Jacek Santorski: Czasami warto znaleźć w sobie odwagę i przebudować swoje życie

Czytaj dalej
Fot. Fot. Mariusz Kapała
Dorota Kowalska

Jacek Santorski: Czasami warto znaleźć w sobie odwagę i przebudować swoje życie

Dorota Kowalska

Okazuje się, że umierający, oprócz tego, że żałują tego, iż nie dość czasu spędzili z tymi, których kochają oraz tego, że nie dość jasno wyrazili swoje cierpienie, żal wobec tych, z którymi miłość nie wychodziła, ale wobec tych, którzy ich skrzywdzili, to trzecia rzecz, której żałują, jest taka, że nie żyli swoim życiem - mówi Jacek Santorski.

W wieku lat czterdziestu często robimy sobie taki rachunek sumienia? Bilans naszych życiowych sukcesów i porażek, prawda?
Tak bywa.

Bo mówi się, że „czterdziestka”, to ważny wiek w naszym życiu, czasami kluczowy.
Tak, mówi się o „kryzysie czterdziestolatka”, a z drugiej strony o kobiecych hormonach, które w ostatniej chwili jeszcze chcą zadziałać, aby przyczynić się do rozwoju gatunku.

Wiele osób podejmuje w tym wieku decyzję o całkowitej zmianie swojego życia. Zna Pan takie przypadki, bo ja znam przynajmniej kilka?
To zjawisko zbadane w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej. Ale znam je z autopsji i z obserwacji swojego otoczenia. Z tym że dotyczy to ludzi zrealizowanych w życiu, pewnie klasy średniej, aczkolwiek być może ta granica sięga szczerzej. Pisał o tym zjawisku klasyk zarządzania Peter Drucker, który zawsze mówił, że aby zarządzać ludźmi, trzeba umieć zarządzać sobą. Opisywał te wszystkie przypadku pod nazwą „drugiej kariery” - ludzie, którzy około sześćdziesiątki i później są ważni dla innych, stają się mentorami, mają jednocześnie odwagę, aby dokonywać sukcesji, jeśli są liderami czy właścicielami firm, czy zajmują się sztuką, gdzieś w połowie tej piątej dekady, około 45. roku życia dokonali dosyć newralgicznego przełomu - polega on minimum na zmianie miejsca pracy, a bardzo często nawet zmianie zawodu, czy sposobu życia. Osobiście też przeszedłem przez taką przemianę nie znając jeszcze tej teorii, więc nie mogłem się nią sugerować.

I jak ta przemiana u Pana przebiegła?
W moim przypadku polegała na tym, że na początku lat 90., w tym oczywiście pomaga często przypadek, prowadziłem pierwsze w Polsce wydawnictwo książek psychologicznych, poradników i podręczników. Należałem do pionierów nowych kierunków psychoterapii i współprowadziłem założony przez siebie Ośrodek Psychoterapii, próbowałem też sił w mediach, bo miałem przekonanie, że można nieść jeszcze dalej ten kaganek inspiracji, edukacji, samoświadomości. Byłem w tym bardzo twórczy, a jednocześnie rozproszony bardzo szeroką działalnością, bo z jednej strony psychoterapia - codziennie przyjmowałem pacjentów, z drugiej strony - prowadzenie i to jeszcze pionierskie wydawnictwa, z trzeciej zaś strony - różne próby działalności w obszarze mediów. Moim największym osiągnięciem było zrobienie wspólnie z Krzysztofem Piesiewiczem dziesięciu odcinków cyklu „Twój dekalog” dla telewizji polskiej. Po śmierci Kieślowskiego rozmawialiśmy z mędrcami tamtego czasu o różnych dylematach etycznych wokół dekalogu w kontekście właśnie filmu Kieślowskiego.

Świetnie Panu szło! To co się stało?
W połowie lat 90. okazało się, że wydawnictwo świetnie pomyślane z punku widzenia swojej wizji i misji nie jest dobrze pomyślane biznesowo i że mając nawet mocną markę nie dokonuje zwrotu tych inwestycji, których dokonałem. Także inwestycji zewnętrznych, z których korzystałem.

