Jedna kropla prawdę ci powie. Albo skutecznie wyciągnie pieniądze

Czytaj dalej
Fot. 123RF
Dorota Krupińska

Jedna kropla prawdę ci powie. Albo skutecznie wyciągnie pieniądze

Dorota Krupińska

Badanie tzw. żywej kropli krwi bije rekordy popularności. Zalety? Wykrywa malarię nawet u osób, które nigdy nie przekroczyły granic Polski. Wady? - To perfidne oszustwo, które nie ma nic wspólnego z nauką i współczesną medycyną laboratoryjną - twierdzi dr Elżbieta Puacz, prezes Krajowej Izby Diagnostów Laboratoryjnych.

Pracownicy Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego w Warszawie nerwowo reagują na nazwisko Skrzypczak. Konkretnie chodzi o dr Martynę Skrzypczak. Od kilku miesięcy odbierają telefony z całej Polski od osób, które jej poszukują. Dzwonią zaintrygowani wywiadem o pasożytach, którego badaczka udzieliła portalom zajmującym się zdrowiem. Telefonują ci, którzy podejrzewają, że pasożyty są przyczyną ich chorób. A także osoby, u których na podstawie badania żywej kropli krwi już je wykryto.

Z kolei w Instytucie Parazytologii im. Witolda Stefańskiego PAN trwają poszukiwania dr. Marka Rabczyńskiego. Obydwoje jednak są nieosiągalni i powodem nie są urlopy. Te osoby nie pracują w tych instytucjach. Martyna Skrzypczak nie istnieje w polskim wykazie pracowników naukowych.

Biały fartuch i mikroskop

Barbara, lat 56, mieszkanka Lublina: - Przeczytałam w internecie wywiad z dr Skrzypczak, która głosiła, że 15 mln osób rocznie umiera na pasożyty, a zakażonych jest 97 proc. populacji. Stale jestem zmęczona, boli mnie głowa. Mam wiele chorób. Pomyślałam, że rzeczywiście ich przyczyną mogą być pasożyty. Dr Skrzypczak polecała skuteczny lek, który je zwalcza. Dowiedziałam się też o badaniu żywej kropli krwi. Informacje były tak sugestywne, że zadzwoniłam do Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego w Warszawie, by zadać jej kilka pytań. Usłyszałam, że nikt taki nie pracuje.

Dr Dawid Jańczak, parazytolog z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego: - Ludzie szukają dr Martyny Skrzypczak od wielu miesięcy. Dzwonią do naszego zakładu parazytologii i chcą z nią rozmawiać. Dr Skrzypczak nie pracuje w naszym instytucie oraz nie istnieje w polskiej bazie pracowników naukowych. Ta pani w wywiadach przedstawiana jest m.in. jako badaczka z laboratorium Higieny i Zdrowia Publicznego. Po wpisaniu tej nazwy, pojawia się strona Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego. Informujemy, że jest to oszustwo. A informacje, które ta pani podaje, są nieprawdziwe.

Biały fartuch, mikroskop i fachowa nazwa, częściowo zbieżna z prestiżową placówką naukową, wystarczą, by statystyczny Kowalski uwierzył, że wywiadu udziela wybitny uczony, a informacje, które głosi, są wiarygodne. - Ludzie będą wierzyć w „nowatorskie” metody, bo uciekają od medycyny konwencjonalnej, szukają alternatywnych rozwiązań - tłumaczy dr Jańczak.

Z wymyślonymi badaczami, doktorami i twórcami medycznych teorii problem ma także Państwowy Instytut Parazytologii. Na stronie placówki widnieje informacja: „Oświadczam z pełną odpowiedzialnością, że Instytut Parazytologii im. Witolda Stefańskiego PAN nie uczestniczył w opracowaniu leku przeciwpasożytniczego Detoxic. Dodatkowo informuję, że Krajowy Instytut Chorób Pasożytniczych nie figuruje w żadnym wykazie placówek naukowych działających w Polsce”.

I kolejny komunikat: „Oświadczam, że dr Marek Rabczyński, autor wywiadu, nigdy nie był i nie jest pracownikiem Instytutu Parazytologii. Treści zawarte w wywiadzie nie odpowiadają aktualnemu stanowi wiedzy”. Obydwa komunikaty podpisał dyrektor Instytutu Parazytologii im. Witolda Stefańskiego PAN.

- Dyrekcji nie ma. Nikt nie będzie tego komentował. Nie chcemy już o tym rozmawiać. Ludzie dzwonią i pytają, co to za lek. Nic o nim nie wiemy. To jest oszustwo. Nikt u nas o takim nazwisku nie pracuje i nie pracował - usłyszałam w sekretariacie Instytutu Parazytologii.

