Eryk Lubos, aktor którego nie zmieniła sława. Ciągle jest tym samym skromnym chłopakiem ze Śląska

Czytaj dalej
Fot. TVN/Iza Grzybowska
Anna Gronczewska

Eryk Lubos, aktor którego nie zmieniła sława. Ciągle jest tym samym skromnym chłopakiem ze Śląska

Anna Gronczewska

Mieszka w kawalerce, jeździ starym samochodem. W wolnych chwilach uprawia boks. I jest dziś jednym z bardziej rozchwytywanych aktorów w Polsce. Oglądamy go w serialu „Belle Epoque”. Eryk Lubos gra w nim Henryka Skarżyńskiego.

To aktor charakterystyczny: gra potwora Frankensteina w Teatrze Syrena, mordercę w serialu „Oficer”, umierającego boksera, który chce mieć dziecko w filmie „Moja krew”, w „Sztuce kochania” zagrał kochanka dzięki któremu Michalina Wisłocka pisała, że sufit na nią spada. Teraz śledzimy jego kryminalne perypetie w kostiumowym serialu „Belle Epoque”. Mimo sławy wciąż jest tym samym chłopakiem ze Śląska.

Śląskie korzenie

Urodził się w Tarnowskich Górach, ale wychował się położonej w pobliżu tego miasta wsi Repty.

- Od małego wiem, że mleko bierze się nie ze sklepu, tylko od krowy

- mówił w wywiadzie dla „Twojego Stylu” Eryk Lubos. - A jak babcia chciała ugotować rosół, szła do kurnika, zarzynała kurę, odzierała ją z pierza i było po sprawie. Dziwi mnie, że teraz robi się aferę, bo karpia na wigilię trzeba ukatrupić. Mieszkając na wsi, rozumiałem, że zwierzęta są dla ludzi, że na tym polega łańcuch pokarmowy. Lubiłem podpatrywać dziadka Maksa- rzeźnika, kiedy szedł na świniobicie. Kojarzyło mi się to z obrządkiem, rytuałem. Dziadek najpierw ostrzył noże, potem zabierał mnie na czyjeś podwórko, choć nas, dzieci, przeganiano. Tam w świątecznej atmosferze zarzynał wieprzka, dzielił mięso, rozpalał w wędzarni i po chwili roznosił się piękny zapach drewna, jałowca i wędzonych kiełbas. Robił najlepsze kiełbasy, jakie w życiu jadłem.

Od dziecka pracował, tak jak wiele wiejskich dzieci. Opowiadał, że od wiosny do jesieni pomagał babci w polu.

- Na szczęście pozbyła się zwierząt, bo przy krowach i świniach to nawet zimą nie ma odpoczynku - mówił „Twojemu Stylowi”. - Babcia zostawiła tylko barany, które musiałem wyprowadzać na łąkę. Wracałem ze szkoły, rzucałem teczkę, zjadłem coś i do pracy. Rozumiałem, że każdy musi zarobić na swoje utrzymanie. Na fanaberie też. Kiedy zapragnąłem mieć perkusję, pracowałem na budowie. Jako pomocnik murarza skuwałem tynki, czasem murarz pozwolił kłaść nowe. Malowałem taras u babci, naprawiałem płot - zawsze coś za to wpadło. U piekarza w Piekarach nosiłem worki z mąką, myłem kocioł po cieście na chleb. Miałem 14 lat.

Eryk Lubos, aktor którego nie zmieniła sława. Ciągle jest tym samym skromnym chłopakiem ze Śląska
TVN/Iza Grzybowska

Miał szczęśliwą rodzinę, kochających go rodziców. Jego ojciec jest inżynierem, pracował w Gliwicach. Jego kolegą ze studiów i wojska był premier Jerzy Buzek.

Mówi, że jego mama jest niespełnioną artystką. Chciała zostać fotografikiem. Porzuciła jednak te marzenia, zajęła się domem, wychowaniem trójki dzieci.

- W wolnych chwilach robiła zdjęcia, są ich całe albumy, prowadziła nawet zajęcia z fotografii w domu kultury w Tarnowskich Górach - wyjaśniał w wywiadzie dla „Twojego stylu”.

Pamięta, że jego tata często mówił: „Zawsze jest poprawa na naszym podwórku zaświeci słońce.”- Co znaczyło, żeby się nie załamywać, tylko patrzeć na jasną stronę życia - wyjaśniał. - Zupełnie inaczej niż mama. Ona wciąż się czymś martwiła. Uważała, że będzie źle, choć nic na to nie wskazywało.

Zaczęło się od Feuerbacha

Eryk nie myślał o tym, by zostać aktorem. Miał 18 lat, gdy z dziewczyną pojechał do Wrocławia, na spektakl „Ja, Feuerbach” w tamtejszym Teatrze Współczesnym.

- Chciałem jej zaimponować, a sobie zrobiłem kuku

- śmiał się po latach. Podobno oczarował go Zdzisław Kuźniar, który grał jedną z głównych ról w tym spektaklu. Od tej chwili coraz częściej myślał o tym, by tak jak on występować na scenie. Po maturze, którą zdał w I LO w Tarnowskich Górach postanowił zdawać do krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Na egzaminie wstępnym znakomita aktorka powiedziała, że ma dziwne stany psychiczne. Nie został przyjęty. Do Warszawy nie próbował, bo studentem tej uczelni był już Arkadiusz Janiczek.

- Doszedłem do wniosku, że skoro jednego rudego już mają, nie ma sensu składać papierów - wyjaśniał aktor w wywiadach. - Kiedy przyśnił mi się profesor Bardini związany wtedy z wrocławskim Przeglądem Piosenki Aktorskiej, postanowiłem zdawać do Wrocławia.

