Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Jacek Giszczak: Tłumaczenie jest jak przerzucanie mostów

Czytaj dalej
Fot. Łukasz Kaczanowski
Piotr Nowak

Jacek Giszczak: Tłumaczenie jest jak przerzucanie mostów

Piotr Nowak

- Nieraz szeroko otwierałem oczy - mówi o najnowszej książce Jonathana Littella jej tłumacz Jacek Giszczak, lublinianin.

Tłumaczy pan książki najwybitniejszych francuskich pisarzy, ale nie jest pan romanistą. Jak to się stało?

Wszystko zaczęło się w Liceum Plastycznym w Lublinie. Miłość do Francji rodziła się z fascynacji francuskim malarstwem, a w tajniki języka francuskiego wprowadziła mnie pani Gzella, świetna nauczycielka i żona Leszka Gzelli, redaktora „Kuriera Lubelskiego”. Zawdzięczam jej bardzo wiele.

Też miałem francuski w liceum. Lekcje wspominam raczej jako przykry obowiązek.

Jeśli ktoś chciał, mógł się nauczyć języka w tej znakomitej szkole malarstwa, ze świetną historią sztuki, która działała kiedyś przy ulicy Grodzkiej na lubelskim Starym Mieście. Dobrze wspominam te czasy także dlatego, że wraz z Andrzejem Pietrasem (dziś menedżerem zespołu Bajm) i Jarkiem Kozidrakiem założyliśmy wtedy grupę Targowisko, dla której pisałem teksty piosenek. A po maturze wybrałem studia na KUL-u, gdyż było to jedyne miejsce wolności „od Władywostoku po Łabę”, jak się wtedy mówiło. Studiowałem polonistykę. W roku 1983 otrzymałem stypendium rządu francuskiego i w październiku wylądowałem na lotnisku Orly pod Paryżem.

Wiedza z lekcji francuskiego przydała się Panu?

W Paryżu poczułem się trochę tak, jakbym nagle wylądował na Marsie. Europa po tamtej stronie żelaznej kurtyny to był inny świat. Ale też razu czułem się tam jak u siebie. Tak, znalem język na tyle, by móc studiować na Sorbonie. I tak zaczęła się moja przygoda z tłumaczeniem literatury. Od przypadku: kiedyś w metrze zobaczyłem młodego człowieka, który czytał książkę, śmiejąc się do rozpuku. Spytałem go o tytuł tej niezwykłej powieści. Był to Morawagin Blaise’a Cendrarsa, jednego z największych francuskich pisarzy XX wieku. Przeczytałem ją i doszedłem do wniosku, że muszę ją przetłumaczyć na polski – to było prawdziwe literackie odkrycie. Książka wydana w 1926 roku wydała mi się niezwykle współczesna, odkrywcza i „odlotowa”. To był koniec lat 80-tych. Nie było komputerów ani internetu. Spisywałem wszystko na kartkach, chodziłem do Biblioteki Polskiej na wyspie Saint-Louis, żeby zaglądać do słowników, później wystukiwałem tekst na maszynie. Poszukiwałem też soczystych słów w polskiej poezji i znajdowałem najlepsze w wierszach Leśmiana, Czechowicza, Juliusza Słowackiego. Najbardziej trafne słowa są na wyciagnięcie ręki, ale nie przychodzą do głowy od razu. Gdy się je znajdzie, tekst w języku polskim nagle ożywa i rozbrzmiewa.

Ile książek pan przetłumaczył?

W sumie nie liczę ich już tak skrupulatnie jak kiedyś, ale blisko sześćdziesiąt. Myślę, że mógłbym odtworzyć całą tę listę z pamięci. Gdy się przełoży książkę, zna się ją prawie na pamięć.

Których autorów ceni pan najbardziej?

Wielkim sentymentem darzę Blaise’a Cendrarsa, jednego z największych francuskich pisarzy XX wieku. Tłumaczyłem Houellebecqa, genialną 500-stronicową powieść Jeana Geneta „Zakochany jeniec”, miałem okazję przełożyć odnalezioną po 150 latach nieznaną powieść Aleksandra Dumasa, Georges’a Pereca, którego rodzina wywodzi się z Lubartowa, a ostatnio Littella, którego bardzo cenię. Przełożyłem też sporo poezji dla pisma „Literatura na Świecie” - Gérarda de Nervala, Francisa Ponge’a…

A Jean Hatzfeld? Za jego „Strategię antylop” dostał pan Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Przetłumaczyłem sześć jego książek. I mieliśmy okazję się zaprzyjaźnić. To książka poświęcona ludobójstwu w Rwandzie, gdzie Hatzfeld osiedlił się na dobre. Afryka stała się poniekąd moją specjalnością. Przełożyłem wiele książek pisarzy frankofońskich, jak nazywa się we Francji autorów piszących po francusku i pochodzących z dawnych francuskich kolonii: Afryki Zachodniej, Maghrebu, Madagaskaru czy Haiti. W 2000 roku przełożyłem pierwszą tego rodzaju książkę, powieść Dany’ego Laferrière’a pod barwnym tytułem „Jak bez wysiłku kochać się z Murzynem”. To pisarz haitański. Sam tytuł mnie urzekł, ale wydawca zastanawiał się nad jego zmianą. To bardzo zabawna i wcale niebanalna historia.

Pozostało jeszcze 56% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 3,69 zł dziennie.

    już od
    3,69
    /dzień
Piotr Nowak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.