Iwona Zielińska-Adamczyk

Jarmark wrocławski inny niż wszystkie. Jak i czym handlowano przed wiekami

Wrocławskie jarmarki jarmarki mają długowieczną tradycję Fot. polska.org Wrocławskie jarmarki jarmarki mają długowieczną tradycję
Iwona Zielińska-Adamczyk

Grzegorz Sobel, historyk, który od kilkunastu lat opisuje dziedzictwo kulinarne Dolnego Śląska, znalazł w berlińskim piśmie, poświęconym nowinkom eleganckiego świata, tekst anonimowego autora z 1837 roku, opisującego jeden z pierwszych Jarmarków Bożonarodzeniowych w Breslau.

Naprawdę przy niewielu poprawkach tekst ten mógłby dotyczyć i tego, którego światła rozbłysną właśnie dzisiaj. „ Jarmark stał się prawdziwym świętem mieszkańców miasta, a jego osobliwość wypływa z wewnętrznego stylu bycia wrocławian, jak i z ich jedynej w swoim rodzaju wrażliwości. Jest nierozerwalnym zespoleniem interesów rzemiosła i handlu z potrzebą rozrywki, jaką niesie ze sobą kupowanie prezentów. To czyni go odmiennym od wszystkich innych jarmarków. Wrocławski Kindelmarkt najlepiej odwiedzić w niedzielę wieczorem, kiedy to ściągają na rynek mieszkańcy okolicznych wsi i uwolnieni z codziennej niewoli wyrobnicy, którzy biorąc do rąk to i owo z wielu niezwykłości współczesnego przemysłu, oglądając ze wszystkich stron to, co mają zamiar kupić, ocierają się o blask kuszącego luksusu”. Tak przecież dzieje się dokładnie i dzisiaj.

Jarmarczne radości

30 lat później, w 1867 roku „Breslauer Zeitung” (Gazeta Wrocławska) opublikowała rymowankę nieznanego autora pt. „ Radości Jarmarku Bożonarodzeniowego”, w tłumaczeniu Grzegorza Sobela znalazłam taki fragment:

(...)Towar w budach w rzędach leży/Szale męskie, torby, paski/ Wino mają, imbir świeży/ Portmonetki, czapki, laski./ Są kiełbasy, marcepany, Tabakiery, papierosy./ Dla krezusów zaś szampany/ Są pierniki, czekoladki/ Delikatne też przyprawy./ I orzechy - do nich dziadki./Jest wanilia - nie brak kawy./Znajdziesz lalki, marionetki,/ Są obrazki, papeterie./ I perfumy, i skarpetki -/Najpiękniejsze galanterie. / W budach wybór książek duży - Są tytuły głośne, znane; Komu dramat dobrze służy,/Niech kupuje dzieła grane!/ Bo bez książek, jak bez buta. (...)

Odległe w czasie opisy świetnie pasują do dzisiejszych obrazków. No może ostatnie zdanie wiersza o potrzebie czytania książek, niestety, dla wielu z nas jest tak odległe, jak XIX-wieczny jarmark.

Świąteczne światła i zapachy

Na warsztacie pisarskim Grzegorza Sobela leży robocza wersja książki o dolnośląskich jarmarkach, targach. Historyk wykonuje niemal benedyktyńską robotę, tłumacząc teksty z niemieckich gazet i z innych materiałów źródłowych.

W jednym z jej rozdziałów znajduje się list, stworzony przez autora, w oparciu o rzeczywiste źródła z grudnia 1836 roku. Ciekawostką i nowością na ówczesnym jarmarku było gazowe oświetlenie jednego z bogatych stoisk, które zainstalował bogaty właściciel straganu cukiernik Kluge. Tłum widzów był tak duży, że „gdyby kazał pomysłowy kupiec sobie płacić za samo patrzenie na gazowy płomień, pewnie zarobiłby drugie tyle co za wszystkie marcepany i inne słodkości”.

Dzisiejszy jarmark, stragany, ulice, karuzele, domy bajek, olbrzymia choinka, srebrne ozdoby wiszące nad głowami przechodniów - rozświetlają setki kolorowych żarówek, światełek. Już tylko z tego powodu warto wybrać się do rynku, by wśród świateł, zapachu cynamonu, pierników, grzanego wina i piwa poczuć się jak dziecko w zaczarowanym świecie świąt.