Do wrocławskiej szkoły przyjęto go z drugim rezultatem. Na studiach zaczął trenować boks. Podczas treningów nie chwalił się, że studiuje na wydziale aktorskim. Szło mu bardzo dobrze. Chciano nawet, by został bokserem wrocławskiej Gwardii. Tak się jednak nie stało. Postawił na aktorstwo, ale boksem dalej zajmuje się w wolnych chwilach.

O tym, że studiuje aktorstwo długo też nie mówił ojcu. Wiedział, że syn jest studentem politechniki.

- Zdałem tam zresztą, ale przez rok olewałem naukę, już wiedziałem, że pójdę do szkoły teatralnej

- wyjaśniał Eryk Lubos.

Wreszcie wydało się, że jego syn studiuje w szkole teatralnej. - Rób, jak chcesz - powiedział wtedy. - To twoje życie. Żebyś nie żałował.

Z czasem zaakceptował wybór syna. Zaczął chodzić na spektakle, w których grał. I pewnie jest z niego dumny, choć głośno tego nie mówi.

Eryk Lubos, aktor którego nie zmieniła sława. Ciągle jest tym samym skromnym chłopakiem ze Śląska
TVN/Iza Grzybowska

Początki w zawodzie nie były łatwe, choć już na studiach dostał angaż do Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Grał dużo, ale z teatralnego etatu nie dało się wyżyć. Jeździł więc dorabiać sobie do Holandii.

- Przez kilka lat co roku składałem katalogi Neckermanna - mówił w wywiadzie dla „Zwierciadła”. - 17 godzin na dobę przy taśmie, szaleństwo. Dopiero pierwsza rola telewizyjna w „Oficerze” sprawiła, że zarobiłem pieniądze w zawodzie. Potem Grzegorz Jarzyna zaprosił mnie do Warszawy i już tak tu zostałem, mimo że ostatecznie nie znalazł na mnie pomysłu. Czasem mam poczucie, że biorą mnie na zasadzie: no dobra, inni aktorzy z listy zajęci, to weźmy Lubosa. Tego brzydkiego, tego rudego.

Wygląd jednak jest jego atutem

- Bardziej wyglądam na menela - opowiadał „Zwierciadłu”. - Nie chodzę w garniturach, wszystko zawsze mam pogniecione. Może gdyby mi to aktorstwo nie wyszło, stoczyłbym się, zajmowałbym się dziwnymi interesami, a może znalazłbym sobie jakąś uczciwą niszę? Nie wiem. Na pewno nie siedzielibyśmy teraz na placu zabaw i nie rozmawiali. Rozmawiamy teraz przecież, bo postaci, które ożywiam, są ciekawe, a nie dlatego, że ja sam jestem aż tak interesujący… No, ale jednak myślę, że nie stoczyłbym się, nie pozwoliłyby mi na to zasady, które wyniosłem z rodzinnego domu.

Często też pojawiał się w rolach ludzi z tzw. marginesu. Widzowie pokochali go jako Pluskwę z serialu „Ojciec Mateusz”. Byłego przestępcę, który postanowił zmienić swoje życie i zostać uczciwym człowiekiem. Z czasem dostawał coraz więcej propozycji. Początkowo grał meneli. Ale w końcu zagrał w „Boisku bezdomnych”, a potem przyszła główna rola w „Mojej krwi” Marcina Wrony. Eryk Lubos przestał być anonimowy.

Potem zaczął grać u Wojciecha Smarzowskiego - w „Domu złym”, „Róży”, „Drogówce”. Zaczęto nawet mówić, że należy do jego ulubionych aktorów. Teraz możemy go oglądać w „Sztuce kochania, czyli historii życia Michaliny Wislockiej”. Występuje w wielu serialach. Wiele osób pewno pamięta czarny charakter, czyli kozaka Tkaczenko z „1920. Wojna i miłość”. Grał też w „Misji Afganistan”, „Czasie honoru”, „Prawie Agaty”. Najnowszą rolą jest Henryk Skarżyński w produkcji TVN-u „Belle Epoque”. I już zbiera pozytywne recenzje.

Mieszka w kawalerce na Pradze

- Wylądowałem tu z powodu kobiety - wyjaśniał w wywiadzie dla „Twojego Stylu”. - Mieszkała na Pradze, a ja właśnie dostałem propozycję od Grzegorza Jarzyny. Dzięki niemu jestem tutaj. I tak wrosłem w tę dzielnicę. Mieszkam chyba w najbardziej rozlatującej się kamienicy w Polsce. Z pokoju mam widok na podwórko, na studnię, a z łazienki na drugą kamienicę. Ciemno, paździerz, wystrój niezmieniony od lat 70-tych. Bywa depresyjnie. Ale mam sentyment do Pragi-Północ. To chyba jedyne miejsce, gdzie człowiek z robotniczego Śląska dobrze czuje się w Warszawie. Ja się nie nadaję do mieszkania na wygodnym, strzeżonym osiedlu, które odcina od rzeczywistości. To nie mój świat.

Ale przyznał, że ma działkę nad jeziorem, gdzie ma dom z bali. - Pomagałem przy budowie - zapewnia. - Nosiłem belki, stawiałem więźby. Teraz przyjeżdżam, rozpalam w piecu, w szybkowarze robię jedzenie, idę na spacer, odwiedzam sąsiadów. Mógłbym tam żyć - cisza, spokój.

Anna Gronczewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.