Jak kocha lubelski Tulipan? Namiętnie, krótko i bardzo drogo

Czytaj dalej
Fot. 123rf
Sławomir Skomra

Jak kocha lubelski Tulipan? Namiętnie, krótko i bardzo drogo

Sławomir Skomra

Na początku są czułymi amantami, powiatowymi Don Juanami. Ale kiedy już napełnią portfel, to wychodzi z nich chamski chłop Polski B. Głośno jest tylko o tych uwodzicielach, których udaje się złapać i o których ofiary chcą mówić.

Bezsprzecznie Tulipan musi być inteligentny. Bo jak w inny sposób oczarować kobietę i wykorzystać? Uwodziciele, którzy z takiego procederu uczynili swój sposób na życie, oprócz inteligencji muszą być też cwani, cyniczni i bezwzględni.

Najsławniejszym polskim uwodzicielem był Jan Kalibabka. To rybak, który w PRL marzył o lepszym, zasobniejszym życiu. Zaczął oczarowywać kobiety. Wybierał te młode, z zamożnych domów. Luźno opierając się na historii Kalibabki, powstał swego czasu hitowy serial „Tulipan”.

Serialu o sobie raczej nie doczeka się żaden z tych lubelskich Tulipanów, ale ich historie też nadawałyby się do sfilmowania. A byłoby co kręcić, bo w ostatnich latach było w Lublinie kilka spraw głośnych uwodzicieli.

Bohaterem tej najsłynniejszej był Bartłomiej M. 26-latek ze Świdnika kilka lat temu poznawał kobiety na portalach randkowych. Wybierał panie w wieku 35 - 41 lat, a sam przedstawiał się jako detektyw, przedsiębiorca albo nauczyciel plastyki.

- Znajomość z wirtualnego świata szybko przeradzała się w spotkania. 26-latek oczarowywał kobiety i zyskiwał ich zaufanie - opisywała kom. Renata Laszczka-Rusek z biura prasowego KWP w Lublinie.

Zauroczone kobiety nie podejrzewały, że M. nie chodziło o głębsze uczucia, bo zależało mu na wszystkim, co przedstawiało znaczną wartość materialną.

Kiedy Tulipan ze Świdnika umawiał się ze swoimi ofiarami w ich domach, wynosił z nich telefony komórkowe, złotą biżuterię, nawigacje samochodowe, a jednej z kobiet ukradł konsolę do gier wideo.

Wszystkie te fanty Bartłomiej M. oddawał do komisów.

Gdy tylko kobiety orientowały się, że w ich domach nie ma drogich rzeczy, momentalnie docierało do nich, że wybranek serca jest złodziejem. Wtedy Bartłomiej M. je rzucał. Rozstanie odbywało się SMS-owo.

Jednak kiedy kobiety nie dawały mu spokoju, M. zamieniał się z powiatowego Don Juana w chamskiego chłopa Polski B. Groził swoim byłym wybrankom śmiercią lub porwaniem dziecka.

Swoje ofiary wybierał spośród mieszkanek Lublina. Gdy ten się skończył, śmiało ruszał w nowe rewiry.

- Później spotykał się z kobietami w Bełżycach czy Turce. Ja byłam chyba jego pierwszą ofiarą - mówiła dziennikarzom jedna z kobiet.

M. stanął przed sądem już w 2014 roku. Przyznał się do niektórych z zarzucanych mu czynów, ale po pierwszej rozprawie Tulipan zapadł się pod ziemię. Za Bartłomiejem M. wystawiono list gończy, bo wydawało się naturalne, że teraz się będzie ukrywał gdzieś w kraju.

Jednak świdnicki Tulipan wybrał inną drogę i nadal uwodził kobiety. Namierzył właścicielkę jednego z pensjonatów w Nałęczowie. Zaproponował jej wspólny biznes, ale tak naprawdę chodziło o kolejne oszustwo i kradzież.

- Kiedy tylko miało dojść do podpisania dokumentów u notariusza, to mdlał, trafiał do szpitala lub dostawał krwotoków - wspominała właścicielka ośrodka. - Podejrzewałam, że jest oszustem. A gdy w pensjonacie ktoś ukradł kartę do dekodera, byłam już pewna.

