Jeden dzień z życia kapelana wśród chorych. Ks. Andrzej o 6 jest w pracy

Czytaj dalej
Fot. Lech Klimek
Lech Klimek

Jeden dzień z życia kapelana wśród chorych. Ks. Andrzej o 6 jest w pracy

Lech Klimek

Ksiądz Andrzej Kluz od dwudziestu lat jest kapelanem szpitala w małopolskich Gorlicach: - Tutaj każdy uczy się godnie przeżywać swoją drogę krzyżową. Staram się dźwigać krzyż razem z moimi chorymi

W mieszkaniu nieopodal gorlickiego szpitala dzwoni budzik. Wskazówki pokazują 5.40. Tak jest codziennie, niezależnie od pory roku i dnia. Mężczyzna wstaje. Ubiera się, wychodzi. Do szpitala ma kilkadziesiąt metrów. Przekracza wejście, a jego kroki kierują się nie na któryś z oddziałów, ale do piwnicy. Tam skręca w stronę szpitalnej kaplicy.

Kilka minut przed szóstą wychodzi z niej. Ksiądz Andrzej Kluz, kapelan gorlickiego szpitala, zaczyna kolejny dzień swojej posługi. Ma na sobie sutannę. Na jego piersi spoczywa bursa, czyli ozdobna, sztywna torebka z tkaniny, w której kapłan nosi Najświętszy Sakrament.

Kapelan od blisko 20 lat

- Pan Bóg tak pokierował moim kapłaństwem, że jestem w Gorlicach już prawie 20 lat - opowiada. - Na mojej drodze posługi były wcześniej parafie, na których terenie były szpitale. Miałem okazję i łaskę posługiwać między innymi w Szpitalu Miejskim w Rzeszowie. Nie jest więc dziwne, że w Gorlicach też zostałem kapelanem szpitala - dodaje.

Jak wspomina, w jego poprzednich parafiach pozostali kapłani niezbyt chętnie garnęli się do tej pracy.

- Mówili, że odstręcza ich szpitalny zapach, albo że boją się igieł - mówi z uśmiechem ksiądz Andrzej. - Dla mnie jednak ta praca była czymś bardzo ważnym, czułem, że to coś w rodzaju mojej kapłańskiej charyzmy, być przy tych, którzy zmagają się z cierpieniem - podkreśla.

Każdy dzień tej pracy ma podobny rytm. Po przejściu do kaplicy szpitalnej i nałożeniu sutanny ksiądz krótko się modli i zaczyna obchody po szpitalnych oddziałach. Jest szósta.

Stoimy przed drzwiami oddziału chirurgicznego. Tu ksiądz Andrzej jest najwcześniej. Głośne „Szczęść Boże” i szeroki uśmiech wchodzą na salę chorych. W kącie sali popłakuje młoda dziewczyna. Boi się. Ma dzisiaj operację.

- Głowa do góry. Piękną pogodę Pan Bóg nam dał, rękami chirurga pokieruje, jak trzeba. Będzie dobrze. Na Wielki Tydzień będzie pani w domu z dziećmi - poklepuje chorą po ramieniu, udziela komunii, błogosławi. - Zawsze zaczynam od piątego piętra, na chirurgii właśnie. Bo chyba tam najwięcej jest strachu i obawy w pacjentach. Potem jest neurologia. Potem zjeżdżam na internę. To dwa największe oddziały i chorzy czekają tam na mnie. Potem powoli idę w górę, każdego dnia odwiedzam wszystkich, w sumie około 400 osób - dopowiada ksiądz. - Rocznie w naszym szpitalu udzielanych jest ponad 80 tysięcy komunii.

Lekarz dusz pod komórką

Po trzech godzinach ksiądz kończy obchód. Wraca na plebanię przy kościele św. Jadwigi, na śniadanie. Potem zajmuje się swoimi codziennymi obowiązkami. Uczy religii w jednej ze szkół. Cały czas jednak nie rozstaje się z telefonem. W każdej chwili mogą zadzwonić ze szpitala, że jest tam natychmiast potrzebny. Wtedy rzuca wszystko i stawia się w miejscu.

- Dość często bywa tak, że dostaję telefon ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego - opowiada. - Właśnie trwa reanimacja, a doświadczone pielęgniarki widzą, że ich pacjent jest blisko przejścia na druga stronę. To ostatnia chwila na udzielenie ostatniego namaszczenia - relacjonuje.