Ale przecież Pana stare wydawnictwo wciąż istnieje i ma się chyba całkiem dobrze.
Tak, to prawda. Ale wtedy zorientowałem się, że muszę przebudować swój sposób funkcjonowania, aby zarobić na straty, które ponosiłem w tej wydawniczej działalności. Moja działalność terapeutyczna była komercyjna, ale nie na wielką skalę, a wydawnictwo w tamtym czasie, z uwagi także na zbyt wąską specjalizację, bo nie chciałem wydawać skandynawskich kryminałów, na co namawiał mnie mój wspólnik, który jest Polakiem wychowanym w Szwecji, nie przynosiło takich zysków, na jakie liczyliśmy. Postanowiłem zostawić i wydawnictwo i psychoterapię i zająć się takim sposobem na życie, który pozwalałby mi, mówiąc delikatnie, wyrównać straty i iść do przodu finansowo. Zorientowałem się wtedy, że moje frustracje biznesowe zaprowadziły mnie do uczenia się, na czym polega biznes. Miałem też za sobą dorobek 25 lat zajmowania się ludźmi, reakcjami, jakie między nimi zachodzą, przemianą ludzi. I bardzo szybko udało mi się stworzyć dla siebie samego nową dziedzinę - psychologię biznesu, sięgnąć po klientów z najwyższych pólek. Zbudowałem dosyć szybko, ucząc się oczywiście bardzo intensywnie w Polsce i z a granicą, nową dziedzinę dla innych, ale i dla siebie. Jednocześnie uwolniłem swojego wspólnika, który zaczął wydawać te swoje skandynawskie kryminały, przemianował wydawnictwo, żeby nie było, że żeruje na moim nazwisku, dzisiaj, to „Czarna owca”. Gdy przekazywałem mu udziały wydawnictwo miało 2,5 mln obrotu, a dzisiaj ma 25 mln obrotu. A ja w tej swojej nowej dziedzinie zostałem pewnego rodzaju lokalnym mistrzem, moja Akademia Psychologii Przywództwa ósmy rok jest hitem rynkowym. Pracuję z zespołem wybitnych konsultantów w najciekawszych projektach, które doceniają zagraniczni partnerzy. Więc stałem się kimś innym: z psychoterapeuty stałem się przedsiębiorcą, który edukuje przedsiębiorców.

Ale ta iskra, która sprawa, że w pewnym momencie postanawiamy zmienić swoje życie może być bardzo różna. Pan postanowił się odbić…
Tą iskrą w moim przypadku w gruncie rzeczy była frustracja, porażka.

Tak, ale przecież zdarza się, że taką decyzję podejmują ludzie sukcesu, wielkiego sukcesu.
Tak, to prawda. To jest w ogóle ciekawe pytanie: co bardziej inspiruje twórczość artystyczną, a także twórcze życie - frustracja czy spełnienie? W twórczości artystycznej, jak się wydaje, w kulturze Zachodu do niedawna bardziej inspirowały frustracje. Żeby powstały „Cierpienia młodego Wertera” trzeba było cierpieć. Podczas, kiedy na przykład w sztukach Wschodu, wspominając chociażby grafikę japońską - ona powstała w warunkach absolutnego spełnienia, takiej twórczej pustki umysłu. Może być tak i tak. Natomiast na pewno te twórcze zmiany, które opisuje też Peter Drucker polegają nie na tym, że ktoś przesycony, znudzony porzuca dotychczasowe życie, związek, tylko, że raczej fascynuje go coś nowego. I albo jest pozytywny napęd do zmiany, albo jakiś rodzaj cierpienia i frustracji. W tej chwili to, co obserwuję pracując, jako doradca zrealizowanych biznesowo kobiet i mężczyzn, w dużym stopniu dotyczy to kobiety, ma się jakoś, ciągle będę nawiązywał do tego pani pytania - co jest wyzwalaczem?, ma się jakoś do puenty książki wydanej przez moje byle wydawnictwo, bardzo ciekawej książki o tym, czego żałują umierający. Okazuje się, że umierający, oprócz tego, że żałują tego, iż nie dość czasu spędzili z tymi, których kochają oraz tego, że nie dość jasno wyrazili swoje cierpienie, gniew, żal wobec tych, z którymi miłość nie wychodziła, ale wobec tych, którzy ich skrzywdzili, to trzecia rzecz, której żałują, a może pierwsza, jest taka, że nie żyli swoim życiem. Jest taka teoria, dosyć stara, ale adekwatna - teoria Erika Eriksona.

