Dziś już nikt nie mówi: chodź, idziemy na podwórko

Czytaj dalej
Fot. Fot. Archiwum
Tomasz Kapica

Dziś już nikt nie mówi: chodź, idziemy na podwórko

Tomasz Kapica

Trzepaki, ławki pod blokiem, stare drabinki, murki – od zawsze centrum osiedlowego życia i to nie tylko dla dzieci. Dziś coraz częściej możemy je już oglądać tylko na starych zdjęciach. Życie osiedlowe umiera.

Kiedyś nikt nie miał komórki ani Facebooka, a i tak wszyscy wiedzieli, gdzie się spotkać - można przeczytać na popularnych internetowych memach ze zdjęciami trzepaków czy prowizorycznych boisk osiedlowych.

- Jedno z nich znajdowało się dokładnie tutaj - Zdzisław Drosik pokazuje skwer pomiędzy blokami przy ulicy Kosmonautów 1 i 3 w Kędzierzynie-Koźlu. - Te dwa drzewa wyznaczały jedną bramkę, a tamte drugą. Granice pola karnego wytyczały z kolei chodniki. Mecze grali tu od rana do wieczora. Zmiennicy siedzieli pod garażami, gdzie stał kiedyś trzepak. Jak ktoś wracał z „Manhatanu” (hala targowa w śródmieściu - red.) z zakupami, to grę się przerywało, żeby mógł spokojnie przejść. Nie można powiedzieć, że nie było kultury. No i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wybili jakąś szybę.

Z piaskownicy zrobili donicę

Dziś na „polach karnych” rosną kwiaty, wszędzie posiana trawa. Starego trzepaka już nie ma. Podobnie jak ławek i placyku zabaw z huśtawką. Stara piaskownica jest teraz wielką donicą z kolejnymi kwiatami. Dzieci żadnych tu już nie ma.
- W domu siedzą - opowiada pani Anna, która mieszka przy Kosmonautów od lat 80. - A jak już wychodzą, to idą na orlika, tam daleko pod las. Pod blokiem to nikt się już nie bawi. Zresztą nie wolno. Jak raz zaczęli tu piłkę odbijać, to sąsiedzi grozili, że zaraz przyjedzie straż miejska i ukarze ich za zakłócanie porządku - wspomina pani Anna.

Czy naprawdę ludzie dzwonią na straż, by przegonić spod bloków bawiące się tam dzieci?
- Oj, dzwonią, niestety dzwonią - wzdycha Grzegorz Smoleń, komendant Straży Miejskiej w Nysie. I opowiada anegdotkę sprzed kilku dni: - Mój kolega robił niedawno swojej mamie porządek w komputerze. I znalazł tam list do burmistrza Nysy, w którym pisała, aby zrobić porządek z dziećmi, które grają w piłkę na osiedlu. Kolega poszedł do niej i powiedział: „Mamo, ale tak nie można. Przecież jak ja i ty byliśmy młodzi, to też graliśmy na podwórku w piłkę...” - mówi komendant straży.

Pani Katarzyna, mieszkanka osiedla Piastów w Zdzieszowicach, mówi, że o takie rzeczy była tutaj niejedna wojna. Konkretnie sąsiedzi pokłócili się o to, czy dzieci mogą w ogóle siedzieć na ławkach pod blokiem. - Przeciwko byli ci najstarsi. Powiedzieli, że dzieci powinny sobie iść do kina albo na szkolne boisko. Ale pod blokiem nie ma siedzenia, bo za głośno rozmawiają - opowiada pani Katarzyna. - Część mieszkańców była oburzona, bo jak to można zabronić komuś rozmawiać na podwórku. Ale jak młodzież siedziała na ławkach, to niektórzy dzwonili na policję. I nieraz radiowóz podjeżdżał. Teraz już nie siedzą, gdzieś się wynieśli. A gdzie? A tego to już nie wiem. No, ale trzeba przyznać, że spokój już jest.

Czasem dzieciom trzeba po prostu dać się wyszaleć

W Dąbrowie Górniczej (woj. śląskie) wśród mieszkańców wielkie poruszenie. Jednego dnia z miasta zniknęło aż 61 trzepaków. Ludzie nie ukrywają, że są w szoku.
- Trzepaki były tu od zawsze. Dla młodych jako centrum życia osiedlowego, dla starszych po to, by zrobić wiosenne porządki - żalili się na łamach lokalnej telewizji mieszkańcy Dąbrowy.