W nieopublikowanej jeszcze książce jest i taki fragment „W tym roku (1837) korzenne budy postawiło ponad 20 piernikarzy. Wszyscy z Wrocławia, bo na jarmarku mogą handlować tylko miejscowi. Prócz serc dominują piernikowe ludziki. Jeden słodki piekarz oferuje też sławne pierniczki cieplickie. Wyborne! Wczoraj spędziłam pośród bud przeszło godzinę. Teraz na prezenty są modne gry, różne gry, chciałam kupić jedną. Najdłużej stałam u Augustina. Wybór ma ogromny, ceny znośne, a przed budą gromada ludzi i jeden chce być pierwszy przed drugim”. Dokładnie takie sceny widzimy i dzisiaj przy stoiskach z drewnianymi zabawkami czy malowanymi lukrem sercami z piernika.

Czeskie budy, czyli tu najtaniej

Jedyne co może zmącić bajkowy obraz to ceny bazarowych cudów. W tym roku będą pewnie jeszcze wyższe niż przed dwoma laty, bo w ubiegłym roku jarmarku z powodu Covidu nie było. A podrożało wszystko, do czego powstania potrzebna jest energia i ta ludzka, i ta elektryczna.

Pod koniec XIX wieku, choć i wtedy liczył się każdy grosz wydany na prezenty, pojawiły się na jarmarku „Czeskie budy”, które można porównać do zanikających już dzisiaj sklepów-bazarów - „Wszystko za 5 złotych”.

„Czeskie budy” (Böhmbauden) były ostatnią nowością jarmarcznego krajobrazu przed zamknięciem go na Rynku w 1903 r. „Böhmbaude” gromadziły klientelę z niższych warstw społecznych, która zaspokajała tutaj większość potrzeb związanych z przygotowaniem świąt Bożego Narodzenia. To w nich sprzedawano proporcjonalnie najwięcej towaru podczas Kindelmarkt.

- „Czeskie budy” wzięły swoją nazwę od monety 10-groszowej zwanej w dialekcie wrocławskim „een Beem” (od ein Böhm - Czech). Po reformie monetarnej w Rzeszy Niemieckiej w latach 1871-1873 nazwa ta przeszła na niklową monetę 10-fenigową - tłumaczy Grzegorz Sobel. - Ta pozamonetarna jednostka płatnicza była w stolicy Śląska synonimem niskiej ceny. Cokolwiek kosztowało we Wrocławiu „eem Beem”, nie rujnowało niczyjej kieszeni. Być może - źródła nie dają jednak odpowiedzi na to pytanie - nazwa gwarowa monety o niskim nominale nawiązywała do rozpowszechnionych w drugiej połowie XVIII w. lokalnych tzw. zdawkowych jednostek pieniężnych na Śląsku. Być może do bitego we Wrocławiu, w czasach pruskich do 1805 r. „dobrego grosza” o wartości 1/24 talara.

- Ale skąd wzięła się nazwa „czeskie”?

- To terminologiczne odniesienie nazwy do mieszkańców kraju nad Wełtawą pozostaje zagadką - odpowiada historyk. - Pieniądz zdawkowy, czyli monety o bardzo niskim nominale, został utrzymany w Prusach po reformie walutowej z 1821 r. ujednolicającej system monetarny. Wprowadzony wtedy został talar dzielący się na 30 srebrnych groszy, z których każdy na 12 fenigów - 1 talar równał się więc 360 fenigom. Po tej dacie znajdujemy wprawdzie w źródłach termin „ein Böhm” odnoszący się do pieniądza o niskim nominale, jednakże bez odpowiedzi, o jakiej wartości. „Czeski” wątek, który rzuca wiele mówiące światło na bilon o niskiej wartości, odnajdujemy w gwarowym wrocławskim powiedzeniu „An Böhm un a Tippel Fett”, znaczącym tyle co „licha wypłata”, „marny utarg”, „kiepski zarobek”, a w dosłownym tłumaczeniu „Jeden Czech za michę smalcu”. Ale i w tym przypadku nie wiemy dokładnie, kiedy i w powiązaniu z czym owe powiedzonko weszło do obiegu w miejscowej gwarze.

- Jakoś nie kojarzy mi się Czech ze smalcem, ale z piwem raczej, które królowało we Wrocławiu.

- A i w przypadku ceny piwa rządził „ein Böhm”. Chmielowy trunek nad Odrą był niejako podstawą miejskiej „wrocławskiej” tożsamości, by wspomnieć tylko tak wszechobecne w tym czasie marki jak Friebe czy Haase. W ostatniej dekadzie XIX w. większość szynków stawiała kufel dobrego piwa za „jednego Czecha”, czyli tanio. Gdy zaś z początkiem następnego stulecia podniesienie podatków akcyzowych narzuconych browarom spowodowało wzrost cen hurtowych piwa, szynkujący je restauratorzy i właściciele piwiarni woleli zmniejszyć objętość kufli z 0,5 litra do 0,4 litra , niż mieliby zrezygnować z „ein Böhm” w cenniku wypisywanym często kredą na czarnej tablicy wiszącej przy wejściu do lokalu. W pewnej mierze z podobnym zjawiskiem spotykali się wrocławianie w „czeskich budach”, w ofercie których ważniejsze było utrzymanie każdego roku ceny za sztukę towaru, niż baczenie na jego jakość.

