Dylan w dżdżu i trawy źdźble

Czytaj dalej
Fot. Jooli Photo
Dariusz Szreter

Dylan w dżdżu i trawy źdźble

Dariusz Szreter

Może dzięki naszej płycie ludzie przypomną sobie czasy, gdy fascynowali się wykonawcami, którzy nie tylko śpiewali, ale też śpiewali o czymś - mówi Filip Łobodziński, tłumacz piosenek Boba Dylana, założyciel zespołu Dylan.pl.

Muniek Staszczyk, który jest gościem zespołu Dylan.pl na płycie „Niepotrzebna pogodynka, żeby znać kierunek wiatru”, śpiewał swego czasu: „Podobno dzisiaj nikt nie słucha tekstów, podobno słowa nieistotne są”. Pan chyba w to nie wierzy, skoro nagrał Pan podwójny album z przekładami piosenek laureata literackiej Nagrody Nobla?
To efektowne sformułowanie, ale nieprawdziwe. Rzeczywiście mam wrażenie, że zmalała, może nawet bardzo, liczba osób zasłuchanych w ważkie teksty w piosenkach, ale na pewno ta grupa nie wyginęła. Zarówno moje doświadczenia z Zespołem Reprezentacyjnym, jak i ostatnie, z Dylan.pl, dowodzą, że jest „ssanie w narodzie”. Może nie jest to rzecz, która spodoba się milionom, ale tysiącom, kto wie? Liczę też na to, że szum wokół Boba Dylana w Polsce spowoduje, że niektórzy zaczną się na nowo interesować takim zjawiskiem jak piosenka z tekstem. Może przypomną sobie czasy, kiedy w młodości fascynowali się wykonawcami, którzy nie tylko śpiewali, ale też śpiewali o czymś? To może być Kazik, to może być Ewa Demarczyk, Peja - wszystko jedno, byle był to ktoś, kto nie tylko stwarza miły nastrój, ale też daje do myślenia.

Liczę też na to, że szum wokół Boba Dylana w Polsce spowoduje, że niektórzy zaczną się na nowo interesować takim zjawiskiem jak piosenka z tekstem.

Na płycie jest 29 piosenek. Niektóre z nich to absolutne klasyki, część należy do mniej znanych, ale z tego, co słyszałem, to przełożył Pan łącznie ponad 120 tekstów Dylana. Ile czasu to Panu zajęło?
W książce „Duszny kraj”, którą wydało w lutym Biuro Literackie, są 132 moje przekłady, a od tego czasu zrobiłem już kilka nowych. Natomiast tłumaczenie zaczęło się w 1979 roku, na wiosnę.

Jaka była pierwsza piosenka, którą Pan przetłumaczył?

„Don’t Think Twice, It’s All Right”. Zaczynałem wtedy grać na gitarze i chciałem sprawdzić, czy tego Dylana, którego śpiewam koleżeństwu po domach, nie mógłbym zrobić po polsku. A ponieważ przyszła mi do głowy fraza: „Nie myśl już, jest, jak jest”, która idealnie wpasowywała się tu w melodię, postanowiłem obudować to resztą tekstu. Trwało to dwa tygodnie, ale się udało. To była pierwsza piosenka, jaką w życiu przetłumaczyłem.

Przetrwała próbę czasu?
Cóż, gdy po latach na nią popatrzyłem, trzustka mi się zmarszczyła. Został tylko tytuł i jeden wers (śmiech).

Czy nie za długo te piosenki leżały w szufladzie? Dylanowi brakło chyba w Polsce kogoś takiego, kim był Maciej Zembaty dla Cohena - tłumacza, a zarazem popularyzatora, kto spowodowałby, żeby te piosenki trafiły nie tyle pod strzechy, ale na biwaki przy ognisku. Były pojedyncze przekłady, ale pierwsza płyta wyłącznie z piosenkami Dylana w polskiej wersji ukazała się bodaj 10 lat temu. Śpiewała je Martyna Jakubowicz, a tłumaczył Andrzej Jakubowicz.
Jestem w e-mailowym kontakcie z Andrzejem, który mieszka w Stanach, na Florydzie. I on mi się przyznał, że jakiś czas temu odszedł od tłumaczeń Dylana, bo trochę go to znużyło. Ja też nie miałem zamiaru robić tego masowo, ale - jak coś mi przychodziło do głowy, jakaś fraza, którą mogłem się pobawić - z radością do tego siadałem. Bywają takie momenty w moim życiu, że mam wenę na Dylana i w relatywnie krótkim czasie powstaje spora liczba przekładów, a potem są dłuższe okresy „ciszy”. Powstanie zespołu Dylan.pl też stało się inspiracją, by zrobić parę przekładów z marszu. Tak właśnie doszło do przetłumaczenia „Ballad of a Thin Man” i „It’s All Right, Ma”, czyli „Ballady o cieniasie” i „Oj tam, stara”. Ten ostatni w ogóle uważam za jeden ze swoich najlepszych tekstów.