Tamtejszy magistrat uznał jednak, że są one niebezpieczne. Wykorzystano fakt, że w zeszłym roku ktoś wykopał trzepak i oparł go o drzewo. Dzieci wywróciły trzepak i jedna z dziewczynek złamała nogę. Władze miasta bały się, że taka sytuacja może się powtórzyć, i jak tylko skończyła się zima, wycięły trzepaki w pień. - Wydział gospodarki komunalnej podjął decyzje o przeprowadzeniu inwentaryzacji trzepaków. Wykazała ona, że są w bardzo złym stanie technicznym - tłumaczy rzecznik dąbrowskiego magistratu Bartosz Matylewicz.

Skoro tam zlikwidowano, 
to co będzie u nas?

Na trzepaki w całej Polsce padł blady strach. Bo skoro w Dąbrowie Górniczej się na to zdecydowano, to zapewne w innych miastach też. Na razie na Opolszczyźnie alarm odwołany. - Nie, nie zamierzamy ich likwidować - uśmiecha się Zygmunt Trojniak, prezes spółdzielni w Prudniku. - Wiemy, że są potrzebne mieszkańcom do tego, aby mogli trzepać dywany, szczególnie podczas wiosennych porządków.

Ale przyznaje: coraz więcej mieszkańców narzeka na hałas na osiedlach. - Jeżeli budujemy nowe place zabaw, to już staramy się, żeby były one w takich miejscach, aby nie przeszkadzały innym mieszkańcom. Wielu z nich faktycznie oczekuje spokoju i musimy to uszanować.

Kamil Nowak z kędzierzyńskiej fundacji „Wiedzieć Więcej” to lokalny aktywista, który zajmuje się problemami szeroko rozumianej samorządności. On także zauważa zmiany, jakie zaszły na naszych podwórkach. - Kiedyś jedną z ulubionych zabaw było odbijanie piłki o mur bloku. Wszędzie tak bawiła się młodzież. Pokaż mi dziś jedno takie miejsce. Nie ma, nie wolno nigdzie odbijać piłki - mówi Kamil Nowak. Kolejny przykład to ogródek jordanowski w kędzierzyńskim Śródmieściu. Kiedyś miejsce tętniące życiem, dziś najlepiej byłoby, jakby go w ogóle zamknięto i była cisza i spokój.

Nie budujcie boiska obok szkoły, bo będzie za głośno

W miejscach, gdzie kiedyś bawiły się dzieci, dziś są parkingi albo trawniki. Kamil Nowak wyliczył wstępnie, że miasto Kędzierzyn-Koźle wydaje już na samo koszenie trawników ponad 700 tysięcy złotych rocznie.

Na nowo budowanych osiedlach nikt już nawet nie myśli o skwerach do rekreacji i placach zabaw. Jeden blok stoi obok drugiego, a jeśli coś między nimi jest, to płot oddzielający teren jednej wspólnoty mieszkaniowej od drugiej.
- Wydzielanie się wspólnot także doprowadziło do tego, że przestrzeni do zabawy, spędzania czasu na świeżym powietrzu było coraz mniej - mówi Marek Waligóra, mieszkaniec kędzierzyńskiego Śródmieścia. - Mieszkańcy chcieli mieć kawałek swojego. Grodzili się, wyznaczali miejsce na parkingi. Nagle okazało się, że wszędzie stoją płoty, nie ma miejsca na huśtawkę czy piaskownicę.

W Kędzierzynie-Koźlu trwa obecnie dyskusja, czy przenosić jedną z podstawówek do zamykanego gimnazjum. W tym drugim trzeba by zbudować nowe, porządne boisko. Ale mieszkańcy okolicznych bloków nie chcą nawet o tym słyszeć. Boją się, że wówczas będzie hałas od strony szkoły. Argument o hałasie staje się obecnie najważniejszy w całej dyskusji o tym, czy przenosić podstawówkę do gmachu gimnazjum. Ważniejszy nawet od tego, że w gimnazjum nie ma kuchni dla dzieci i trzeba będzie płacić trzy więcej za obiady z kateringu...

To nie pierwszy taki przypadek na Opolszczyźnie, gdzie mieszkańcom przeszkadza oficjalne, szkolne boisko. Trzy lata temu strzelecki sąd kazał zamknąć plac do gry przy Szkole Podstawowej nr 1. Powód? Jedna z mieszkanek poskarżyła się na dobiegające stamtąd hałasy.