- A co sprzedawano w jarmarcznych „Czeskich budach”?

- „Czeskie budy” były pewnego rodzaju siecią. Praktycznie ich oferta nie różniła się między sobą. Wszystkie miały „tę samą twarz”, pisała w 1894 r. „Breslauer Morgen-Zeitung”. Pod ich dachami wisiały te same słomianki na stół, te same serwetki, ozdóbki ścienne, ta sama pasmanteria, te same liche kapcie, blaszane bębenki i ołowiane żołnierzyki, te same grzebyki, karty do gry w skata, notesiki, kalendarzyki, komplety calówek, sztućców sprzedawanych na sztuki, te same miniaturki skrzypiec, ceramiczne figurki i te same skarpety. I choć prasa wrocławska nazywała często „Böhmbauden” „tandetnymi bazarkami”, to jednocześnie witała z zadowoleniem niskie ceny oferowanych na jarmarku słodkości - pierników i pierniczków, miodowników i sękaczy, pieczonych migdałów, czekoladek, wszelkich ciast i ciasteczek, cukierków i glazurowanych owoców. Dało się też zauważyć, że nawet metr ciętych materiałów kosztował często 10 fenigów, podobnie wiele artykułów ozdobnych i drobnych artykułów AGD, jak choćby chochli i chochelek, drewnianych deseczek i drewnianych łyżek, ramek do obrazków, blaszanych foremek do ciast, mieszadeł do gotowania, podstawek, cynowych figurek, wszelkich puzderek, flakoników, pozłacanych świecidełek, ozdób choinkowych i podobnych wyrobów. Wszystko wyglądało tak, jakby jedno po drugim wyszło spod tej samej fabrycznej prasy. I tak było w istocie, bowiem właściciele „czeskich bud” korzystali z dostawców, którzy nie zaopatrywali się u wrocławskich rzemieślników, czy innych drobnych wytwórców. Dostawcami były wyspecjalizowane firmy, które przygotowywały gamę jarmarcznych towarów dużo, dużo wcześniej - zamawiając ich produkcję u najtańszych fabrykantów - i w pakiecie oferowały je wrocławianom wynajmującym budy na jarmarku bożonarodzeniowym. Owi dostawcy działali w tym czasie nie tylko nad Odrą, ale w większości miast Niemiec, by wymienić tylko sławne jarmarki w Norymberdze, Dreźnie, Lipsku, Monachium czy Berlinie.

„Czeskie budy” znalazły swoje miejsce przy ul. Kurzy Targ, pod ratuszem, aż do ul. Świdnickiej, czyli w miejscach, gdzie już w XIV wieku prowadzono handel uliczny: mięsa drobiowego i dziczyzny, mleka, warzyw i owoców, ale i produktów innych rzemieślników.

W 1897 roku wielki pożar strawił budy Jarmarku Bożonarodzeniowego na Rynku w Breslau. Rada miasta zaraz po pożarze chciała usunąć jarmark z tego historycznego miejsca, ale uproszona przez Związek Kupców Śląska zezwoliła na jego trwanie do roku 1903. Do pierwszej wojny światowej jarmark organizowano w Ogrodzie Paryskim przy ulicy Wierzbowej. W latach dwudziestych i trzydziestych jarmark trafił na plac Nowy Targ. Gdy w 1938 roku rozpoczęto budowę schronu, jarmark został przeniesiony na Plac Wolności za Operą Wrocławską. Do Rynku i jego najbliższych okolic wrócił dopiero 12 lat temu.

I jak pisał już wcześniej przywołany anonimowy twórca rymowanki z XIX wieku: Tu na rynku pełnym gości/Co dzień ciągnie bal radości!/Najpiękniejszym jest zwyczajem,/Upominki dawać wzajem./Ja zaś powiem wam to szczerze -/ Każdy chętnie prezent bierze!

I to dzisiaj się nie zmieniło. Niestety, nie ma już wyjątkowego zjawiska, jakim były „Czeskie budy”, a szczególnie dzisiaj bardzo by się przydało.

Iwona Zielińska-Adamczyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

obniżka -50% na Czarny Weekend

30-dniowy dostęp do Kuriera Lubelskiego online

20,00 40,00

Czarny weekend trwa! Do 29.11 kup prenumeratę cyfrową za połowę ceny i ciesz się dostępem do aktualnego wydania gazety bez wychodzenia z domu.

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.