Statystyka z palca

Całe zamieszanie wywołały pasożyty i strach przed nimi. Według autorów teorii krążących po internecie, atakują one wszystkie organy i powodują wiele chorób. Odpowiedzialne są m.in. za łzawienie oczu, brak apetytu, zgagę, wzdęcia, depresję, alergię, bezsenność, nieświeży oddech, artretyzm, biegunki i zaparcia. Czytamy, że robaki jelitowe powodują astmę. - To jest jakiś absurd. Pasożytom przypisuje się niemal wszystkie choroby, od bólu głowy do raka - mówi doktor Dawid Jańczak.

Zgłębiam dalej krążące w internecie teorie. Wynika z nich, że 15 mln osób na świecie rocznie umiera z powodu pasożytów, a aż 97 proc. populacji jest zakażonych. Niemal każde dziecko ma lamblię. - Gdyby z powodu pasożytów umierało rocznie 15 mln osób, to za kilka lat nie byłoby nas na świecie - ucina dr Jańczak i wyjaśnia: - Wedle danych statystycznych, w 2013 r. z powodu pasożytów zmarło ok 1.300 tys. osób, z czego 700 tys. na malarię. Na stronach WHO są wszelkie statystyki. Najbardziej rozpowszechnionym pasożytem na świecie i niekoniecznie dającym objawy kliniczne jest ten wywołujący toksoplazmozę.

Naukowiec poleca jako lekturę rozmowę z profesor Elżbietą Gołąb, prezesem Polskiego Towarzystwa Parazytologicznego. Wywiad ukazał się na stronach towarzystwa. Badaczka obala wszelkie mity związane z pasożytami i chorobami, które wywołują.

Zdaniem dr Małgorzaty Stokowskiej-Wojdy, lekarza rodzinnego, temat pasożytów ostatnio jest bardzo popularny. - Widzę wśród pacjentów pewien trend. Szukają u siebie chorób spowodowanych pasożytami. Dla nich kaszel, ból głowy, drobna infekcja to powód do odrobaczania. A kaszel może być objawem wielu chorób, np. astmy, alergii. Jeżeli ktoś ma wątpliwości co do swego zdrowia, niech się wybierze do lekarza rodzinnego, który skieruje go do specjalisty i na badania.

Lekarka żałuje, że nie ma, niestety, mody na profilaktykę. - Zapominamy o myciu rąk, owoców czy odrobaczaniu zwierząt domowych, z którymi śpimy. Takie zachowania mogą nas ochronić - mówi.

Powiedziała, że mam robaka

Pasożyty to prawdziwy biznes. Na rynku pojawiły się preparaty, „cudowne” zioła, mikstury i parafarmaceutyki, które mają je skutecznie wytępić. Reklamowany Detoxic jest w stałej promocji i kosztuje 200 zł.

Rekordy popularności bije mikroskopowe badanie tzw. żywej kropli krwi, które m.in. ma wykrywać larwy i jaja pasożytów. Na rynku lubelskim wykonuje je przynajmniej kilkanaście firm. Pobraną z palca krew umieszcza się pod mikroskopem i przez ok. 20 minut obserwuje. Wystarczy zapłacić od 80 do 150 zł, by dowiedzieć się, że w naszym organizmie bytują w nadmiarze również grzyby, bakterie i drożdże. Badanie, według autorów, wychwytuje skażenie metalami ciężkimi i zaburzone pH. Metoda także rzekomo świetnie wykrywa niestrawione białka, zaburzenia hormonalne, a nawet wirusy.

Ewa jest z wykształcenia biologiem i dietetykiem. Prowadzi gabinet medycyny naturalnej w województwie lubelskim, w którym wykonuje badanie żywej kropli krwi. - Metoda pozwala ocenić, co się dzieje w organizmie na podstawie jakości i wyglądu krwinek. Dostrzec można m.in. drożdże, kolonie grzybów, jaja i larwy pasożytów, czasami metale ciężkie. Ocenić można, czy błony komórkowe są uszkodzone przez toksyny, a krwinki zrulonizowane (czyli przypominają zlepione ruloniki - przyp. red). Widać również symptomy nietolerancji pokarmowej - tłumaczy dietetyczka.

Ewa nie narzeka na brak klientów, którzy trafiają do niej z polecenia. Dodatkowo reklama w internecie jest na tyle skuteczna, że chętnych, by sprawdzić swój stan zdrowia, nie brakuje.

O popularności metody świadczą wpisy na wielu forach internetowych. Przeczytać można rady tych, którzy przetestowali na sobie najlepsze specyfiki na pasożyty i oddali krople krwi do badań. Wśród entuzjastycznych ocen są i te krytyczne. Oto kilka przykładów:

„Jestem ciągle zmęczona, mam worki pod oczami, źle sypiam. Zdecydowałam się na badanie. Zapłaciłam 100 zł” - pisze Anna z Lublina.

