Jeszcze jedna chwila w ciemności

Czytaj dalej
Sylwia Hejno

Jeszcze jedna chwila w ciemności

Sylwia Hejno

Kino Medyk umarło po cichutku. Ostatnim seansem w nim była „Prosta historia o miłości“. Dzieje tego miejsca są natomiast długą i bujną historią o miłości do kina.

Uprzejmie prosimy o wyrażenie zgody na uruchomienie w kierowanym przez Pana szpitalu - kina „Medyk”. Do niedawna kino było prowadzone przez naszego kolegę Adama Galbarczyka - niestety nagła jego śmierć sprawiła, że kino przestało działać. Chcemy kontynuować działalność kina. (...) Uruchomienie kina - mamy nadzieję - przyczyni się do lepszego samopoczucia przebywających w szpitalu pacjentów” - takie pismo 9 września 1994 r. do dyrektora Państwowego Szpitala Klinicznego nr 4 skierowali Michał Masalski, kinotechnik oraz Jerzy Szwaja, pasjonat fotografii i kina, późniejszy wieloletni szef Medyka.

Cukierki i ekran uszyty w domu

- Nie lubię używać słowa „pasja”. Mąż to kino po prostu kochał. Cały był w kinie - mówi Hanna Szwaja. Na fotografii widzimy ją ostrzyżoną na pazia, w czarnej kamizelce, siedzącą za biurkiem, gdzie sprzedawała bilety. Na blacie stały cukierki. Częstowanie nimi gości było rytuałem. Podobnie jak przypinanie repertuaru w drewnianej, przeszklonej gablocie.

Na pierwszym seansie w auli, na początku października 1994 roku, kino zagrało „Pole rażenia” - amerykański thriller z urodzonym w RFN Brucem Willisem w roli głównej. Wspomnienie tego pierwszego filmu uruchamia w głowie Hanny Szwai inne, pachnące świeżą, słodką papryką: - Pani Ania była pierwszym widzem na pierwszym seansie. Do tej pory mam ją przed oczami, jak wędruje szpitalnymi podziemiami w chusteczce na głowie i jak chrupie tę czerwoną paprykę. Mamy zresztą kontakt do tej pory - mówi.

Jeszcze jedna chwila w ciemności
Archiwum Hanny Szwai Pani Hanna Szwaja w „kasie“ kina Medyk

Kino wystartowało z przytupem. Kolejne ówczesne hity, których żywot potem trwał jeszcze długo w osiedlowych wypożyczalniach, to: „I kto to mówi 3” z Johnem Travoltą i Kirstie Alley, „Pani Doubtfire” z Robinem Williamsem czy „Tombstone” z Kurtem Russelem i Valem Kilmerem. Rekordową ilość widzów w początkowym okresie - odpowiednio 42 i 45 - kino odnotowało na „Wieku niewinności” i „Psach 2”. Bilety na te pierwsze seanse kosztowały dwa złote.

- Mąż miał zasadę: lepiej sprzedać bilety taniej, a więcej. Chciał, żeby ludzie przychodzili do kina. Pisał nawet listy do dystrybutorów, żeby robić różne promocje, np. dla studentów na św. Mikołaja - opowiada Hanna Szwaja.

Mało kto wiedział, że filmy były wyświetlane na ekranie uszytym przez sąsiadkę Szwajów. - Jerzy obdzwonił chyba wszystkie okoliczne fabryki, ale żadna nie chciała specjalnie przestawiać maszyn, żeby uszyć nam dziesięć, piętnaście metrów ekranu. Kupiliśmy więc elanobawełnę w zwykłym sklepie z materiałami, a ekran uszyła nam nasza sąsiadka Ela Madej, która miała maszynę do szycia i świetnie radziła sobie z takimi rzeczami. Zrobiła to w taki sposób, że dało się go rozwijać, rozpinać i zwijać - wyjaśnia Hanna Szwaja.