Z „Cieniasem” też Pan sobie poradził niezgorzej. Mnie najbardziej ujęło przechrzczenie bohatera z pana Jonesa na pana Wąsa.
Nie wszystkim się to podoba, ale uważam, że jeżeli śpiewa się po polsku, a w przekładzie zachowane są realia ściśle anglosaskie, to piosenka nadal zostaje w pewnym cudzysłowie. Jeżeli śpiewałbym w Polsce o panu Jonesie, to publiczność myślałaby o nim, że to jest jakiś gość z USA, Anglii czy nie wiadomo skąd. Natomiast jeśli ja go zmieniam na pana Wąsa, to on jest nam trochę bliższy. Niekoniecznie nawet dlatego że my, Polacy, lubujemy się w wąsach, ale z tym nazwiskiem to nie jest nikt egzotyczny.

Jeżeli śpiewałbym w Polsce o panu Jonesie, to publiczność myślałaby o nim, że to jest jakiś gość z USA, Anglii czy nie wiadomo skąd. Natomiast jeśli ja go zmieniam na pana Wąsa, to on jest nam trochę bliższy.

I dlatego Maggie z „Maggie’s Farm” została Ziutą?
Wiem, że to też może być uznane za kontrowersyjny wybór, ale z rozmysłem chciałem zrobić z niej taką dziewczynę „od nas”. Ziuta w potocznym rozumieniu, przynajmniej w środowisku, w jakim ja się obracałem, funkcjonuje jako synonim dziewczyny niekoniecznie bardzo inteligentnej, ale za to bardzo przebojowej.

Ziuta była też bohaterką przeboju Ireneusza Dudka.
Zupełnie o niej zapomniałem, ale jeśli komuś się z tym kojarzy - to dlaczego nie? Dylan w swoich tekstach też używał wielu słów czy określeń na zasadzie ech, aluzji, nie do końca przemyślanych. Natomiast z rozmysłem zostawiłem Johnny’ego, bo zdarza się czasem, że do różnych Jaśków mówi się u nas: „ej, Dżony”.

Kiedy słuchałem Muńka śpiewającego, że „Czasy nadchodzą nowe”, pomyślałem, że ten tekst, powstały w 1963 roku, zapowiadający nadejście kulturowej, a może raczej kontrkulturowej rewolucji na Zachodzie, dziś mógłby u nas śpiewać na przykład Paweł Kukiz. Nowe czasy to prawicowy populizm, zmiatający ze sceny pokolenie ‘68 z jego liberalizmem. Nawet ta fraza o dziennikarzach, których pióra już nie będą potrzebne, jako żywo kojarzy się z wojną toczoną przez Donalda Trumpa z mediami głównego nurtu. Kontekst tej piosenki w roku 2017 zupełnie się odwrócił.
Nie wiem, czy się odwrócił. Ta piosenka zawsze będzie aktualna, bo zawsze nadchodzą jakieś nowe czasy. Zawsze są jakieś grupy zawodowe czy społeczne, które się tak moszczą w swoim wymyślonym świecie, że zaczynają tworzyć obstrukcję. Ich przyzwyczajenia, ich rutyny nie rymują się z nowym krokiem. Oczywiście, te nowe czasy mogą być fajne albo niefajne. To piosenka napisana przez bardzo młodego Dylana, ale śpiewa ją do dzisiaj. Nie tylko dlatego że publiczność jej oczekuje, ale z powodu przeświadczenia, że nie brzmi ona fałszywie w dzisiejszych czasach. Czy Kukiz mógłby ją śpiewać? Może mógłby, jeśli wróci na scenę i będzie chciał po nią sięgnąć. Proszę bardzo. Ale ten przekład powstał akurat konkretnie z myślą o Muńku. Właściwie Muniek go na mnie niejako wymusił. Sam się obsadził w tej roli i bardzo się z tego cieszę. Wszyscy w zespole się cieszymy, bo - chcę to wyraźnie podkreślić - to nie jest moja płyta, tylko pięcioosobowego zespołu. Moja była inicjatywa, mój pomysł, ale to, co dzieje się na płycie, to zasługa wszystkich. Także naszych gości.

Czy jest taka piosenka, przy której tłumaczeniu Pan się poddał?
W „One of Us Must Know” nigdy nie wyszedłem poza pół refrenu i początek pierwszej zwrotki. Wciąż też przymierzam się do „High Water”. Wymaga ona wielkiej pokory i wierności postaciom, które się w niej pojawiają. A są to wielkie osobowości z dziejów bluesa. Bez nich ten tekst nie ma sensu. A przy tym ta piosenka jest nieprawdopodobna muzycznie i dlatego mnie kusi. Są takie piosenki, na które patrzę tylko z daleka i wiem, że łatwo nie będzie. A potem przychodzi taki dzień, że nagle staje mi przed oczami kilka wersów i już dalej jakoś idzie.

