Co u Pana słychać? Rozmowa z Czesławem Mozilem

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Matusik
Paweł Gzyl

Co u Pana słychać? Rozmowa z Czesławem Mozilem

Paweł Gzyl

Polska się zmienia i sama staje się atrakcyjna dla wielu emigrantów.

- Pierwsza część „Pieśni emigrantów” wywołała spore kontrowersje. Spodziewałaś się tego?

- Nie. Jako chłopak, który wychował się poza granicami Polski, który sam jest emigrantem, chciałem złożyć hołd dla polskich emigrantów. Pani konsul w Edynburgu powiedziała mi, że dawno nikt nie zrobił czegoś tak ważnego dla naszej emigracji.

Może trochę obawiałem się, że obrażą się Polacy na emigracji, ale wydarzyło się coś niespodziewanego - obrazili się Polacy mieszkający w kraju, którzy nigdy nie byli na emigracji.

Nie chciałem jednak nikogo prowokować, raczej myślałem, żeby zachęcić wszystkich do rozmowy, bo emigracja to ciągle temat tabu.

- Największym zaskoczeniem był pewnie dla Ciebie proces, jaki wytoczyła Ci Solidarność za wykorzystanie jej symbolu graficznego w swoim teledysku.

- Cała ta sprawa była absurdalna. Moja mama, która już nie żyje, kochała Lecha Wałęsę. U nas w mieszkaniu, w Zabrzu, wisiało na ścianie logo Solidarności. Dlatego w głowie mi się nie mieściło, że ktoś może pomyśleć, że ja obrażam Solidarność.

Jeśli pan przewodniczący Piotr Duda przeczytałby tekst piosenki „Nienawidzę Cię Polsko”, to stwierdziłby, że mimo takiego tytułu mówi ona o miłości do Polski.

Polska się zmienia - i sama staje się atrakcyjna dla emigrantów z innych krajów, jak Ukraina czy Rosja

Ja nie chciałem nikogo obrazić, ani reżyser czy scenografka teledysku. Kiedy znalazłem się w sądzie, miałem poczucie, że cała ta afera została rozkręcona dlatego, że ktoś uważa, że ma większe prawo do bycia Polakiem niż ja. To mnie zabolało.

- Czy po tych doświadczeniach nie miałeś ochoty dać sobie spokój z emigracyjną tematyką?

- Wręcz przeciwnie. W ciągu ostatnich dwóch lat dostałem mnóstwo maili od ludzi, którzy napisali, że „Księga emigrantów. Część I” była dla nich jednym z motywatorów, które sprawiło, że wrócili do kraju. Dla nich była to bowiem bardzo patriotyczna płyta.

Kiedy jeżdżę po świecie i spotykam się z Polonią, słucham wielu poruszających historii. Ci ludzie mają przecież dwie ojczyzny - Polskę i ten kraj, do którego wyjechali. Wielu z nich podkreśla, że po 2-3 latach będą chcieli wrócić do kraju.

Oni dziękują mi, że poruszyłem ten temat - bo pokazałem, że emigracja to nie jest wstyd. Polacy zawsze się przemieszczali z różnych powodów: bo świetnie gramy w piłkę, bo zakochujemy się w kobietach z zagranicy, czy po prostu bo jesteśmy ciekawi świata.

- Dlaczego na „Księdze emigrantów. Część 2” postanowiłeś zaśpiewać teksty wystylizowane na słynne polskie wiersze dla dzieci?

- To był pomysł Michała Zabłockiego: żeby to było jednolite, ale żeby nie mówić wprost. Dlatego jestem przekonany, że ta płyta już nikogo nie obrazi, bo jest bardziej poetycka.

- Znałeś te wierszyki z dzieciństwa?

- Tak, choćby „Lokomotywę” czy „Polak mały”. Mama czytała mi je, kiedy byłem dzieckiem. Z czasem pokryły się one mgłą niepamięci - i dziś mam wrażenie, że nie ma innych wersji niż te, które napisał Michał. Najbliższy jest mi „Na straganie”. Bo mówi o tym, że Polska się zmienia - i sama staje się atrakcyjna dla emigrantów z innych krajów, jak Ukraina czy Rosja.

Czesław Mozil wyrusza w trasę koncertową po Polsce, podczas której zaprezentuje ostatnią płytę „Księga Emigrantów. Część 2”
Wojciech Matusik Czesław Mozil

Dlatego na tym naszym straganie są już nie tylko ziemniaki i buraki, ale też mandarynki, sezam i cieciorka. To jest bardzo piękne i aktualne.

- „Księga emigrantów. Część 2” zawiera piosenki nagrane z zespołem muzyki barkowej - Arte dei Suonatori . Jak do tego doszło?

- Zagraliśmy z nimi kilka koncertów pod koniec trasy promującej pierwszą część „Księgi emigrantów”. I ponieważ wypadły one ciekawie, postanowiliśmy kontynuować współpracę. Szef zespołu - Tomek Pokrzywiński - wygrzebał w muzyce barokowej i znalazł motywy melodyczne podobne do szkiców moich nowych piosenek.

Spotkaliśmy się w studiu na dwie sesje - i z wielką przyjemnością zagraliśmy razem. To było spotkanie polsko-duńskie, bo w moim zespole są sami Duńczycy, a członkowie orkiestry to Polacy. Sam wróciłem z sentymentem do klasyki - i po raz pierwszy od wielu lat znów zagrałem Bacha na akordeonie.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.