Kard. Konrad Krajewski. Robin Hood papieża Franciszka

Czytaj dalej
Katarzyna Kachel

Kard. Konrad Krajewski. Robin Hood papieża Franciszka

Katarzyna Kachel

Nie udziela wywiadów. Mówi: jestem dla biednych, nie dla dziennikarzy. Papież, kiedy wyznaczał mu funkcję jałmużnika, jasno też dał do zrozumienia, gdzie jego miejsce: „Sprzedaj biurko, idź szukaj biednych, chorych i cierpiących. Zjedz z nimi, prześpij się. Nie chcę cię widzieć na uroczystościach kościelnych” - opowiada Krzysztof Tadej, który w książce pt. „Zapach Boga” (wyd. Znak) zebrał modlitwy, kazania i fragmenty rozmów polskiego kardynała Konrada Krajewskiego. Media spekulują, że może być drugim papieżem Polakiem.

„Kiedyś mnie wsadzą” - powiedział kardynał do papieża, gdy wyciął nielegalnie drzewa. Inaczej nie dało się dowieźć kontenerów prysznicowych dla bezdomnych. To niejedyne działanie Polaka na granicy prawa, a nawet poza nim. Czym to usprawiedliwia?
Kardynał Krajewski idzie jasno wytyczoną drogą, która wiedzie do opuszczonych, bezdomnych, pozostawionych samym sobie. To jego cel nadrzędny i by go osiągnąć, nie waha się przekroczyć prawa. Tak jak wtedy, kiedy w dzielnicy, gdzie mieszkają biedni, w budynku, w którym żyło 500 osób, wśród nich kobiety w ciąży i dzieci, zerwał plomby zabezpieczające liczniki i podłączył na nowo prąd. Następnego dnia włoski dziennik „La Reppublica” nazwał go „Robin Hoodem papieża”.

Gdy zobaczył, w jakich żyją warunkach, zadał sobie pytanie: „To ja mam iść do swojego mieszkania, włączyć ciepłą wodę, usiąść w fotelu, wyciągnąć kiełbasę krakowską i oglądać dziennik?”.
I zawrócił. Włączył prąd, zostawił kartkę, a do włoskiego wojewody napisał SMS-a z informacją, że sam tego dokonał, nie był ani pijany, ani pod wpływem narkotyków. Zrobił tak, bo musiał, zgodnie z sumieniem i Ewangelią. Nie dla sławy ani skandalu. Jest bardzo skromną osobą, nie zależy mu, by trafiać na pierwsze strony gazet. Taki rozgłos nie jest mu potrzebny. Chce czynić dobro w ciszy. Wtedy zdarza się wiele pięknych historii - bo piękne historie też dzieją się w ruderach, kanałach, podziemnych przejściach. Tam, gdzie widać największą biedę i nędzę. Tam, gdzie żyją ludzie wykluczeni. Kardynał kilka razy w tygodniu razem z wolontariuszami jeździ na miejskie dworce kolejowe i rozdaje jedzenie. Jedna z sióstr zakonnych, które mu pomagają, powiedziała, że za każdym razem po rozdaniu tej żywności, po kolacji bezdomnych, kardynał bierze szmatę i sprząta. Dla wielu osób w Watykanie jest to szokujące, bo żaden tak ważny hierarcha nigdy czegoś takiego nie robił.

Wszystko, co robił Jezus też wkurzało ludzi - odpowiada tym, którym nie podoba się jego sposób ewangelizacji.
I mówi też, że Ewangelia to nie szwedzki stół, z którego można wybierać sobie to, na co akurat mamy ochotę. Jak słusznie zauważyła podczas promocji książki siostra Małgorzata Chmielewska, zachowanie kardynała jest czymś normalnym i nie powinno nikogo szokować. Bo dlaczego ma dziwić czy bulwersować duchowny, który uprawia „styl Jezusowy”: idzie do więzienia, karmi tych, którzy są głodni, wspiera cierpiących? To jest też trochę tak, że polski kardynał zmienia innych kapłanów. Pokazuje, że można żyć dziś jak Jezus. Nie boi się ich zresztą upominać.

„Wczoraj też dołożyłeś sobie makaronu” - usłyszał choćby arcybiskup Piero Marini.
W taki sposób kardynał Krajewski skomentował jego oburzenie na bezdomnych, którzy podchodzili po dokładkę zupy. Ale chcę opowiedzieć o innej historii. Kiedy książka była już gotowa, kardynał niemal wstrzymał druk, bo chciał koniecznie dołączyć kazanie, które znalazł w swoim komputerze. I choć zwykle mówi bez kartki, tym razem miał notatki. W kazaniu tym przytoczył tę właśnie historię - bezdomnej kobiety z piazza della Citta Leonina. To plac bardzo blisko Watykanu, znajduje się przy nim kamienica, w której mieszka około dziesięciu biskupów, arcybiskupów i kardynałów. Zbliżał się wieczór i nadchodziła burza. Kardynał poprosił portiera, by wpuścił tę ubogą panią do środka. Nie udało się, nie uzyskał zgody wszystkich mieszkańców, portier nie chciał stracić pracy. Brama pozostała zamknięta. Co zrobił kardynał? Łamiąc prawo, podjechał samochodem na ten plac i zaprosił bezdomną, by schroniła się w środku przed burzą. Kobieta rano podziękowała: „Taka nawałnica mogłaby przydarzać mi się codziennie, bo włoski fiat jest bardzo wygodny”. Ale pointa jest inna. Kardynał Krajewski stwierdził w tym kazaniu, że biskupi, arcybiskupi i kardynałowie pewnie chodzą do Bazyliki św. Piotra, żeby przekroczyć tam Bramę Miłosierdzia. A przecież ta brama znajduje się w ich kamienicy… Tak mówi i działa polski kardynał. Posługuje się prostym językiem i równie prostymi przykładami, które wywołują bardzo ważne zmiany, choć przecież nie mówi nic rewolucyjnego. Po prostu przypomina: „Jeśli masz problem, jeśli nie wiesz, co zrobić, zastanów się, co by zrobił Jezus. Wszystkie odpowiedzi znajdziesz w Ewangelii”.