O kolejnych, następujących po sobie trzynastkach?
Tak. Przez pierwsze 13 lat człowiek jest raczej z zewnątrz sterowny, trochę hedonistyczny, trochę grzeczny, trochę przystosowany, aby potem około 12, 13 roku życia zapytywać siebie: kim jestem?, eksperymentować, skupiać się na własnym „ja”, czasem młodzież w tym okresie jest bardzo trudna, staje się tematem publicystyki - ten okres trwa do 24, 25 roku życia. W trzeciej trzynastce to swoje „ja” instaluje się w jakiejś relacji - po pierwsze w związku uczuciowym, w rodzinie, którą zazwyczaj zakładamy, a po drugie w jakiejś relacji zawodowej, bo przecież zdobywamy wykształcenie, pracę, zakładamy biznes. W ten sposób człowiek dochodzi do czterdziestki. I teraz czas zapytać siebie: po pierwsze - czy jestem samym sobą? po drugie - czy jestem z właściwą osobą w związku? a po trzecie - czy jestem w tej pracy, w tym biznesie, w tej roli, w tym zawodzie, który odpowiada moim talentom, moim najbardziej pierwotnym tęsknotom i marzeniom, może nawet z dzieciństwa? Czy czuję się sobą? Czy, nawet jeśli się czegoś wyrzekam, to wiem, w imię czego, bo mój cel życia jest jasny? Niektórzy mówią: „Tak”, łapią kolejne przyspieszenie i mogą mieć przemianę bardziej pozytywną. Ktoś może wtedy powiedzieć: „Mam sieć klinik medycznych w całej Polsce, nie mam jeszcze w Warszawie, więc zbuduję kolejną klinikę w Warszawie.” A ktoś inny w tym momencie dokonuje na przykład przemiany w związku, dlatego często rozwody, jeśli nie następują w pierwszych trzech, czterech latach małżeństwa, to potem około czterdziestki właśnie. Co ciekawe, statystyki pokazują, że te rozwody po czterdziestce częściej inicjują kobiety, czego można by się nie spodziewać. No i wtedy następuje ta przemiana. Jeżeli ktoś trafi na swój nowy azymut, adekwatny do jego oczekiwań, to jest niebywale wygrany, bo ma doświadczenie - tych pierwszych kilka dekad wcale nie jest zmarnowane. Wiedza wyniesiona z tego okresu zostaje twórczo przeniesiona w jakimś takim zakochaniu, jeśli nie w nowym człowieku, to w nowej dziedzinie, nowym działaniu. Tak było ze mną - prawie całą swoją wiedzę o ludziach, charakterach, emocjach, motywacjach, relacjach, grupach, komunikacji mogłem przenieść z obszaru pomagania ludziom cierpiącym w toksycznych związkach, rodzinach do działań liderów, zespołów, do działań organizacji biznesowych. Wszystko się przydało, tylko w zupełnie nowej odsłonie. I nastąpiło nowe przyspieszenie.

Tylko nie wszystkim starcza odwagi, aby, nawet widząc i czując potrzebę takiej małej życiowej rewolucji, tych wszystkich zmian dokonać.
Żeby taka zmiana się dokonała potrzeba kilku czynników. Po pierwsze - samoświadomości. Mamy jednak dość dużą zdolność i skłonność do racjonalizowania i samooszukiwania się. Mówimy sobie, że wszystko jest w porządku, że nasze wątpliwości są chwilowe albo mówimy sobie, że zmiana jest niemożliwa, bo nas przerasta, bo nie mamy wolności materialnej, bo mamy kredyty, bo mamy zobowiązania, bo co ludzie powiedzą. Więc pierwszym warunkiem jest samoświadomość z takim elementem, i to jest bardzo wymagające, uczciwości wobec siebie samego. Trzeba sobie powiedzieć, że mi coś nie bardzo wychodzi, albo że do czegoś się nie nadaję albo że po prostu nie czuję się spełniony, a przeczuwam, że w innym miejscu mógłbym takim być. Drugą rzeczą jest stworzenie jakiegoś planu - trzeba rozpocząć przemianę, przeprowadzić kilka dobrze zaplanowanych kroków albo dokonać brawurowego rzutu. To bardzo różnie przebiega. W każdym razie - jedno i drugie wymaga odwagi. Odwagi takiego puszczenia tego, co się miało. Jest taka metafora, historia metaforyczna, która doskonale obrazuje taki stan rzeczy, czy raczej emocji, pokazywana nawet przed laty w jakichś systemach szkoleniowych..