Tak było kilka lat temu, gdy został wezwany właśnie na SOR. Tam ważyły się losy małego chłopca. Ksiądz Andrzej dobrze pamięta ten dzień. Było ciepło, wiosennie, jak teraz. Kilkuletni zaledwie chłopiec jechał wzdłuż drogi na rowerku. Podmuch dużego auta sprawił, że stracił równowagę i wpadł wprost pod koła. - To tragedia z tych niewyobrażalnych i nie do zapomnienia - mówi. - Dla mnie jedna z trudniejszych rozmów w życiu.

Pamięta do dziś twarze rodziny, zaciśnięte usta i oczy pełne bólu. Pamięta szloch matki, która pytała: Boże, dlaczego?

- Długo rozmawialiśmy, również o przeszczepach, ja sam jestem zarejestrowany jako dawca szpiku. W pewnym momencie sami z siebie wyrazili chęć, by organy ich dziecka dały życie innym ludziom. Do dziś modlę się o siłę dla nich, wyobrażając sobie twarz człowieka, w którym bije serce tego chłopca - opowiada.

Konfesjonał przy łóżku

Dochodzi godzina 13. Kapelan ponownie udaje się do szpitala. Zaczyna swój drugi obchód.

- Tym razem bardziej skupiam się na rozmowie - mówi. - To czas, gdy w szpitalu są odwiedziny, mam więc też okazję, by zapytać rodziny o potrzeby chorych.

Pod pachą niesie prasę katolicką.- Ksiądz działa jak obwoźny kiosk - słyszymy z kąta sali.

Często zdarza się, że to rodziny proszą o spowiedź dla swoich bliskich. Ta w szpitalu może odbyć się prawie w każdym miejscu, na szpitalnym łóżku, w gabinecie lekarskim czy choćby na korytarzu.

- Czasem okres pobytu w szpitalu jest także objawieniem buntu wewnętrznego, niezrozumienia woli Bożej - mówi kapelan. - Następuje jakaś walka w sercu człowieka. Tak już jest, że dla jednych choroba i cierpienie może być okazją gorliwego przeżywania obecności Boga w modlitwie i sakramentach, a dla innych czasem odejścia, zanegowania Opatrzności Bożej - kontynuuje.

Żadna postawa chorego nie jest dla kapelana teraz zaskoczeniem. Potrafi zrozumieć każdą reakcję. - Bywa, że gdy wchodzę na salę, niektórzy ostentacyjnie odwracają się, udają, że śpią - stwierdza. - To mnie nie zraża, jestem tam po to, by również tych niechętnych wspierać modlitwą i swoją obecnością. Z czasem następuje przełamanie i można wtedy spokojnie porozmawiać, a gdy jest taka wola, to pojednać się z Bogiem.

Nim odszedł, chciał się spowiadać

Pamięta jeden z takich przypadków. Do szpitala trafił mężczyzna w sile wieku, przed pięćdziesiątką. - Marek miał 49 lat i od dwóch lat walczył z rakiem trzustki - opowiada ksiądz.

Mężczyzna był pokiereszowany przez życie. Śmierć dziecka, kryzys małżeństwa, rozwód. Ból i cierpienie topił w alkoholu. Gdy choroba zaczęła czynić spustoszenie, rodzina jeszcze w domu zaproponowała mu wizytę księdza. Żachnął się, że jeszcze nie umiera. W szpitalnej sali, po kilku dniach pobytu, cicho poprosił o spowiedź.

- Rozmawialiśmy bardzo długo, to była wyjątkowa spowiedź. Potem przyjął komunię, a na drugi dzień w ciszy i spokoju odszedł z tego świata.

Codziennie, o 15, ks. Andrzej odprawia w szpitalnej kaplicy mszę świętą. Przed Eucharystią siada w konfesjonale i spowiada.

Wieczorami bierze do ręki gitarę. Czasem idzie z nią odprawić nabożeństwo drogi krzyżowej między tych, którzy krzyż choroby niosą tutaj co dnia. W sali gorlickiej geriatrii rozbrzmiewa wtedy: „Rozpięty na ramionach jak Sokół na niebie. Chrystusie Synu Boga. Spójrz, proszę, na ziemię. Na ruchliwe ulice. Zabieganych ludzi. Gdy noc się już kończy, a ranek się budzi. Uśmiechnij się przyjaźnie z wysokiego krzyża. Do ciężko pracujących, cierpiących na pryczach...”

Lech Klimek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.