Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Dzieci biegły za nim wołając: Znachor! Znachor!

Czytaj dalej
Fot. archiwum Bartłomieja Kwiatkowskiego
Małgorzata Szlachetka

Dzieci biegły za nim wołając: Znachor! Znachor!

Małgorzata Szlachetka

Dlaczego konserwator zabytków z Lublina ma w Wietnamie pomnik? - Czy przeciętny Wietnamczyk zna Kazimierza Kwiatkowskiego? Z nazwiska raczej nie, ale z wietnamskiego imienia, pisanego Ka-Zik, już tak - mówi autor książki o nim.

Kazimierz Kwiatkowski po raz pierwszy pojechał do Wietnamu w 1981 roku. Na początku sam. - To było już po wojnie wietnamskiej, ale nikt tak naprawdę nie wiedział, czego może spodziewać się na miejscu - podkreśla architekt Bartłomiej Kwiatkowski, wykładowca na Politechnice Lubelskiej i syn Kazimierza Kwiatkowskiego.

- Tata w Wietnamie miał się zająć konserwacją tamtejszych zabytków. Wiem, że kandydat do tego zadania był szukany w całym kraju, ale chętnych nie było. To miał być architekt, który jednocześnie ma doświadczenie w konserwacji zabytków, biegle mówi po rosyjsku i francusku - opowiada Bartłomiej Kwiatkowski.

Gdy zobaczył starożytny budynek, wchodził i zapisywał, rysował główne części, wypytywał o wszystko domowników

Decyzję trzeba było podjąć w ciągu kilku dni, ze świadomością, że będzie się wyjeżdżało z domu nawet na pół roku. Kwiatkowski zostawił w Lublinie żonę i troje dzieci.

Pierwszy, dwumiesięczny wyjazd miał być czasem orientowania się w tym, co jest do zrobienia. Na pewno 37-letni architekt nie przypuszczał nawet, że w Wietnamie będzie pracował przez 16 lat, do przedwczesnej śmierci. Szefował Polsko-Wietnamskiej Misji Konserwatorskiej.

„Starsi mieszkańcy powtarzają historię, jak Kazik po raz pierwszy odwiedził Hoi An - były to wczesne lata 80. XX wieku, a polski architekt pracował wówczas w kompleksie w My Son, gdzie odbudowywał zabytki kultury Czamów. Pewnego dnia chciał wybrać się nad morze - najkrótsza droga prowadziła właśnie przez Hoi An. Wówczas miasteczko było bardzo zaniedbane i rozważano wyburzenie starych budynków, tak aby postawić nowoczesne osiedla mieszkalne” - to fragment noty, jaka została zamieszczona 20 marca tego roku na stronie internetowej Ambasady Rzeczpospolitej Polskiej w Hanoi. W związku z lokalnymi obchodami 20. rocznicy śmierci lubelskiego architekta.

Bartłomiej Kwiatkowski porównuje Hoi An do Kazimierza Dolnego nad Wisłą, ze względu na wartość zespołu zabytków, jaki znajdziemy w obu miasteczkach.

- Hoi An, tak jak Kazimierz, był kiedyś portem rzecznym, z typową dla tego regionu drewnianą architekturą. Tata przekonywał Wietnamczyków, że jest ona wartością samą w sobie, więc trzeba walczyć o jej prze-trwanie - mówi Bartłomiej Kwiatkowski.

Nguye Duc Minh, który towarzyszył Kwiatkowskiemu w czasie pierwszej wizyty w Hoi An, tak wspominał tamten dzień: „Na początku to my byliśmy jego przewodnikami, ale już po godzinie Kazik stał się naszym przewodnikiem. Gdy zobaczył jakiś starożytny budynek, od razu wchodził i zapisywał, rysował główne części budynku, wypytywał o wszystko domowników. Potem dopiero zauważyłem, że domy, które Kazik odwiedził, miały dużą wartość historyczno-kulturową. Zwiedzanie uliczek Hoi An było poza planem wizyty, dlatego plan odpoczynku i popływania w morzu, jak określił to Kazik, zbankrutował” (cytat za: Jacek Zygmunt Matuszak, „Kazimierz Kwiatkowski (1944 - 1997). Wspomnienie niezwykłego człowieka”.

Zdjęcie architekta i konserwatora zabytków, Kazimierza Kwiatkowskiego z rodzinnego archiwum.
Centrum Konserwacji Zabytków w Hoi An i Instytutu Konserwacji Zabytków z Hanoi Kazimierz Kwiatkowski przez 16 lat zajmował się renowacją zabytków w Wietnamie

Dziś Hoi An, miasto, w którym Kwiatkowski przez lata kierował renowacją zabytków, jest wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Co więcej, mieszkańcy Hoi An wystawili Polakowi pomnik.

Jacek Zygmunt Matuszak, autor książki o Kwiatkowskim, podkreśla, że postawienie pomnika było oddolną inicjatywą, ale wspieraną przez lokalne władze.

- Pomnik stanął przy głównej ulicy starego miasta, gdzie zazwyczaj pracował Kazik. Jest to naprawdę atrakcyjna parcela, na której w naszych warunkach już dawno ktoś postawiłby hotel - komentuje Jacek Zygmunt Matuszak.