To ja jej chętnie posłucham!
Weźmy słój ze zwężoną szyjką i wrzuci do niego coś, co jest atrakcyjne dla małpki kapucynki, niech to będzie śliwka. Małpka wkłada łapę do słoika, zamyka piąstkę na śliwce i nie może jej wyciągnąć, bo piąstka zaciśnięta na śliwce robi się zbyt duża i nie może przejść przez szyjkę słoika. Zaczyna strasznie cierpieć, zaczyna świrować - zaczyna się szarpać i boli ją łapa. Małpa nie potrafi antycypować dwóch, czy trzech ruchów do przodu, jej mózg jest za mały, za słaby, aby sobie wyobrazić, że może puścić tę śliwkę, odwrócić słoik i ją z niego wyrzucić. Co ciekawe, podobny eksperyment robi się z ludzkim zwierzątkiem, z dzieckiem, powiedzmy 5-letnim i ono też nie puści śliwki, mimo, że jest w stanie antycypować dwa, trzy, cztery ruchy do przodu. Tylko okazuje się, że dziecko boi się zostać z pustą rączką. I takie dziecko, które boi się zostać z pustą rączką może mieć nie 5 lat, ale 45. Po prostu nie mamy dość odwagi, żeby przez chwilę puścić to, czego się trzymaliśmy, nawet jeśli sami nie mogliśmy tego zjeść, nie mogliśmy tego skonsumować, a więc nam nie służyło. Dlatego ludzie trzymają się toksycznych związków, trzymają się pracy, na którą narzekają, trzymają się pewnych nawyków, wyobrażeń na swój temat, mówiąc, że już się nie zmienia, albo, że mężczyzna tak ma, czy kobieta tak ma. Podczas kiedy, gdyby to puścili, co rzeczywiście wymaga odwagi, bo wymaga zmierzenia się z taką trwogą, że mam puste ręce i być może nie zdążę już nic w nie włożyć, mieliby szansę na wygraną. Bo ludzie, którzy zwycięsko przechodzą przez tę próbę, dostają potem zazwyczaj niebywałą nagrodę - odświeżają się, odnawiają. Ta druga kariera bywa niezwykle błyskotliwa.

Co zrobić, żeby znaleźć w sobie tę odwagę? Puścić tę przeklętą śliwkę?
Często jest tak, że pomaga nam los, który w gruncie rzeczy determinuje nas negatywnie, który mówi, że jak nie puszczę tej śliwki, to się zatruję, to mi ręka uschnie, to się zakatuję w tym związku, czy pracy, zacznę pić, podjadać, utyję do 140 kilo, dostanę cukrzycy i nie pobiegnę dalej. Więc czasem jakieś przesilenie na styku tej łapki, która trzyma gnijącą już śliwkę, jakiś bodziec negatywny może nas pchnąć do zmian. Czasem to może być ktoś występujący w roli mentora, autorytetu, wzorca osobowego. Zwykle to jest ktoś, kto nas poprzez rozmowę, samego siebie pcha do nowej pasji. To jest miejsce, w którym przy wszystkich moich zastrzeżeniach do ich działań, w których często jest więcej obietnicy niż spełnienia, wspomnę o mówcach motywacyjnych. Wybrałem spośród mówców motywacyjnych takiego, który, moim zdaniem, jest roztropny i uczciwy emocjonalnie i psychologicznie, Jakub Bączek. On jest dwa razy młodszy ode mnie, ale jest człowiekiem wielkiego sukcesu jeśli chodzi o jego biznesy, wpływ na ludzi. Jakub Bączek ukuł taką tezę, która jest podstawą jego bestsellerowych wykładów i książek, że marzenia się nie spełniają, że marzenia się spełnia. Ktoś przychodzi na takie spotkanie z Kubą Bączkiem i słyszy, że marzenia się spełnia, że nie można się tylko modlić o deszcz. To za mało. Trzeba dokonać przemian, wziąć mapę i znaleźć miejsce, w którym prawdopodobieństwo deszczu jest największe.

