„Co to za okazja? Co to za mundury?” Jak Kraków uczył się o Powstaniu Wielkopolskim

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banaś
Robert Kaźmierczak

„Co to za okazja? Co to za mundury?” Jak Kraków uczył się o Powstaniu Wielkopolskim

Robert Kaźmierczak

Jeszcze sporo mamy do zrobienia, aby w świadomości Polaków spoza Wielkopolski zafunkcjonowało zwycięskie powstanie wielkopolskie. Przekonaliśmy się o tym na ulicach Krakowa 27 grudnia, kiedy przyjechaliśmy wywiesić flagę powstania na wieży bazyliki mariackiej. Przyjechaliśmy opowiedzieć mieszkańcom Krakowa i turystom o tym, co się zaczęło w Jarocinie w nocy z 8 na 9 listopada, co się wydarzyło w Poznaniu 27 grudnia i dlaczego Wielkopolanie musieli walczyć o wolność jeszcze na początku 1919 roku.

Policjanci na Starym Kleparzu zapytali: „Co to za okazja? Co to za mundury?”. Pojedynczy przechodnie nie chcieli przyjąć rozetek powstańczych tłumacząc, że „polityka ich nie interesuje”. Mężczyzna stojący pod wieżą bazyliki mariackiej, z której powiewała powstańcza flaga, zapytał: „O co tu chodzi?”. Słysząc odpowiedź, że dziś obchodzimy 103. rocznicę wybuchu powstania wielkopolskiego, rzucił: „Kolejnego przegranego?”. Młodzi ludzie w wieku szkolnym zdawali się zupełnie nic nie wiedzieć na temat tego, o czym do nich mówimy. Ale dlaczego mieliby wiedzieć? W podręcznikach do historii mogą o wydarzeniach w Wielkopolsce sprzed 103 lat przeczytać trzy linijki tekstu albo w ogóle nie znajdą na ten temat informacji.

Kraków słucha z niedowierzaniem

Można narzekać na jakość mediów, na to, jakie tematy podejmują, a jakie ich nie interesują. W poniedziałek na krakowskim Rynku nabrałem przekonania, że warto próbować zainteresować dziennikarzy tematyką historyczną, nawet tak egzotyczną, jak egzotycznym tematem dla małopolskich reporterów jest powstanie wielkopolskie. TVP, Polsat, TVN, PAP, RMF, Radio Kraków, „Dziennik Polski” to tylko niektóre z redakcji, które przysłały swoich dziennikarzy pod wieżę bazyliki mariackiej na wieść o wywieszeniu w południe po hejnale flagi powstania wielkopolskiego. Niektórzy rozpoczynali rozmowę od słów: „Proszę najpierw powiedzieć, co to w ogóle było za powstanie, kiedy i dlaczego wybuchło?”. Nie oznaczało to, że sami nie mieli zielonego pojęcia, co dziś świętujemy, ale uznawali, że ich telewidzowie i słuchacze muszą na początek otrzymać podstawowe informacje.

Zapewne nie tylko w Małopolsce warto opowiadać nie tylko o samym powstaniu, ale i o najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy, czyli o zmaganiach Wielkopolan z naporem germanizacyjnym, o pracy organicznej, strajkach dzieci, o zakładanych kółkach rolniczych, bankach i czytelniach ludowych. Także o wielkopolskim pragmatyzmie, który nie musi być przeciwieństwem romantyzmu tak często przywoływanego, kiedy mówi się o klęskach innych polskich powstań.

Na razie z niedowierzaniem Małopolanie słuchają historii o tym, że większość powstańców jeszcze kilka miesięcy, a nawet tygodni wcześniej służyła w armii pruskiej, a wielu rozpoczynało udział w powstaniu korzystając z pruskich sortów wojskowych. Dla niewielkopolskich dziennikarzy są to ciekawe zagadnienia, o czym świadczy relacja w Radiu Kraków.

„Ale jak to 27 grudnia 1918 roku? Przecież Polska odzyskała niepodległość 11 listopada…” Takie pytania także padały. Odpowiedź znał konduktor pociągu. Przywiózł z Poznania do Krakowa flagę, która dziś powiewała z wieży bazyliki mariackiej. „No tak, Wielkopolanie musieli walczyć o wolność, kiedy my tutaj już ją mieliśmy”.

Czy Piłsudski nie lubił Wielkopolan?

Po akcji pod wieżą poszliśmy na gorącą kawę do baru „Vis-à-vis”, popularnie zwanego „Zwisem”. Przez lata było to nieformalne biuro Piwnicy pod Baranami. Przed wejściem znajduje się pomnik Piotra Skrzyneckiego. W środku czterech mężczyzn. Dwóch pije piwo, trzeci przy oknie kawę, a czwarty rozmawia przez telefon. Mundury wojsk wielkopolskich robią na nich wrażenie. Wręczamy ulotkę informującą o tym, co wydarzyło się w Jarocinie w nocy z 8 na 9 listopada 1918 roku. „O! Jarocin! Mam tam kolegę, Piotrowicz się nazywa i wydaje gazetę”.

