Człowiek odradza się wiele razy, jeśli tylko skruszy starą skorupkę

Czytaj dalej
Fot. 123rf
Gabriela Bogaczyk

Człowiek odradza się wiele razy, jeśli tylko skruszy starą skorupkę

Gabriela Bogaczyk

Dramaty są wstępem do wewnętrznych przemian. Zapominamy, że porażki są czymś zdrowym i potrzebnym w naszym życiu. Dzięki namysłowi nad sobą i popełnionymi błędami możemy odrodzić się na nowo. A wiosna to dobry czas na otarcie łez.

Czy można powiedzieć, że w życiu odradzamy się wiele razy?
Odrodzenie rozumiemy jako proces wewnętrznych przemian. Zmieniamy się przez całe życie. Z pierwszym przełomem spotykamy się już jako dziecko. To moment, kiedy zaczynamy rozumieć, że matka nie jest dla nas cały czas dostępna. Dziecko uczy się wtedy, że jej zniknięcie za drzwiami nie oznacza utraty na zawsze: dzięki temu można się bawić, poznawać ludzi, świat. Drugi przełom związany jest z odejściem z domu. Pozwala to człowiekowi ugruntować się w dorosłości. Zazwyczaj ten moment kojarzony jest z buntem. Bunt jest potrzebny, bo bez tego nie ma możliwości wyodrębnienia się z rodziny. Są też inne ważne momenty, które nas zmieniają w życiu, np. kontakty z innymi ludźmi, związek, małżeństwo, narodziny dziecka.

A odrodzenie się po porażkach: rozwodzie, utracie pracy, śmierci osoby bliskiej też nas kształtuje?
Często przed narodzeniem czegoś nowego następuje dramatyczne wydarzenie. Co więcej, to te dramaty życiowe są wstępem do zmiany i odrodzenia. Trudności motywują nas do zmiany, bo trudno cały czas się znajdować w tragedii. Zmieniamy się wtedy wewnętrznie, by móc dalej funkcjonować. Zobaczmy, że w całej kulturze tragedia to przełomowy moment. Chociażby jajko wielkanocne, które jest symbolem odrodzenia, bo z niego też coś się rodzi i wykluwa. Tak samo w psychoterapii. Jeżeli przychodzi pacjent, który ma skostniałe struktury psychiczne tak, jak skorupka jajka, to psychoterapeuta pracuje tak, aby trochę rozkruszyć tę skorupę, by coś nowego też się z tego narodziło. Jak dzieje się coś tragicznego, to nie należy się tego bać, czy udawać, że tego nie ma. Chodzi o to, by nie demonizować, ale też nie wypierać ze swojej świadomości. W sytuacjach istotnych, jednak warto odbyć refleksję nad tym, co się dzieje. Jeżeli człowiek ma w sobie siłę i odwagę do tego, żeby stanąć w prawdzie, to może go to uratować.

Wygląda na to, że porażki są nam potrzebne w życiu.
Nie unikniemy trudnych sytuacji. One się będą zdarzać każdemu. Nie da się od nich uciec, co więcej są potrzebne. Do tego na przykład, by budować swój system wartości. Są pacjenci, którym przez wiele lat wszystko się udawało i drobne niepowodzenia są dla nich czymś dramatycznym. Wtedy mogą przebudować swoją hierarchię wartości. Oddzielić rzeczy ważne od tych mniej istotnych. Zmaganie się z trudnościami wzmacnia nasze struktury wewnętrzne, bo jeżeli próbuje sobie z nimi poradzić, to mam poczucie sprawczości, tego, że mogę kierować swoim życiem. Oznacza to, że w innych sytuacjach też mogę spróbować się zmienić. To poczucie pączkuje trochę tak, jak drożdże.

Człowiek odradza się wiele razy, jeśli tylko skruszy starą skorupkę
Jarosław Marszałek, psycholog, psychoterapeuta. Obecnie pełni funkcję naczelnego psychologa w Szpitalu Neuropsychiatrycznym im. prof. M. Kaczyńskiego przy ul. Abramowickiej w Lublinie.

Dlaczego zdarza się, że nie potrafimy sobie poradzić z niepowodzeniami?
Są osoby, które po sytuacji dramatycznej pogrążają się w smutku i żałobie. Przeżywają swoje cierpienie i nie są w stanie nic z nim zrobić. Są różne przyczyny takiego utknięcia. Część z nich zatrzymała się w jakiejś fazie rozwojowej i nie jest w stanie spożytkować energii na zmianę. Są też osoby, które z powodów narcystycznych są bardziej skłonne do rozpamiętywania własnych tragedii. Dla nich zmiana wiązałaby się z czymś nie do przejścia. W niektórych przypadkach jest tak, że jeśli ktoś nie dotknie dna, np. alkoholik, to on sam i jego rodzina nie zmotywuje się do zmiany tego stanu. Uważają, że jakoś to będzie. Na przykład, mąż przychodzi do domu pijany od 15 lat. Kobieta mówi: „ja wierzę, że on kiedyś przestanie pić”. Jednak on dalej przychodzi pijany. Dopiero jak wydarzy się coś dramatycznego, np. ją uderzy, to jest to moment, którą zmotywuje do zmiany. Zaznaczmy, że wiele osób nie doświadczyło w swoim życiu odpowiedniej opieki, dlatego niejednokrotnie nie mają siły, by podołać zmianom. Dlatego, tak ważne jest wsparcie ze strony rodziny, przyjaciół, które pozwala takiemu człowiekowi się zmotywować. Jeżeli to nie pomaga, jest też psychoterapia.