Miłosierdzie bez kombinowania?
Tak jak w przypadku człowieka z Nowego Sącza, który po 40 latach przyszedł się wyspowiadać. Kiedy miał uzyskać rozgrzeszenie, kardynał zadał pytanie: Co by zrobił Jezus? Po chwili zaskoczony mężczyzna usłyszał: „Idź i nie grzesz więcej”. Tylko tyle. Ani słowa krytyki, żadnej pokuty. Był tak zszokowany, że po kilku minutach wrócił do konfesjonału, by zapytać: „A może jednak?”. Kardynał zachęca, byśmy patrzyli oczami Chrystusa, czyli stawiali miłosierdzie przed sprawiedliwością, a nie odwrotnie. My często myślimy: najpierw sprawiedliwość, a potem się zobaczy. Jeśli jednak patrzymy tak jak Jezus, to zmienia się nasza ocena wszystkiego. Drugą ważną rzeczą, którą kardynał podkreśla, jest to, że w momencie kiedy idziemy na mszę i przyjmujemy Chrystusa, stajemy się żywym tabernakulum. I możemy zanieść Jezusa tam, gdzie nie dojdzie żaden ksiądz ani żadna siostra zakonna. To jest wielka odpowiedzialność świeckich. Nie trzeba jechać do Afryki, żeby być misjonarzem. To kwestia wyboru. Albo będziesz żył tak, by cię pytali o Chrystusa, albo będziesz wybierał zło. I jeszcze jedna ciekawa rzecz: Krajewski przypomina, że Jezus mówił: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, nawet ci, którzy dobrze wiecie, że nie dostaniecie rozgrzeszenia”.

Więc po co?
Bo spowiedź zmienia życie. Nie słyszę tego podczas kazań czy w konfesjonale, a pani?

Kardynał Krajewski bardzo przypomina papieża Franciszka. Mam rację?
Tak jak powiedział Szymon Hołownia, papież Franciszek i kardynał Krajewski rozumieją się w pół słowa. Czasami wystarczą im tylko gesty. I jeden, i drugi nie widzą problemu, by ochrzcić dziecko prostytutki. Kardynał Krajewski jest dziś jednym z najbliższych współpracowników papieża. Niemal codziennie go spotyka. To również jeden z najmłodszych kardynałów świata. Robi to, co robił Jorge Bergoglio, dzisiejszy papież, na ulicach Buenos Aires, i to, co sam robił, kiedy nie był jeszcze ani kardynałem, ani arcybiskupem. Już w 2002 roku, będąc w Watykanie, słyszałem: „Jest taki ksiądz, który z własnych pieniędzy kupuje jedzenie i rozdaje bezdomnym”. Pytałem, kim jest ten kapłan. Jednak żaden hierarcha o nim nie słyszał. Spytałem ubogich i bezdomnych przy placu św. Piotra. Oni wiedzieli. To Polak z Łodzi, Konrad Krajewski. Dzisiaj bezdomni mają telefony komórkowe. Dzwonią do kardynała Krajewskiego i w dzień, i w nocy, kiedy policja wyrzuca ich z budynków lub gdy chcą porozmawiać z kimś bliskim. Kardynał działa 24 godziny na dobę, jak pogotowie ratunkowe. Duchowe i materialne.

Ma wrogów?
Słyszałem głosy krytyczne. Nie wszystkim hierarchom podoba się jego styl. Niektórzy mu zazdroszczą, inni przypisują złe intencje. Ktoś powiedział, że czyni to dla sławy. To moim zdaniem bardzo krzywdzące opinie, bo znając kardynała, wiem, że nie zabiega o rozgłos. Co na to kardynał? Robi swoje i nie zwraca uwagi na krytykę. Nie ma czasu. Często dostaje od papieża nowe zadania. Na przykład: pojedź do księdza, który zastanawia się, czy nie porzucić kapłaństwa. I czasami jest to 100 albo 300 kilometrów w jedną stronę. Kiedyś, i to też jest opisane w książce, Krajewski trafił do Florencji, do szpitala, w którym rodzice czekali na wynik skomplikowanej operacji dziecka. Pojechał tam, by z nimi być. Towarzyszyć im. I wtedy padły słowa matki. Mocne: „Basta! Dosyć, Boże, chorób mojego syna! Nie chcemy już tego cierpienia”. I to była najpiękniejsza modlitwa, jaką usłyszał w życiu.

Katarzyna Kachel

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.