„Badanie wykonywała dietetyczka. Wynik pokazał, że mam grzyby, pasożyty i drożdże. Zalecono mi chińskie zioła. Oprócz tego miałam stosować dietę pozbawioną cukru, niezakwaszającą. Na wszelki wypadek poszłam także do lekarza rodzinnego. Pokazałam mu wyniki. Wytłumaczył mi, że to bzdura” - opowiada Elżbieta.

Kolejny wpis: „Wykonywałam to badanie u moich dzieci i całej rodziny. Są pasożyty. Mamy brać zioła odrobaczające”.

„U mnie wykryto niedobór magnezu i larwy pasożyta. Po leczeniu czuję się lepiej”.

„Wyszły pasożyty, ale pani nie potrafiła powiedzieć jakie. Powiedziała, że mam robaka”.

„Córka kaszle, słyszałam, że powodem może być glista”.

Kryształki stresu i homeostaza

Takie badanie i reklamowane substancje, które niszczą pasożyty, wzbudzają sprzeciw środowiska naukowego. - Ta metoda nie jest zatwierdzonym badaniem diagnostycznym. Pod nią nie podpisze się żaden rzetelny i profesjonalny diagnosta laboratoryjny - podkreśla dr Dawid Jańczak. - Podpisują się osoby mianujące się różnymi tytułami, np. „terapeuci”. Ci ludzie rzekomo odkrywają niezwykłe rzeczy. Potem zgłaszają się do nas osoby, którym wykryto malarię, choć nigdy nie wyjechały z Polski - dodaje.

Dr Elżbieta Puacz, diagnosta z Lublina i prezes Krajowej Izby Diagnostów Laboratoryjnych, gromadzi dokumentacje od osób, które miały wykonane badanie żywej kropli krwi i czują się oszukane. Teczka zeskanowanych wyników jest dość gruba, a jej zawartość stale rośnie. To materiał dowodowy w sprawach, które prowadzą prokuratury w Polsce. - Ludzie skarżą się policji, a funkcjonariusze proszą nas o ekspertyzę. Wyniki dostajemy także od osób poszkodowanych i zbulwersowanych lekarzy, którzy żądają reakcji samorządu lub pytają o interpretację tych, jak to określają „bzdur” - wyjaśnia.

Lektura jest ciekawa. We krwi „badacze” odnajdują wszystko: „kryształy stresu”, wirusy, metale ciężkie, larwy przywry, jaja pasożytów, glistę, chlamydię, borrelię, a także toksyny czy niedobory witaminowe. - Odkrywają u pacjentów np. „homeostazę”. A homeostaza jest zjawiskiem utrzymywania wewnętrznej równowagi organizmu! - denerwuje się dr Puacz. Wyjaśnia, że osoby wykonujące badanie posługują się pojęciami, które istnieją w medycynie, ale niezgodnie z ich definicją. - Badanie żywej kropli krwi to perfidne oszustwo, które poza rzekomym profesjonalizmem - jak biały fartuch, mikroskop, monitor i uczone sformułowania - nie ma nic wspólnego z nauką i współczesną medycyną laboratoryjną. Chodzi tylko o to, by ktoś pod wpływem wyniku ich „analizy” kupił preparat, który rzekomo ma pomóc - wyjaśnia dr Puacz.

Przeciwnicy tej metody, diagności laboratoryjni, patomorfolodzy wyjaśniają, że pod mikroskopem widać tylko komórki krwi. Metale ciężkie można zbadać specjalistyczną metodą spektrometrii absorpcyjno-atomowej, a toksyny za pomocą spektrometrii masowej. Niedobory witaminowe i minerałowe wymagają przetestowania metodami biochemicznymi poprzez określenie stężenia dla poszczególnych witamin i minerałów. Badanie wykonuje się na specjalnej aparaturze.

- Nie znajdziemy także we krwi larw pasożytów. Wykryć je można jedynie na podstawie badania kału. Grzyby z kolei wykonując posiew krwi lub oznaczając antygeny rozpuszczalne w surowicy krwi - tłumaczy dr Puacz. Zgadza się, że we krwi można wykryć bakterie. Ale świadczy to o zakażeniu całego organizmu, a pacjent leży wtedy zazwyczaj na intensywnej terapii ze zdiagnozowaną sepsą. - Należy ostrzegać ludzi przed znachorskimi metodami. Problem ten kilka lat temu zgłosiliśmy do Ministerstwa Zdrowia. Ale niestety otrzymaliśmy informację, że podmioty, które wykonują tego typu badania, nie są jednostkami ochrony zdrowia. Zastanawiam się, czy znów nie zająć się tą sprawą - podsumowuje dr Elżbieta Puacz.

Ewa, biolog i dietetyk, się broni: - Wszystko, co nie mieści się w przyjętych procedurach medycznych, wzbudza wątpliwości i kontrowersje. Ważne jest, kto wykonuje badanie, istotna jest wiedza tej osoby, tak by mogła przekazać rzetelne informacje, by nie skrzywdzić pacjenta.

Dorota Krupińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.