Maciej Gil, historyk kina i animator kultury filmowej, nie ma wątpliwości, że w Lublinie posiadaliśmy prawdziwą perłę: - Zdarzało się, że szpitale miały sale przystosowane do projekcji filmów, ale tego typu kino, ze stałym repertuarem, które działało konsekwentnie przez przynajmniej dwie dekady, to był ewenement w skali Polski - podkreśla.

Ludzie na parapetach

Do kina przychodzili studenci, ludzie starsi, rodziny oraz oczywiście - pacjenci, nierzadko w szlafrokach albo nawet pod kroplówkami. Czasami widzowie przynosili sobie poduszki, żeby wygodniej się siedziało. Jeśli ktoś przybiegł zziębnięty prosto z pracy, często mógł liczyć na szklankę ciepłej herbaty. Toteż nawet jeśli czasem przez wysłużoną, ceratową zasłonę przedarł się promyk światła, nikt się nie skarżył. W tamtych złotych czasach ludzie siedzieli na parapetach, bo się nie mieścili.

We wspomnieniach Hanny Szwai to miejsce zapisało się jako takie, w którym ludzie po prostu dobrze się czuli. Po seansie przychodzili do kabiny albo dyskutowali w holu, czasem bardzo długo. Wtedy Jerzy Szwaja rozkładał ręce i błagalnym tonem wołał ze śmiechem: - Ludzie, zlitujcie się, ja muszę rano do roboty!

Na kolejnym zdjęciu widzimy operatora, Michała Masalskiego z dwójką studentów związanych z kinem, jeden z nich to jego syn, wszyscy są ubrani w modne wówczas wzorzyste swetry. Z panią Hanną dumnie pozują z projektorami. Tę fotografię zrobił Jerzy Szwaja - jego widzimy na innym zdjęciu, ubranego w garnitur. Ten elegancki strój był jego wizytówką.

- To były piękne czasy dla kiniarzy - wzdycha Waldemar Niedźwiedź, kierownik kina Bajka. - Obecnie mamy nawet do 1200 premier w roku, wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, było ich może sześćdziesiąt i co za tym idzie, był czas, żeby każdy film wypromować, wypieścić i dotrzeć z nim do widowni. A na premierze obowiązkowo byli: reżyser, aktorzy, producenci... Przykładowo, gdy graliśmy „Europę, Europę”, na premierę przyjechali Agnieszka Holland i Salomon Perel. A na przeglądzie kina hinduskiego gościła pani ambasador z całą świtą. Jurek Szwaja dokumentował wszystkie te wydarzenia, był zapalonym fotografem.

Ulubiony film pani Hanny, który wciąż do niej wraca i przypomina o dawnym, przyszpitalnym kinie, to „Historia Liliany”, dramat z 1996 roku w reżyserii Jerzego Domaradzkiego. Jego bohaterką jest starsza, szalona kobieta, która recytuje Szekspira. - To był bardzo piękny film. Nie wiadomo było, kto był głupcem, a kto rzeczywiście odkrył mądrość - odpływa myślami pani Hanna.

Jeszcze jedna chwila w ciemności
Anna Kurkiewicz Hanna Szwaja: - Nie lubię słowa „pasja“. Mąż to kino po prostu kochał. Cały był w kinie. Pani Hanna do tej pory utrzymuje kontakt z dawnymi widzami, zdarza się, że ktoś przyśle kartkę z życzeniami, a nawet zadzwoni zapytać o repertuar.

Przypomina sobie także, jak czasami aż gniewała się na męża. Gdy wracał z pracy w urzędzie miar, jedli szybko obiad i pędzili do Medyka. Potem także w soboty i niedziele. „Kiedy ty odpoczniesz?” - pytała. I jeszcze jedno wspomnienie: jak wziął urlop i w całości poświęcił go na to, aby skręcić i rozkręcić projektor co do śrubki. Koniecznie chciał wiedzieć, jak działa.