M. wpadł w skrajnie głupi sposób. Kiedy meldował się w pensjonacie, jako adres zamieszkania podawał ten jednej ze swoich poprzednich ofiar. Właścicielka skontaktowała się z mieszkanką Lublina. Panie zwabiły M. do Nałęczowa, a na miejscu na Tulipana już czekała policja.

W sumie prokuratura doliczyła się trzech oszukanych kobiet, ale podejrzewała, że było ich więcej. Problem jednak w tym, że ofiary wstydzą się zgłaszać na policję i tym samym przyznać, że dały się uwieść.

M. przed sądem nie okazywał emocji, do skruchy było mu daleko. W 2015 r. został skazany na rok więzienia i zapłacenie poszkodowanym kobietom w sumie 12 tysięcy złotych.

Lubelskie Tulipany wykwitają co kilka lat. W lipcu tego roku na jaw wyszła sprawa Pawła K., miejskiego urzędnika w Lublinie, który na co dzień był przykładnym mężem i ojcem.

Ale K. miał też drugą stronę swojej natury. Przez internet poznawał kobiety, oczarowywał je, a kiedy był pewien, że panie zrobią dla niego dużo, pożyczał pieniądze. Nigdy ich nie oddawał.

Jedna z ofiar pożyczyła Pawłowi K. ponad 6 tys. zł i zapłaciła kolejne 8 tys. za pomoc w odzyskaniu 30 tys. zł straconych na nietrafionej inwestycji. Już więcej nie zobaczyła ani tych pieniędzy, ani obiecanych 30 tys. złotych.

Kolejna pani w ciągu dwóch lat przekazała K. ponad 20 tys. złotych. Tulipan był tak zachłanny, że zwracał się o pożyczki nawet kilka razy w miesiącu. Nigdy nie oddał pieniędzy.

Teraz Pawłem K. zajmuje się sąd.

Są to jednak przypadki opisywane przez media, a tych, o których jest cicho, może być znacznie więcej.

Pan Jacek wspomina przypadek swojego teścia: - Wdowiec od kilku lat, w podeszłym wieku, miał duże gospodarstwo na granicy Lubelskiego i Podkarpacia - mówi. - Rodzina wysłała go do sanatorium. Myśleli, że odpocznie, nabierze sił, może kogoś pozna - jakąś przyjemną panią do rozmowy - dodaje.

I poznał. Kobieta była o jakieś 10 lat młodsza, samotna. Błyskawicznie uwiodła starszego pana. Po powrocie z sanatorium często przyjeżdżała w odwiedziny. Nigdy nie pojawiała się na spotkaniach rodzinnych, ale dzieci wiedziały, że ojciec ma przyjaciółkę.

Szok przyszedł gdzieś po 1,5 roku od wyjazdu do sanatorium. Ojciec umarł. Jego przyjaciółki nie było na pogrzebie, ale stawiła się zaraz po nim. W ręku miała notarialnie sporządzony testament, według którego całe gospodarstwo należało do niej.

- Konsultowaliśmy się z prawnikami, ale sprawa była nie do wygrania. Ta pani ziemię, budynki i cały sprzęt rolniczy sprzedała w ciągu kilku tygodni po śmierci teścia - kwituje pan Jacek.

I taki epilog. Jerzy Kalibabka w 1984 r. za gwałty, rozboje, kradzieże i wymuszenia został skazany na 15 lat więzienia. Wyszedł po dziewięciu. Twierdził, że miał w ramionach 3 tys. kobiet i to z miłości.

- Ja naprawdę kochałem każdą kobietę, z którą spałem - mówił dziennikarzom.

Sławomir Skomra

Pracuje w mediach już kilkanaście lat. Od kilku w redakcji "Kuriera Lubelskiego". Zajmował się niemal wszystkimi działkami dziennikarskimi - od służby zdrowia do biznesu. Teraz zajmuje się głównie polityką, samorządem i policją.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.