- Czy przeciętny Wietnamczyk zna Kazimierza Kwiatkowskiego? Myślę, że z nazwiska nie - bo trudno mu je wymówić. Ale z jego wietnamskiego imienia, pisanego Ka-Zik, już tak - tłumaczy Matuszak.

Bywało, że przed przystąpieniem do prac konserwatorskich wojsko musiało rozminowywać teren. „Ludzie żyli bardzo skromnie, obowiązywała reglamentacja żywności. Stale występowały problemy z dostępem do energii elektrycznej, opieki zdrowotnej i edukacji” - pisze Jacek Zygmunt Matuszak w swojej książce „Kazimierz Kwiatkowski (1944 - 1997). Wspomnienie niezwykłego człowieka”.

Architekt z Lublina dostał w Wietnamie dwa przezwiska: „człowiek z dżungli” i „Znachor”. To pierwsze dlatego, że na początku mieszkał w bambusowym szałasie, a zespół zabytkowych świątyń, w których pracował, otaczał las. Ze Znachorem była inna historia. Niedługo po polskiej premierze w Wietnamie pokazywany był film „Znachor” z 1982 roku. Miejscowi przezwali Kwiatkowskiego Znachorem, bo był fizycznie podobny do głównego bohatera melodramatu, w którego wcielił się Jerzy Bińczycki. Tak jak aktor, architekt był raczej słusznej postury i miał długą, białą brodę.

- Sam byłem świadkiem tego, jak grupa dzieci biegła za samochodem, w którym siedziałem z tatą, wołając za nim: Znachor! Znachor! - wspomina syn Kazimierza Kwiatkowskiego, który towarzyszył ojcu w jego pracy już w czasie swoich studiów na Politechnice Krakowskiej. - Po raz pierwszy do Wietnamu wyjechałem w 1994 roku. Mieliśmy wtedy łóżka w świątyni, która była poddawana renowacji, myliśmy się w pobliskiej rzece - opowiada Bartłomiej Kwiatkowski.

Nie ukrywa, że rozłąki z ojcem były dla niego trudne, szczególnie wtedy, gdy był jeszcze dzieckiem. - W latach 80. telefon z Wietnamu mieliśmy średnio raz na pół roku, bo takie jedno pięciominutowe połączenie kosztowało wtedy około 100 dolarów, a to był majątek. Zostawały listy - podkreśla nasz rozmówca. - To był czas sprzed epoki internetu. Jednym z trudniejszych wyjazdów dla taty na pewno był ten w 1982 roku, w czasie stanu wojennego i trzy dni po śmierci dziadka. Ciężko nam było wtedy się rozstawać - przyznaje Bartłomiej Kwiatkowski.

Skarb był ukryty pod świątynnym progiem. Złote naczynia ważyły około 30 kilogramów i były datowane na XIV w.

Na pierwszy wyjazd do Wietnamu Kazimierz wybrał się sam, a w kolejnych latach budował zespół specjalistów wokół siebie. Byli z nim m.in. archeolodzy. Systematyczna praca przynosiła efekty. W 1983 roku, w sanktuarium Po Klon Garai, Kazimierz Kwiatkowski odkrył prawdziwy skarb, zespół złotych naczyń ofiarnych. Jeden z największych, jakie zostały znalezione w Wietnamie. Bartłomiej Kwiatkowski: - Był ukryty pod świątynnym progiem. Złote naczynia ważyły około 30 kilogramów i były datowane na XIV wiek.

Jacek Zygmunt Matuszak przybliżając postać swojego bohatera podkreśla, że architekt słynął z tego, że potrafił budować dobre relacje z innymi ludźmi. Jednocześnie umiejąc przekonać do swojego zdania. - Jedną z moich rozmówczyń była pani, która gotowała dla Kazika w Hoi An. Do tej pory przechowuje jakieś drobiazgi, które przywiózł jej z Polski. Inny pan, Tran Ky Phuong, stara się pozyskać środki, by utworzyć fundację im. Kazimierza Kwiatkowskiego, która mogłaby wysyłać wietnamskich studentów do Polski - pisze Jacek Zygmunt Matuszak.

Okazuje się, że architekt jest bohaterem kilku wietnamskich książek, jego osoba była też inspiracją dla wietnamskich filmowców. - Wystarczy porównać długość i szczegółowość wpisu o nim w polskiej i wietnamskiej wersji Wikipedii - zaznacza Matuszak.

Nie można pominąć tego, że Kazimierz Kwiatkowski czerpał z doświadczenia, jakie zdobył w Lublinie. M.in. z lubelskiego oddziału Państwowego Przedsiębiorstwa Pracownie Konserwacji Zabytków na Starym Mieście. Pracował na przykład przy przenoszeniu chat do Muzeum Wsi Lubelskiej, renowacji Kaplicy Trójcy Świętej, ale też stworzył projekt zagospodarowania placu Po Farze, ostatecznie niezrealizowany.

Architekt Bartłomiej Kwiatkowski: - Wiem, że tata był zwolennikiem odbudowy staromiejskiej fary, dziś ten pomysł wraca.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Kuriera Lubelskiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Kuriera Lubelskiego
  • codzienne e-wydanie Kuriera Lubelskiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Małgorzata Szlachetka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.