Wiele filmów Medyk dostawał od zaprzyjaźnionej Bajki. Kopia była jedna. Gdy film wciąż leciał w Bajce, trzeba było wsiąść w auto ze szpulami, które dopiero co zeszły z projektorów i szybko przewieźć je do Medyka. I tak kilka razy. - Przykładowo, gdy Bajka rozpoczynała film o godz. 18.00, Medyk mógł zacząć o 19.00, a kolejny seans w Bajce ruszał o 20.00. Całą masę filmów w ten sposób puściliśmy, chodziło o to, żeby i Medyk mógł zagrać film równo z premierą. To były czasy przedmultipleksowe - wyjaśnia Waldemar Niedźwiedź.

Zapamiętał Jerzego Szwaję jako niezwykle dobrego i uczciwego człowieka. - Kiedyś wyznał, że był u spowiedzi, bo niechcący oszukał fiskus na kilka złotych. Miał z tego powodu ogromne wyrzuty. Ksiądz podobno tylko się zaśmiał, dał mu rozgrzeszenie, a na koniec zażartował: „Proszę się nie martwić, oni bardziej pana naciągają”.

Ulubionym filmem Jerzego Szwai był „Forest Gump” Roberta Zemeckisa. Co roku otwierał nim sezon, uważał, że każdy młody człowiek powinien go zobaczyć przynajmniej raz po to, aby przekonać się, że wszystko w życiu jest możliwe. Ale na tym nie koniec rytuałów. - Zawsze wychodził się przywitać z publicznością, mówił parę słów. A po seansie czekał parę chwil zanim zapalił światło. Chciał dać ludziom jeszcze tę chwilkę w ciemnościach, żeby mogli poprzeżywać to, co zobaczyli - dodaje Hanna Szwaja.

- Z czasem to było klasyczne kino powtórkowe, „zgrywające”, to znaczy takie, które dawało drugą szansę osobom, które przegapiły dany tytuł w czasie, gdy był premierowo pokazywany w innych lubelskich kinach. I to się sprawdzało, zresztą do dzisiaj w dużych ośrodkach takie kina mają swoje miejsce. Medyk miał naprawdę fajny repertuar, taki z autorskim sznytem, który w dodatku mógł dać pacjentom wytchnienie od szpitalnej rzeczywistości. Różne zniżki, imprezy, obecność i i przystępność gospodarza, konsultowanie programu z widzami to były w Medyku codzienne praktyki najlepszych kiniarzy - zaznacza Maciej Gil.

Jednym z marzeń pana Jerzego było urządzić 10-lecie Medyka, jesienią 2004 roku. Specjalnie na tę okazję sam nakręcił film w domu pomocy społecznej. Znalazła się w nim scena, jak jego znajomy z dawnych lat, pan Witek daje wyjątkowy koncert dla umierającej pensjonariuszki. Niestety, nie zdążył ani w pełni zrealizować filmu, ani pokazać go na jubileuszu. Zmarł w czerwcu 2004 roku. Jego śmierć obszernie odnotowała gazetka parafialna.

Kochać kino zanim go nie będzie

Po mniej więcej roku przerwy, Medykiem zajął się Henryk Krajewski i również kochał je całym sercem. Po 46 latach pracy w branży doczekał się 920 złotych emerytury, jak wyznał gorzko w dokumencie „Medyk” w reżyserii Kamila Krukowskiego, który powstał w Katedrze Realizacji Filmowej i Telewizyjnej KUL. Henryk Krajewski opowiada o swoim kinie, jak o pacjencie, któremu przygląda się z niepokojem i czułością i który czeka na diagnozę.

Kolejnemu kierownikowi Medyka przyszło się bowiem zmierzyć z cyfryzacją i multipleksami. Z biegiem lat, w Medyku robiło się coraz puściej i puściej. Zdarzało się, że na seans przyszło kilka osób, czasem jedna. Film był grany i tak. W dokumencie „Medyk” widzimy na przykład panią Hannę, jak rozdaje kilku widzom upominki - pasty do zębów. Kino się nie poddawało, starało się jak mogło podbić serce widza - już niestety coraz odleglejszego.

