Monika Chruścińska-Dragan

Ewa Minge: Śląsk uwielbiam i chciałabym otworzyć tutaj kolejny Dom Życia

Ewa Minge Fot. Arkadiusz Gola Ewa Minge
Monika Chruścińska-Dragan

Znana projektantka Ewa Minge chce inwestować na Śląsku. Nam opowiada, za co ceni Ślązaków, o swojej fundacji, nowej kolekcji haute couture i programie, w którym wystąpi w roli jurora.

Jesteśmy w Fabryce Porcelany w Katowicach. Trwa sesja fotograficzna do charytatywnego kalendarza dla pani fundacji. Skąd pomysł, żeby zrobić go na Śląsku?

Śląsk kocham i uwielbiam od lat. Już jako mała dziewczynka przyjeżdżałam tu do mojego wujka, który był dyrektorem kopalni. Kazałam wtedy tacie przymierzać pióropusze i mundury górnicze. Mam tu bardzo bliską rodzinę i wielu przyjaciół. Na pomysł zorganizowania sesji na Śląsku wpadła Sara Kondal, z którą współpracuję i która jest w radzie programowej mojej fundacji „Black Butterflies”. Pochodzi stąd i to ona zaproponowała - zróbmy coś w Katowicach, pokażmy przy okazji kawałek miasta. Gdy zaczęła opowiadać o Fabryce Porcelany, od razu chciałam ją zobaczyć. Porcelana mieści się w zakresie mojego hobby, projektuję też porcelanę dla Ćmielowa. Byłam bardzo ciekawa tego miejsca.

I jakie wrażenia?

Nie spodziewałam się, że jest tu aż tyle przestrzeni. Najwspanialsza rzecz, jaką mogli zrobić właściciele tego miejsca, to zachować jego historię i charakter. I to się udało. Ja jestem za tym, aby wszystkie piękne rzeczy i miejsca, z którymi wiążą się ludzkie historie i opowieści, zachowywać dla pokoleń.

Na historycznym osiedlu Nikiszowiec w Katowicach ponoć inwestuje Eva Minge Design...

Owszem, jest firma Ewa Minge Design, ja sprzedałam w niej udziały i też nie wiem, co tam się dzieje. Mam jednak w stosunku do tego regionu pewne plany. Chciałabym, żeby to właśnie na Śląsku powstał kolejny Dom Życia związany z moją fundacją. Myślę też o zainwestowaniu tu od strony kreatywnej. Śląsk jest w moim przekonaniu niezwykle niedoceniany. Kinematografia polska zrobiła mnóstwo krzywdy regionowi śląskiemu. Postrzegamy go przez taki dziwny pryzmat - wyciąga się polsko-niemieckie wątki historii Śląska, kojarzy się go z zadymionymi blokami górniczymi i ludźmi, którzy nie potrafią mówić po polsku, dlatego używają gwary. Gwary, która skądinąd jest bardzo piękna i warto ją kultywować, bo jest ogromną wartością. Ja z jednej strony dostrzegam to, że Śląsk bardzo się zmienił, z drugiej cenię pewną stałą - przywiązanie do tradycji i rodziny, które chyba nigdzie indziej w Polsce nie są już tak kultywowane jak tutaj. To dzięki temu Ślązacy są wspaniałymi ludźmi i odnoszą sukcesy czy to w biznesie, czy innych płaszczyznach życia. Trzeba pokazywać Śląsk także od tej strony. Pamiętać, jacy ludzie stąd pochodzą. Nie ma chyba bardziej znanego i cenionego za granicą polskiego reżysera, jeśli chodzi o kino artystyczne, jak Lech Majewski, który właśnie jest z Katowic. Ja przychylnym okiem patrzę na Śląsk i chcę w niego inwestować. Z czego pierwsza to będzie inwestycja fundacyjna.

Czym są Domy Życia fundacji „Black Butterflies”?

Dom Życia to dom dziennego pobytu dla ludzi chorych onkologicznie, cierpiących na stwardnienie rozsiane i rdzeniowy zanik mięśni. Nie polega jednak na tym, że ktoś przyprowadzi do nas babcię, ona usiądzie i będzie siedzieć. Przychodzą do nas ludzie, którzy są chorzy, w trakcie leczenia lub po przebytej chorobie, a my pomagamy im wrócić do życia. Bardzo profesjonalnie - począwszy od akademii pacjenta, gdzie nie tylko nasi podopieczni, ale każdy może przyjść i dowiedzieć się, jakie są możliwości leczenia danej choroby w Polsce i za granicą, po akademię wolontariatu. Naszymi partnerami są m.in. izba lekarska i Centrum Onkologii w Bydgoszczy. Sami bowiem nie leczymy, ale odsyłamy naszych podopiecznych na leczenie i konsultacje lekarskie do szpitala, a w zamian przygotowujemy występy dla leżących w nim pacjentów. Posiadamy gabinety psychologów, prawnika i co najważniejsze, mamy warsztaty - warsztaty kreatywnego tworzenia, które osobiście prowadzę, warsztaty szkła artystycznego, fotograficzne, muzyczne, malarskie, decoupage’u, florystyczne. Można nauczyć się języka angielskiego, niemieckiego, są pilates, gabinet kosmetyczny. My ten nasz dom nazywamy czasem też domem kultury. Wszystko w nim jest za darmo dla naszych podopiecznych. W związku z tym mamy co utrzymywać i ten kalendarz, który tu na Śląsku przygotowujemy, jest nam niezbędny. Mamy nadzieję, że dobrze się sprzeda. Nie jesteśmy w stanie udźwignąć całości pracą wolontariuszy. Tym bardziej że rozbudowujemy właśnie Dom Życia w Zielonej Górze o kolejny. Trzeci chciałabym wybudować na Śląsku, powinien powstać w Katowicach.

