Dom Nadziei w Opolu. Dom, w którym chodzi się po falach

Czytaj dalej
Fot. Krzysztof Ogiolda
Krzysztof Ogiolda

Dom Nadziei w Opolu. Dom, w którym chodzi się po falach

Krzysztof Ogiolda

Do Domu Nadziei w Opolu każdego dnia przychodzi 60-80 osób. Żeby zjeść, porozmawiać, dostać pomoc w znalezieniu pracy, zajrzeć do internetu. W niedzielę obchodzono pierwszą rocznicę jego otwarcia.

Siedzimy w Domu Nadziei. Już po rocznicy. Jest wtorek, 24 sierpnia. Wczesne przedpołudnie. Przy stolikach sami mężczyźni. Ktoś je śniadanie, ktoś inny obok pije herbatę i zagryza kawałkiem ciasta z jabłkiem. Młody człowiek penetruje internet na laptopie ustawionym w rogu jadalnej sali. Komputer jest darem jednej z wrocławskich fundacji. Bezdomni wykorzystują go m.in. do szukania ofert pracy czy do napisania CV (komputer jest podłączony do drukarki).

Pierwsza pobieżna obserwacja pozwala zauważyć, że ci bezdomni nie wyglądają jak stereotypowi bezdomni. Wszyscy są czyści, ubrani w porządne, choć niekoniecznie eleganckie rzeczy. Większość tego, co mają na sobie pochodzi z darów od Opolan. Z tych mądrych i naprawdę życzliwych darów. Bo bezdomny potrzebuje bielizny, spodni, koszuli, t-shirta, swetra, kurtki, butów. Nie ma sensu przywozić do Domu Nadziei garniturów, albo worka krawatów (i to się zdarzyło), bo oni tego nie noszą.

- To nam bez wątpienia ten rok pokazał - przyznaje siostra Aldona Skrzypiec, jałmużnik biskupa opolskiego i współtwórczyni Domu Nadziei - że bezdomni chcą być czyści i zadbani. Trzeba im tylko stworzyć warunki. Dostęp do prysznica, do pralki i do wymiany zużytych ubrań na inne. Korzystają z tego bardzo konsekwentnie. Zaniedbanych „leśnych ludków” prawie w mieście nie ma.

Bezdomni już wiedzą, że jak są czyści i w miarę zadbani, to i jakieś doraźne zajęcie łatwiej znajdą, a i użebrać grosz trudno, kiedy proszący o jałmużnę jest brudny i cuchnący.
Siadamy razem przy stoliku z panem Olkiem. Jednym z około 80 bezdomnych, którzy przychodzą tu stale.

Przyszedłem tu z głodu

- Trafiłem tu z ulicy rok temu, bo byłem zwyczajnie głodny i zmarznięty - opowiada. - Mieszkałem na klatkach schodowych, pod mostem, gdzie popadło. Wiadomość o tym, że takie miejsce jest, przekazał mi inny bezdomny. Dobre wieści o fajnych miejscach w tym środowisku przenoszą się szybko z ust do ust. Teraz myśl o tym, żeby tu przyjść, jest pierwszą, jaka mi przychodzi do głowy, jak się tylko obudzę.

A budzi się Aleksander ciągle w różnych miejscach. - Wczoraj znalazłem dobre lokum do spania - opowiada. - Pod balkonem, ale zarośnięte. Nie widać mnie tam i jest sucho. Rano nawet mocno przysnąłem, zbudziłem się dopiero za piętnaście dziewiąta. Patrzę, a tu deszcz pada. Mam kołderkę, koc. Może poproszę siostrę Aldonkę o śpiwór. To jest dobra, szczera kobieta. Od serca.

Pozostało jeszcze 83% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 3,69 zł dziennie.

    już od
    3,69
    /dzień
Krzysztof Ogiolda

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.