Zakaz gry w piłkę obowiązywał od 16.00, bo zdaniem skarżącej właśnie popołudniami młodzież zachowywała się tam niestosownie. Absurdalna decyzja sądu krzywdziła dzieci, które po lekcjach chętnie bawiły się na boisku. Adwokat Aleksandra Paściak, która reprezentowała w sądzie powódkę, tłumaczyła, że jej klientka złożyła pozew, bo wcześniej nie otrzymała skutecznej pomocy z urzędów i innych instytucji. - Ten pozew nie jest wymierzony ani w dzieci chodzące do szkoły, ani w ich rodziców - mówi pani mecenas. - Chodzi o młodzież i dorosłych, którzy też korzystali z boiska, ale w sposób absolutnie niezgodny z jego przeznaczeniem.

Sąd Rejonowy w Strzelcach Opolskich tłumaczył, że decyzja o zamknięciu szkolnego obiektu sportowego w Krapkowicach jest tymczasowa, a gmina może się od niej odwołać. W uzasadnieniu napisano, że „skarżąca dysponuje nagraniami, na których widać i słychać, jak niestosownie zachowywali się młodzi ludzie”. Wyrok później złagodzono na zakaz korzystania z boiska w weekendy.

Jogurtowy placyk 
przenieśli za bloki

Do kuriozalnej sytuacji, o której rozpisywały się ogólnopolskie media, doszło także w Sosnowcu. Dzieci na osiedlu Naftowa przez lata bawiły się na starych torach kolejowych albo w ruinach fabryki. Do czasu, aż jeden z producentów jogurtów zorganizował konkurs, w którym obiecał wybudować plac zabaw w tym miejscu z którego przyjdzie najwięcej próśb o sfinansowanie takiej inwestycji. Wygrały maluchy z Sosnowca.

Kolorowe urządzenia do zabaw stanęły między blokami. Dzieciaki były uradowane, ale dorośli już mniej. Napisali do miejscowej spółdzielni petycję o zlikwidowanie placu zabaw. Argumentowali, że od kiedy powstał, jest tam bardzo głośno. Rolą spółdzielni jest dbanie o wszystkich mieszkańców” - przekonywali w petycji, którą podpisało ponad 30 z 40 lokatorów bloku. Ostatecznie „jogurtowy placyk” przeniesiono za bloki, ku niezadowoleniu najmłodszych mieszkańców.

Rzecznik Praw Dziecka 
musiał interweniować

Rzecznik Praw Dziecka problem zauważył już siedem lat temu. Najpierw w 2010 roku wystosował do wójtów, burmistrzów i prezydentów polskich miasta apel o to, aby nie likwidowali najmłodszym piaskownic. Samorządy wolały je zasypywać ziemią, niż utrzymywać w odpowiednim stanie sanitarnym, bo to ostatnie kosztuje.

Trzy lata później RPD w jeszcze mocniejszym tonie upomniał się o place zabaw: „Otrzymuję niepokojące informacje, że gminy często likwidują istniejące place zabaw, jak również nie utrzymują odpowiedniego stanu technicznego urządzeń dla dzieci” - napisał do samorządowców. Powołał się na art. 31 Konwencji o Prawach Dziecka, który gwarantuje im prawo do wypoczynku i czasu wolnego oraz uczestniczenia w zabawach. „Prawo to ma być realizowane m.in. poprzez zapewnianie dzieciom dostępu do takich obiektów jak place zabaw, a na gminach spoczywa obowiązek ich utrzymywania i prawidłowego wyposażenia” - podkreślał Rzecznik Praw Dziecka. Fakt, że podwórka pustoszeją, nie jest ani zjawiskiem nowym, ani typowo polskim. To przede wszystkim konsekwencja zmieniającego się stylu życia. W latach 90. w Stanach Zjednoczonych opublikowano wyniki długofalowych badań, w których porównano czas, jaki dzieci spędzają na różnych aktywnościach, w porównaniu z rokiem 1981.

Przede wszystkim okazało się, że każdego roku czas spędzony w szkole wydłużał się średnio o 1 procent. Różnica z początkiem lat 80. do połowy lat 90. wynosiła już 15 procent. Aż o 145 procent czasu więcej dzieci zaczęły poświęcać na rozwiązywanie zadań domowych, jednocześnie aż o 50 procent zmniejszył się czas, jaki spędzały na rozmowach z domownikami.

Łączny czas na zabawę w ciągu 15 lat zmniejszył się o 1/4. Badania powtórzono w 2003 roku

Czas poświęcany na wykonywanie zadań domowych zwiększył się o kolejne 30 procent, a ten przeznaczony na zabawę zmniejszył o 7 proc.
- Ale nie tylko nadmiar nauki miał na to wpływ. Przed laty dzieci chodziły przede wszystkim do szkół znajdujących się w pobliżu ich domów, dziś coraz częściej są dowożone.