No właśnie, z czym pacjenci ostatnio sobie nie radzą?
Więcej jest problemów z relacjami międzyludzkimi albo z budowaniem związków. Wiele ludzi przychodzi i mówi, że nie jest w stanie stworzyć dobrego związku, bo coś im ciągle szwankuje. Powodem często są rodzice, którzy w procesie wychowawczym nie przekazali im dobrych wzorców. Pacjenci nakładają też sami na siebie dużą presję. A to prowadzi ludzi do wypalenia zawodowego. Więcej jest też osób z dolegliwościami psychosomatycznymi, jak np. chroniczne bóle głowy, które mają swoje źródło w psychice. Obecnie mam za to mniej pacjentów z zaburzeniami odżywiania czyli anoreksją, czy bulimią, co nie oznacza, że ich wcale nie ma.

Czy wiosna to dobry moment na zmiany?
Tak, jest to związane z cyklem pór roku. Zazwyczaj na wiosnę mamy więcej energii. Chociaż są osoby, które na wiosnę i jesień czują się gorzej. Jeżeli potraktujemy przyrodę jak rolnicy, to jesień jest okresem zbiorów. Jeśli nie będzie co zebrać, to człowiek w zimę będzie głodował. Podobnie jest na wiosnę. Jeśli mamy zbyt mało sił psychicznych, to na wiosnę nic nie zasiejemy. Ludzie oczekują, że to jest moment, kiedy mogliby coś zrobić, zmienić, zdziałać. Jednak część z nich nie maja w sobie tyle energii wewnętrznej. Przeczuwają, że będzie to zmarnowany okres. A to z kolei odbiera chęć do życia.

Jak nadać życiu sens po porażkach?
Ja myślę, że każdy nadaje mu inny sens. Trzeba go po prostu poszukać, bo gdyby potraktować to czysto biologicznie to życie nie ma sensu poza przedłużeniem gatunku. Wiem, że wielu ludzi ma z tym problem. Aby poradzić sobie po rozwodzie, wiele daje tzw. dotknięcie prawdy. Tzn. jeśli doszło do rozwodu, to warto się przyjrzeć dlaczego. Kiedy człowiek nie przeprowadzi głębszej refleksji nad tym, co się wydarzyło, to istnieje ryzyko, że w przyszłości będzie popełniał podobne błędy. Chociaż to także potrzebne, by przeżyć też smutek i rozgoryczenie.

Jednak wiele osób nie umie otrząsnąć się po porażce. Kto jest szczególnie podatny na takie podejście?
Zauważyłem, że są to osoby, które we wczesnej fazie swojego życia nie doświadczyły możliwości przeżywania porażki w sposób adekwatny do sytuacji, czy nie miały pomocy w pokonywaniu trudności. Czasem rodzice nie uczą, że porażka jest czymś zdrowym, tylko robią z tego tragedię lub umniejszają wartość problemu. Z drugiej strony jest coś takiego jak energia wewnętrzna. To jest nasz indywidualny temperament, z którym się rodzimy. Jak ktoś ma mało takiej energii, to tym trudniej będzie mu się zmotywować wewnętrznie. Są to cechy bardzo indywidualne.

Można powiedzieć, że szczęście siedzi w naszej głowie?
W teorii tak, ale w praktyce może wyglądać to inaczej. To też zależy, co mamy w tej głowie. Co prawda, to my decydujemy o tym z kim żyjemy, jak żyjemy i kto nas otacza. Możemy mieć wszystko dobrze poukładane, ale jest też wiele sytuacji losowych na które nie mamy wpływu. I niezależnie od tego, co mielibyśmy w głowie, po prostu się załamujemy. Ważne jest też to, co dookoła nas, czego doświadczyliśmy w ciągu życia, jak dobre osoby nas wychowywały, gdzie żyjemy. Zazwyczaj wygląda to tak, że szczęśliwym się bywa, a nie jest.

Jeśli ktoś chwali się w życiu samymi sukcesami, to też jest chyba trochę podejrzane?
Nie da się ciągle funkcjonować w szczęściu i sukcesie. Zapominamy, że porażki są czymś zdrowym i potrzebnym w naszym życiu. Chociażby dla naszej higieny psychicznej czy systemu wartości. Dzięki niepowodzeniom możemy się zatrzymać, zastanowić się, czy coś zmienić i pójść dalej. Porażka nie musi oznaczać końca świata. Warto ją przepłakać, przeżyć, przepracować i wynieść coś z tej lekcji. Taka refleksja jest potrzebna, by w przyszłości było inaczej.

Jednak wiele osób w dzisiejszych czasach ma z tym problem. Mówią o swoich sukcesach, ale może to oznaczać, że potrzebują tak właśnie mówić, bo boją się porażek i niepowodzeń. Być może w ten sposób taka osoba projektuje siebie przed innymi. Stwarza swój wizerunek, który tak naprawdę jest niezgodny z prawdą. Myślę, że spowodowane jest to presją na to, by wszystko było idealne. Chodzi o tzw. kult sukcesu. Dobrym przykładem jest serial, w którym ludzie zaraz po obudzeniu wyglądają perfekcyjnie. A normalny człowiek jak wstaje rano, to wygląda jak siedem nieszczęść. Taka presja społeczna jest bardzo niebezpieczna.

Gabriela Bogaczyk

Zajmuje się ochroną zdrowia i sprawami społecznymi.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.