Waldemar Niedźwiedź: - Henio zaczynał w kinie objazdowym, jeździł po całym województwie i nie tylko. W ostatnich latach prowadził powiatowe kina w Bełżycach, Opatowie, Ożarowie i Lipsku. Najczęściej było tak, że do tych dojazdów dokładał. Znałem jego wyniki i było dobrze, jeśli zwróciło mu się za benzynę.

- To był taki czas, że bardzo wiele kin się zamykało. Wkraczała cyfryzacja, analogowe kopie filmowe były coraz trudniej dostępne, zdarzało się, że jedna kopia filmu musiała wystarczyć na całą Polskę. Coraz ciężej było tworzyć repertuar. W tym filmie widać, że pan Krajewski utrzymuje kino przy życiu swoją ogromną siłą woli. To było dla niego, a także dla pana Szwai, powołanie, a nie biznes - dodaje Maciej Gil.

W 2009 roku odbył się ostatni seans w kinie Kosmos, które działało od lat 60., widzowie obejrzeli wtedy film „Popiełuszko. Wolność jest w nas” Rafała Wieczyńskiego. Rok później Lublin obchodził huczne pożegnanie kina Apollo, którego historia sięgała jeszcze międzywojnia. Na „Rewers” Borysa Lankosza przyszło kilkadziesiąt osób. Niektórzy ukradkiem pochlipywali nad kresem kina, które od wielu miesięcy świeciło pustkami. Medyk umarł natomiast zupełnie po cichu, bez pożegnań i bez relacji w lokalnych mediach, niedługo później - jego szef.

Jeszcze jedna chwila w ciemności
Archiwum Hanny Szwai Z lewej: Michał Masalski i Hanna Szwaja, obok studenci związani z kinem "Medyk"

Ostatni ślad istnienia Medyka przypada na Noc Kultury 2013 roku jako „Kino nocne dla zdrowych i chorych”. Ci, którzy wtedy przyszli, możliwe, że nawet nie wiedząc o tym, że to ostatni raz, obejrzeli „Prostą historię o miłości” Arkadiusza Jakubika.

Kierownik Bajki przyznaje, że multipleksy dały małym, starym kinom porządnie w kość: - Tę konkurencję do tej pory trudno wygrać, ciągle musimy walczyć o widza. W pewnym momencie stanęliśmy przed wyborem: albo cyfryzacja, albo zamykamy kino. Koszt to kilkaset tysięcy złotych. Zbiorowym wysiłkiem załogi, z którą pracuję już od 27 lat, udało nam się to jakoś spłacić. Na szczęście mniej więcej od 2012 roku trend powolutko się odwraca i widzowie wracają do tradycyjnych, jednosalowych kin. Mają już dość popcornu i szukają innego, bardziej ambitnego repertuaru. Szkoda, że Medyk tego nie doczekał.

Kina jak nieistniejący Medyk, Apollo czy wciąż działająca Bajka mają coś, czego multipleksom brak: historię wpisaną w miasto i jego mieszkańców, obsługę, która w tym miejscu pracuje od lat i po seansie zapyta, jak się podobało...

Pytam panią Hannę o jej najpiękniejsze wspomnienie z kina. Chwilę się zastanawia. - Pamiętam taką parę, ona była pacjentką, on ją przynosił do kina na rękach. Musiała ciężko chorować, bo była taka chudziutka, że w jego ramionach wydawała się prawie jak dziecko. Widziałam ich kilka razy, na różnych filmach. Może to był ich ostatni wspólny czas? Nie wiem tego, ale cieszę się, że mogli się w naszym kinie spotkać.

Do tej pory do domu przychodzą życzenia od dawnych widzów. Jeszcze do niedawna zdarzało się, że ktoś dzwonił do pani Hanny zapytać o repertuar. Domowy telefon Szwajów wciąż widnieje na kilku portalach jako telefon do Medyka. Niektórzy nie wiedzą, że kina już nie ma. Po dłuższym namyśle pani Hanna postanowiła tego nie prostować i chociaż w taki sposób pozostawić je przy życiu - tak na pamiątkę.

Sylwia Hejno

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.