Wydłuża się czas pracy rodziców, także w Polsce coraz mniej z nas pracuje do 15.00 czy 16.00 jak przez kilkadziesiąsiąt ostatnich lat - opowiada nauczycielka Patrycja Kazimierska. - Sami bywamy coraz rzadziej w domach i staramy się jednocześnie zapewnić dzieciom jak najwięcej zajęć dodatkowych. Dziecko nie może iść pograć w piłkę z kolegami, tylko musi trenować w dobrym klubie. Do tego szukamy im innych aktywności w kółkach zainteresowań, których dzieci często wcale nie lubią. Przyjęło się, że dziecko po podwórku może się tylko wałęsać i że źle to świadczy o rodzicach.

Światowa Organizacja Zdrowia przez 4 lata obserwowała ponad 70 tys. dzieci w wieku od 13 do 15 lat, pochodzących z 34 krajów świata, zaczynając od obydwu Ameryk, poprzez Azję, Europę, na Środkowym Wschodzie kończąc. Okazuje się, że jedna trzecia z nich po powrocie ze szkoły zalega na kanapie, włącza telewizor lub komputer. Nastolatkom zwyczajnie nie chce się już wychodzić na podwórko i grać w piłkę czy jeździć na rowerze. Przy takich stacjonarnych rozrywkach dzieciakom brakuje ruchu.

Chcemy decydować za nie

- Powodów jest kilka, jednak najpoważniejszy z nich to zmiana tempa życia, która odbija się na sposobie funkcjonowania rodziny - zauważa Anna Komorowska, pedagog i blogerka, zajmująca się m.in. tematyką wychowywania dzieci. - Dzieci dołączyły do ogólnoświatowego pędu. Dziś mają zdecydowanie mniej czasu na swobodną zabawę. Zamiast tego gnają z jednych zajęć pozalekcyjnych na drugie.

Katastrofalne skutki tego stanu rzeczy bardzo trafnie opisał Carl Honoré w książce „Pod presją czasu. Dajmy dzieciom święty spokój!”. Z własnej obserwacji, a także z rozmów z innymi osobami prowadzącymi zajęcia artystyczne możemy stwierdzić, że ściśle zorganizowany czas oraz obecny system edukacji wpływają na drastyczne obniżenie poziomu kreatywności u dzieci już na poziomie szkoły podstawowej. A jest to tylko jeden z wielu efektów takiego stanu rzeczy.

Zdaniem blogerki przyczyną tego, że dzieci są coraz rzadziej wypuszczane „na dwór” albo „na pole”, jest też wyimaginowany strach. Statystyki bezpieczeństwa na osiedlach z roku na rok się poprawiają. Mimo to media często próbują wywołać atmosferę strachu. Kilka miesięcy temu lokalne media z Kędzierzyna-Koźla opublikowały informację o tym, że starszy mężczyzna rzekomo zaczepia małe dzieci wychodzące ze szkoły podstawowej na osiedlu NDM.

Artykuły były bardzo szeroko komentowane przez mieszkańców. Policja prosiła o rozwagę także dziennikarzy. Mimo to pojawiały się kolejne relacje dzieci, które opowiadały o rzekomym natrętnym mężczyźnie. W końcu okazało się, że dzieci wymyślały historie, tylko dlatego, że... wzbudzało to wielkie zainteresowanie rodziców.

Okazało się, że żadnego domniemanego pedofila nie ma. Mimo to wielu rodziców nie chciało wypuszczać dzieci same z domów.
- Do strachu przed obcymi, przed dziką przyrodą, przed upadkiem na zjeżdżalni dochodzi jeszcze strach przed ruchem drogowym i miastem - zaznacza Anna Komorowska. - Ci, którzy marzą o innym życiu, o większej swobodzie i dostępie do natury dla swoich dzieci, uciekają na wieś.

Nauczycielka Patrycja Kazimierska przekonuje, żeby jednak spróbować pozwolić dzieciom poszaleć na podwórku.
- Jak przyjdzie mokre, bo właśnie „wyskakali” całą kałużę, albo z przetartymi kolanami, to nie krzyczmy od razu. Obróćmy to w żart. Wtedy zobaczymy, że to dziecko jest naprawdę szczęśliwe - przekonuje.

Tomasz Kapica

Staram się być wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego. Zajmują się sprawami, które są istotne dla mieszkańców, a także regionalną i ogólnopolską polityką. Patrzę władzy na ręce. Jeśli jest coś, o czym powinienem widzieć, to dzwoń lub pisz.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.