znajomy ksiądz.

Porywające kazanie

Trudno to jeszcze nazwać churchingiem, ale już kilka lat temu pani Agnieszka nie brała ślubu w swojej parafii. Podobnie jak wiele innych par wybrała z mężem ten wymarzony.

- Oficjalnie powinniśmy się pobrać w kościele na Kalinowszczyźnie. Postaraliśmy się jednak o zgodę proboszcza i ślub był u dominikanów na Starym Mieście - wspomina.

Churching dzieli duchownych, jedni go potępiają, inni podkreślają, że ksiądz powinien jak najbardziej się starać, aby być blisko wiernych

Co zdecydowało o zmianie kościoła? Głównie zamiłowanie do architektury.

- Jestem plastyczką i historykiem sztuki. Często sama, prywatnie przychodzę do bazyliki Dominikanów, żeby podziwiać wnętrza. Są fenomenalne i kiedy planowaliśmy z mężem ślub, uznałam, że byłoby miło, aby pobrać się właśnie tam - wspomina kobieta.

Po drugie, akurat w bazylice Agnieszce i jej mężowi ślubu udzielał znajomy zakonnik.

Choć ślub w konkretnym, niekoniecznie „swoim” kościele nie należy do rzadkości, to okazuje się, że churching jest w Lublinie dosyć popularny.

Michał i Paulina Gotwalscy mieszkają na lubelskim Węglinie. Na msze nie chodzą jednak do popularnie nazywanej „tulipanem” parafii Świętej Urszuli Ledóchowskiej przy ul. Roztocze. Co niedzielę wsiadają w samochód, pakują do niego dwóch synów i jadą na al. Warszawską, gdzie swoją świątynię mają pallotyni.

- Przyznam szczerze, że z wiarą u nas nigdy nie było jakiegoś szału. Niepraktykujący katolicy - tak można było o nas powiedzieć. Nie bardzo zwracałem uwagę na to, co księża mówią na kazaniach, chyba że były to jakieś kontrowersyjne sprawy - mówi Michał.

- To się zmieniło kilka lat temu, gdy pojechaliśmy na mszę do pallotynów. To była rodzinna uroczystość, a msza i kazanie zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Była mowa o wolnej woli. O tym, po co jest i właściwie po co została nam dana. To zabrzmi głupio, ale wtedy ten ksiądz otworzył mi oczy - wspomina.

Ziarno zasadzone u pallotynów nie zakiełkowało od razu. Nie od razu Michał i Paulina zaczęli przyjeżdżać tam na msze. To stało się później.

- Na jakimś spotkaniu rodzinnym wspominaliśmy tę mszę. Brat cioteczny zachęcił mnie, żeby tam przyjść jeszcze raz. Posłuchałem i tak się zaczęło - mówi Michał.

Powody migracji owieczek między parafiami mogą być też bardzo prozaiczne. Magda z Chełma mówi wprost: - Przestałam chodzić do swojego kościoła, bo w środku było zimno, nawet w lecie, organista fałszował, a kazania były głoszone usypiającym tonem.

W tej parafii ostatnio zmienił się proboszcz, podkręcił ogrzewanie, organistę ze śpiewu wyręcza schola, a kazania stały się bardziej żywe. To przyniosło efekt.

- W międzyczasie zmieniłam miejsce zamieszkania, ale kiedy tylko jestem u rodziny, przychodzę do swojej dawnej parafii - przyznaje Magda.

Plusy i minusy

Generalnie księża rozumieją churching.

- Słabe kazania, uprzedzenia wobec duchownego, niezwykła osobowość innego proboszcza mogą sprawić, że parafianie wybierają inny kościół. Z drugiej strony są też tak prozaiczne sprawy, jak nieogrzewany w zimie kościół i mały parking. Elementów jest wiele - tłumaczy ks. dr Ryszard Podpora, dyrektor Wydziału Duszpasterstwa Archidiecezji Lubelskiej i nie ma pretensji do wiernych, że migrują między kościołami.

Jednak nie wszyscy duchowni podchodzą do tych wyborów z wyrozumiałością. Już kilka lat temu, wrocławski ksiądz Mirosław Drzewiecki tak komentował churching:

- To nie jest poprawny wyraz wolności religijnej i korzystania z prawa wyboru. Ta nowa moda jest pogonią za niezwykłościami, estetycznymi wrażeniami czy sensacjami. Msza jest zupełnie czymś innym. Centralną osobą jest Jezus Chrystus, a nie kaznodzieja. I nie kazanie jest najważniejsze. Najważniejsze jest usłyszenie w duszy przemawiającego Boga. A Bóg potrafi przemówić nawet przez oślicę Balaama - pisze. - Churching niedzielny bardzo często sprowadza mszę świętą do jednego, wcale nie najważniejszego, punktu w rekreacyjnym programie rodzinnym. Dla miłości Pana Boga to za mało.

Również ks. dr Ryszard Podpora zwraca uwagę na negatywną stronę zjawiska.

- Człowiek, który uprawia churching, traci kontakt ze swoją wspólnotą - nie uczestniczy w chrzcinach, ślubach czy wizytacjach biskupich. Część osób rekompensuje to sobie poprzez lekturę gazetki parafialnej albo zaglądając na stronę internetową kościoła. Żeby należycie ocenić to zjawisko, trzeba spotkać człowieka, poznać jego motywację - mówi.

- Nie jest dobrze, kiedy człowiek szuka jedynie wygody i zmienia kościół, gdy tylko nie spodoba mu się kazanie. Z drugiej strony, możliwość dokonania wyboru jest czymś pozytywnym. Wiele zależy od intencji konkretnego człowieka - przyznaje dr hab. Michał Wyrostkiewicz z Wydziału Teologii KUL.

Kiedy pytamy o tę sprawę osoby churchingujące, te nie mają sobie nic do zarzucenia.

Michał: - Nie traktujemy Kościoła jak supermarketu, z którego wybieramy tylko to, co nam pasuje. To nie tak. Nie na tym polega wiara. Jest wręcz odwrotnie, wybieramy kościoły i parafie, gdzie bardziej odpowiada nam przekaz, a to przecież służy tylko pogłębieniu naszej wiary - komentuje.

Wszystko zależy od księdza

Co mogą zrobić duchowni, żeby wierni nie opuszczali ich parafii?

- Na pewno powinni być dla ludzi, zarówno podczas nabożeństw, jak i w kancelarii parafialnej. Muszą brać pod uwagę indywidualną sytuację konkretnego człowieka, żeby nie zrobić z kościoła korporacji. Nie oznacza to, że zarządzanie finansami parafii jest bez znaczenia. Czy np. ludzie są informowani, jak wykorzystywane są pieniądze, które dają na tacę. Bardzo ważna jest homilia. Jeśli jest dobre nauczanie, nie wygłaszane językiem teologicznym, ale trafiającym do ludzi, to oni będą zostawali w parafii - mówi dr hab. Michał Wyrostkiewicz.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Kuriera Lubelskiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Kuriera Lubelskiego
  • codzienne e-wydanie Kuriera Lubelskiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Sławomir Skomra, Piotr Nowak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.