To dr Zbigniew Bajka, prasoznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale też historyk. Wdaje się w rozmowę na temat powstania z Robertem Szymkowiakiem z grupy rekonstrukcyjnej jarocińskiego stowarzyszenia „Jedność”. Na koniec pyta: „A dlaczego w tej Wielkopolsce tak bardzo nie lubiono Piłsudskiego?”. Reaguje mężczyzna pijący kawę pod oknem: „To Piłsudski nie lubił Wielkopolan i dlatego musiało wybuchnąć powstanie”. Robert tłumaczy, że to nielubienie to jeden z mitów. Leszek Gnoiński - w 1/3 warszawianin, w 1/3 krakowianin i w 1/3 jarocinianin wiedział, dokąd nas zaprowadzić.

Mężczyzna rozmawiający przez telefon wychwycił Jarocin z toczącej się dyskusji. „Jarocin. Mam tam koleżankę, Martynę. Szymkowiak to jej nazwisko panieńskie”. Wyjaśniamy, że w Jarocinie Szymkowiaków jak psów, Robert z karabinem też nazywa się Szymkowiak. Po chwili podsłuchuję kolejną rozmowę telefoniczną kolegi Martyny z Jarocina. „No, są tu w barze na Rynku i opowiadają, że to powstanie to w twoim Jarocinie się zaczęło… Jak to nic nie wiesz o tym?”.

W zakrystii bazyliki mariackiej szukamy księdza archiprezbitera proboszcza Dariusza Rasia. Nie znajdujemy, ale spotykamy zakrystiankę. „Jestem siostra Mateusza, która się nie wzrusza, ale dziś od rana poruszyły mnie opowieści w radiu o powstańcach wielkopolskich”. Siostra serafitka wiedziała, o co chodzi, bo kilka lat spędziła w Poznaniu przy ulicy Serafitek. „No wreszcie o tym się mówi w całej Polsce”. Wracamy na Rynek. Do Michała podchodzi chłopiec. „Proszę pana, a mogę potrzymać pana karabin? Ja wiem, co to za mundur, bo czytałem komiks o zdobyciu lotniska Ławica”. Zamurowało nas. Chłopiec nie był z Poznania, nie był z Wielkopolski, ale z Krakowa.

Czekamy na muzeum

Idziemy do prezydenta Krakowa, aby podziękować za zgodę na wejście z flagą na hejnalicę. Na ulicy Grodzkiej kobieta przypina wręczoną rozetkę powstańczą. „Wreszcie świętujemy coś radosnego, wreszcie świętujemy zwycięstwo, a nie klęskę”. Podobne słowa usłyszeliśmy jeszcze kilkukrotnie.

Tomasz Łęcki - dyrektor Muzeum Narodowego w Poznaniu, mówiąc o Wielkopolsce i powstaniu często powtarza słowa: „Na co dzień praca, w chwili próby - zwycięstwo!”. Niech tak pozostanie. Wielkopolanie, na co dzień, a nie tylko od święta, mamy jeszcze trochę do zrobienia. Tak, jak ojciec mojej znajomej. Przejrzał książkę, którą wnuk znalazł pod choinką. Popularnonaukowa, o historii Polski obejmującej także XX wiek. Zdenerwował się, ale na zdenerwowaniu nie poprzestał. Dziś zadzwonił do wydawnictwa i zapytał: „Robicie książki historyczne dla dzieci, a o powstaniu wielkopolskim nie słyszeliście?”.

Na koniec pojechaliśmy na cmentarz Salwatorski, aby zapalić znicz na grobie Marii Chełkowskiej, właścicielki Śmiełowa. W grudniu 1918 roku była wśród tych osób, które przywiozły Ignacego Jana Paderewskiego do Poznania. Była z wirtuozem w hotelu Bazar, kiedy wybuchło zwycięskie powstanie. Wcześniej, przez lata w śmiełowskim pałacu uczyła polskie dzieci języka polskiego i historii Polski. Po odzyskaniu niepodległości nadal to robiła, kultywowała pamięć o Mickiewiczu, organizowała wystawy snutek golińskich.

Na co dzień praca, w chwili próby - zwycięstwo. Mamy święto państwowe - Narodowy Dzień Zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego, za co należą się podziękowania wszystkim inicjatorom i realizatorom tej propozycji. Teraz czas na Muzeum Powstania Wielkopolskiego.

Autor jest jarocinianinem, zastępcą dyrektora Instytutu Książki w Krakowie. Tytuł, śródtytuły i skróty od redakcji.

Robert Kaźmierczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.