Jak zrodził się pomysł powołania fundacji?

Ja pomagam już od ponad 20 lat. Tyle że wcześniej robiłam to prywatnie. W którymś momencie stwierdziłam jednak, że moda ma tyle możliwości przekazu, a jest taka pusta, że trzeba to jakoś wykorzystać. I kiedy dwa lata temu w Paryżu patrzyłam na Sarę Kondal, która robiła próby przymiarki moich czarnych sukien, pomyślałam sobie: czemu to wszystko służy? Za chwilę zacznie się pokaz, modelki wyjdą, będą oklaski, potem wszyscy się rozejdą, zostanie pusta sala. Ja pół roku swojego życia straciłam dla tych 15 minut? Dlatego po pokazie kolekcji „Black Butterflies” w Paryżu pomyślałam: niech ta moda niesie wartości. Teraz każda moja kolekcja paryska jest sprzedawana na rzecz fundacji.

We wrześniu zadebiutuje pani jako jurorka w programie telewizji Polsat: „Supermodelka Plus Size”...

Miałam już propozycje z różnych programów i ciągle odmawiałam. Nie uważam się ani za gwiazdę, ani za celebrytkę. Ciężko pracuję - mam firmę, mam fundację, mam rodzinę, mieszkam na prowincji (Zielona Góra - przyp. red.), nie mam czasu bywać w Warszawie. Czytając jednak scenariusz programu i oglądając jego niemiecką edycję pomyślałam, że to szalenie ważne, aby taki program powstał. Wiedziałam, że trudno będzie mi unieść i uwiarygodnić swoją postawę, bo jako projektantka otaczam się głównie jednak szczupłymi modelkami. Ale jestem też znana w świecie z tego, że nigdy nie wybieram tych najszczuplejszych, szukam pewnej równowagi, dlatego postanowiłam zaryzykować i zgodziłam się. W trakcie nagrywania programów uznałam, że to najfajniejsza przygoda w moim życiu. Największe wrażenie zrobiły na mnie same dziewczyny - uczestniczki programu, które swoimi historiami udowadniają, jak strasznym, brutalnym i bezwartościowym jesteśmy światem. W jak okrutnym i okropnym idziemy kierunku, kiedy w szkole małe dziewczynki, dziś dorosłe kobiety, z powodu swojej wagi muszą wysłuchiwać strasznych rzeczy na swój temat. Dziś pojawiają się głosy, że promujemy w programie otyłość. My nie promujemy otyłości - waga jest tu metaforą do pewnego przekazu, do tego, żebyśmy się stali bardziej tolerancyjni. Nie tylko w kwestiach wagi, ale i koloru skóry, kultury. Bardzo dbaliśmy o to, aby dziewczyny, które znajdą się w programie, nie były otyłe, tylko wysportowane, prowadziły aktywny tryb życia, były świadome swojej sylwetki i nie zgłosiły się, żeby w domu modelek schudnąć, ale aby przekonać innych, że plus size może być fajnym rozmiarem. Z mojego punktu widzenia to wartościowy program. Na oczach widzów dziewczyny będą przechodzić prawdziwą przemianę. Gdybym nie była jurorką, pewnie powiedziałabym, że to wielka ściema i w tak krótkim czasie nie da się tak otworzyć i zmienić człowieka. A jednak nam się udało.

Pani zachwyt nad modelkami plus size znalazł również upust w lipcowym pokazie w Paryżu...

Pomyślałam, że będę niewiarygodna, jeśli w moim pokazie nie wezmą udziału modelki plus size. Dlatego w sesji wizerunkowej na ten sezon wystąpiła Ewa Zakrzewska, która jest też jurorką programu, po drugie - zaprosiłam do Paryża dziewczyny plus size. Mój pokaz był inspirowany starymi baśniami romskimi, jestem zakochana w kulturze romskiej. A jak tabor cygański, to cyganki są i chude, i grube. Mówili mi, że to ryzykowny pomysł, ale ja różnorodnością wygrałam i trafiłam w czas, bo Francuzi zabronili agencjom zatrudniać zbyt szczupłe modelki.

Jesteśmy po pokazie w Paryżu. Co będzie modne tej jesieni?

Świat ucieka coraz bardziej od unifikacji, wszystkie rzeczy na jedną modłę, spod jednej igły, odchodzą. Ja pokazałam kolekcję wielowarstwową, często oversize’ową, bardzo kolorową. Moda na całym świecie idzie trochę w ludycznym kierunku - im więcej, tym lepiej. Po latach ascezy domy mody sięgnęły po obfitość. Mówi się, że nie może być w tym roku za dużo. W Polsce może być to trochę krytykowane i niedocenione, ale jeśli wybieramy się do Włoch czy Londynu, to możemy poprzebierać się kolorowo, podopinać broszki, korale, pierścionki. Wracają hafty, swetry robione ręcznie na drutach, szydełkowane koronki, przysłowiowy kwiatek do kożucha.

Monika Chruścińska-Dragan

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.