Wie Pan, tylko często to przemeblowanie polega na tym, że panowie po czterdziestce opuszczają swoje żony, nierzadko piękne i inteligentne, i wiążą się z kobietami w wieku swoich córek. Trudno w takiej życiowej rewolucji doszukać się jakiejś wzniosłej próby realizacji się w innej niż do tej pory dziedzinie, czy zmiany w związku dyktowanej wyłącznie znużeniem.
Są dwie rzeczy. Jeżeli chcemy użyć swojego umysłu, żeby zgubić odwagę, to na pewno można znaleźć kupę scenariuszy, które mogą nam to skutecznie ułatwić. Umysł działa w służbie naszych lęków. Człowiek ma najpierw przeświadczenie, że coś jest ryzykowane, a potem używa całej swojej inteligencji, żeby to przeświadczenie potwierdzić. Z drugiej strony, chcę powiedzieć tak: owszem, to wszystko jest ryzykowne. Bardziej namawiać do zmiany zawodowo-twórczej niż do zmiany relacji. Bo relacja, która wydaje się wypalona może odzyskać świeżość dzięki temu, że my odżywamy. Jednocześnie chcę powiedzieć, że trzeba wziąć poprawkę, tym różnię się od tych mówców i trenerów motywacyjnych, których cenię, ale „patrzę im na ręce, zaglądam w serca”, że większość podręczników motywacyjnych, a nawet tych dotyczących przywództwa, czy zmian w życiu jest oparta na pewnym błędzie logicznym. Bo zbiera się doświadczenia tych, którym się powiodło, a potem to, kim byli, co ich motywowało uogólnia się na wszystkich - nie ma żadnych mechanizmów kontrolnych obowiązujących w badaniach naukowych. Nikt nie zlicza tych, którzy mieli czterdzieści lat, też byli zmęczeni i wypaleni, też mieli pomysły, też mieli bodziec pozytywny lub negatywny, też mieli wolność finansową, ale zabrakło im wolności wewnętrznej, albo mieli wolność wewnętrzną, a zabrakło im finansowej i im to nie wyszło. Mówimy o doświadczeniach i działaniach wysokiego ryzyka. I powiedziałbym tak: twórczo przestrzegam przed takimi zmianami bez odpowiednich przemyśleń i pozytywnej motywacji. Żeby być sobą przeprowadzając takie zmiany, trzeba być najpierw kimś. Trzeba zacząć od pracy nad sobą, od samopoznania, samorefleksji. Nie można być zaczadzonym zmianą, trzeba być jej samoświadomym.

Pan jest przekonany, że warto czasami, będąc samoświadomym, takie ryzyko podjąć?
Tak. Mogę podać przykład osoby, którą możecie państwo znać - pani Zofia Dzik, która była prezeską w polskich i zagranicznych firmach finansowych, dzisiaj jest w kilku radach nadzorach. Jej mąż jest wysokiej rangi specjalistą w firmach consultingowych wielkiej czwórki. Pani Zofia Dzik tuż po czterdziestce uznała, że cena, jaką płacą z mężem za swoją karierę w postacie takiej niedoobecności wobec dzieci, które mają potrzeby szkolne i rozwojowe, niedoobecności wobec siebie nawzajem, zdecydowała się odnosząc mega sukces, mając przed sobą wspaniałą ścieżkę kariery z propozycjami międzynarodowymi, opuścić korporacje i zorganizować fundację, która ma działać wokół korporacji na rzecz rodziny i szkoły, która ma pomagać tym, którzy w korporacji zostają, aby świat menagerów i świat zewnętrzny ze sobą współgrały. Stworzyła Fundacje Humanites, która działa już piąty rok. Poznałem ich działalność, bo moja Akademia Przywództwa była jednym ze źródeł inspiracji dla pani Zofii, która zorganizowała taka akademię dla pracowników oświaty. I nagle ta bizneswomen stała się panią swojego czasu, bo jednak, kiedy prowadzi się fundację, nie jest się w trybach korporacyjnych. Z pasją, przedsiębiorczością jeździ dzisiaj po świecie i szkoli się u najlepszych specjalistów od motywacji, przywództwa i zarządzania. Ma swoje drugie życie. To świetny przykład, że można.

Dorota Kowalska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.