Podobno do agencji zawiadującej prawami autorskimi piosenek Dylana musieliście wysłać nie tylko Pańskie tłumaczenia na polski, ale też tłumaczenia tych tłumaczeń z powrotem na angielski.
Ta zasada obowiązuje w przypadku większości twórców piosenek. Jeśli chce się je nagrać w innych wersjach językowych, to przesyła się retranslacje przekładów. Kiedy z Zespołem Reprezentacyjnym wydawaliśmy płytę z piosenkami Georgesa Brassensa, musieliśmy je wszystkie przetłumaczyć z polskiego, o dziwo, na... angielski. Okazało się bowiem, że agencja, która pilnuje jego praw autorskich, jest głównie anglojęzyczna.

W przypadku Dylana były jakieś trudności?
Nie, przetłumaczyłem wszystko na angielski, oczywiście bez rymów i rytmów, poszło to pocztą i po trzech tygodniach przyszła zgoda na wszystko. Mam wrażenie, że agencja Dylana uważa, że do im większej liczby osób on dotrze, tym lepiej. Dają więc zgody na prawo i lewo. Odwrotnie jest z piosenkami Beatlesów. Tam uzyskać zezwolenie jest niesłychanie trudno.

To wszystko chyba dzieje się poza artystą?

Tak mi się wydaje. Byłoby dziwne, gdyby to do niego docierało. Chociaż kontrakt zobowiązywał do przesłania kilku sztuk naszej płyty do Sony. Być może jeden egzemplarz powędrował do domu Dylana, ale nie sądzę, żeby chciało mu się słuchać własnych piosenek w jakimś dziwnym, nieprzytulnym języku. Ale może, kto wie, w jakiejś chwili szczególnej nudy sięgnie po to, żeby się przekonać, że można go śpiewać, używając również takich słów jak „dżdżu” i „źdźbło” czy „kobierzec rozpostrze najwspanialszy”?

Jeden egzemplarz powędrował do domu Dylana, ale nie sądzę, żeby chciało mu się słuchać własnych piosenek w jakimś dziwnym, nieprzytulnym języku. Ale może, kto wie, w jakiejś chwili szczególnej nudy sięgnie po to, żeby się przekonać, że można go śpiewać, używając również takich słów jak „dżdżu” i „źdźbło”?

Wstrzeliliście się z płytą w tego literackiego Nobla...
I moja książka z przekładami, i płyta były gotowe przed Noblem. Różne kwestie prawne spowodowały, że ukazały się dopiero w tym roku. Więc choć spotykamy się z opiniami, że idziemy za ciosem, tak naprawdę to cios poszedł za nami (śmiech).

Jak Pan to odebrał? Jaki jest sens przyznawania literackiej Nagrody Nobla Bobowi Dylanowi?
Sens jest z jednej strony ogromny, z drugiej - sensu nie ma. Dla pozycji Dylana w świecie kultury nie ma to znaczenia, choć może iluś ludzi na świecie sięgnie po jego piosenki, choćby po to, żeby się przekonać, czy słusznie dostał, czy nie. Natomiast ogromny i głęboki sens werdyktu widzę w tym, że jest ukłonem w stronę pierwotnej literatury. Tej najwcześniejszej, która była śpiewaną opowieścią, tak jak w przypadku pieśni Homera. Jak świat długi i szeroki, istnieli pieśniarze, którzy opowiadali o sprawach ważnych, czasami o wojnach, o nieszczęściach, o miłości, o wydarzeniach zabawnych. I wędrowali z tym od wioski do wioski, od miasta do miasta. Więc ten Nobel przywraca honor pieśni jako formie literackiej. Pieśń, piosenka, utwór śpiewany może być naprawdę wspaniałym sposobem na komunikowanie się ludzi między sobą. Bardzo liczę też na to, że w Polsce autorzy tekstów to dostrzegą, bo w polskiej piosence opowieść, historia są prawie nieobecne. A Dylan śpiewa masę opowieści. Bardzo dużo jego utworów to są narracje.

Nobel dla Boba Dylana przywraca honor pieśni jako formie literackiej. Pieśń, piosenka, utwór śpiewany może być naprawdę wspaniałym sposobem na komunikowanie się ludzi między sobą.

Prawie scenariusze filmowe.
Niekiedy tak. Muniek kiedyś przyznał mi się, że piosenka „King” powstała na skutek jego zasłuchania się w „Hurricane” Dylana. To właśnie taka opowiedziana historia: jest bohater, bohaterka, postacie drugoplanowe. I tego nam brakuje. Mam nadzieję, że szum wokół Dylana, moja książka z przekładami i płyta Dylan.pl coś może zmienią. Nie oczekuję, że wszyscy będą „pisać Dylanem”, ale że obudzą się piosenkowi fabularyści.

dariusz.szreter@polskapress.pl

Dariusz Szreter

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.