Kiedy dziecko jest w domu, a jego mamusia w więzieniu

Czytaj dalej
Fot. 123rf
Katarzyna Janiszewska

Kiedy dziecko jest w domu, a jego mamusia w więzieniu

Katarzyna Janiszewska

Ich historie są podobne. Przemoc w domu, brak oparcia w bliskich. Matki-więźniarki na wolności zostawiły dzieci. Ale nikt ich nie nauczył, jak być dobrym rodzicem. Reporterka „Gazety Krakowskiej” odwiedziła zakład karny w Nowej Hucie, w którym odbywają kary kobiety. Wiele z nich zostawiło na wolności małe dzieci. Jak sobie z tym radzą?

W ciepły lipcowy poranek Julia stanęła pod bramą więzienia. Słońce wspinające się po nieboskłonie było zapowiedzią pięknego letniego dnia. Ulice wypełniały już samochody. Miasto tętniło zwykłym rytmem, nie zważając na to, że Julia właśnie zaczyna swoje nowe życie.

Wyjęła z kieszeni telefon komórkowy i wykręciła numer do córki. Zapytała o szkolne zeszyty, czy Karolina oddała je koledze, coś w tym rodzaju. Ot, błahostka. Taki był plan: odciągnąć myśli 12-latki od tego, co zamierza za chwilę zrobić jej matka. Nacisnęła dzwonek. Strażnik otworzył ciężką, metalową bramę. Gdy drzwi zamykały się za nią, poczuła coś jakby spokój, ulgę. Ogromny ciężar spadł właśnie z jej ramion.

- Miałam już dosyć kłamstw, tego ciągłego oglądania się za siebie - mówi 34-letnia Julia. - Pomyślałam, że albo coś z tym zrobię, albo tak już zostanie do końca życia. Sama stawiłam się do odbycia kary.

Julia

Gdy próbuje sobie przypomnieć, kiedy zeszła nadrogę przestępstwa, to wzasadzie - tak jej się wydaje - była na niej zawsze. W domu był alkohol, przemoc. Miała 15 lat, gdy z niego uciekła. Wpadła wtowarzystwo, wjakie zwykle w takich okolicznościach się wpada. Ojca nie znała, widziała go dwa razy wżyciu. Matka bardziej niż pracy oddawała się swoim pasjom: kwiatom, pisaniu. Nie radziła sobie zopieką nadtrójką dzieci.

- Nie chcę powiedzieć, że zło było w mojej rodzinie od pokoleń, ale trochę tak było - opowiada Julia. - Zamknięty krąg, z którego nie potrafiłam się wydostać. Zdarzało się, że próbowałam wrócić do społeczeństwa. Udawało się tylko na krótko. Nie wiedziałam, jak to zrobić. Kradzieże stały się dla mnie nie tyle źródłem utrzymania, co stylem życia. Były po prostu czymś naturalnym.

Gdy miała 22 lata, urodziła córeczkę.

To mógł być impuls do zmiany. Jednak dla niej dziecko stało się dodatkowym obciążeniem, czuła, że nowa rola ją przytłacza.

- Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że wydając człowieka na świat, to ja go kształtuję - mówi Julia. - A wszystkie moje wybory na nim się odbiją. Nie byłam na to gotowa. Ja sama dopiero dojrzewałam. I nagle musiałam stać się kobietą.

Córeczka miała półtora roku, kiedy sąd zawiesił jej prawa rodzicielskie. Do czasu, aż wyjaśnią się wszystkie sprawy prawne. Ale to się przeciągało.

Karolina mieszkała z babcią. Mamę odwiedzała w weekendy. Na początku, gdy była mała, sądziła, że tak ma być. Ale z czasem zaczęła porównywać: inne dzieci cały czas są z mamą. Więc dlaczego ona nie? - Mówiłam córce, że wyjeżdżam do pracy za granicę. I że jej tata też jest w pracy. Żyła w wyidealizowanym świecie, nieprawdziwym. Okłamywałam ją przez 12 lat. Moja mama też tuszowała rzeczywistość. Tak było prościej.

Ma prawo się złościć

I w końcu, któregoś dnia Julia poczuła, że jest jej już za ciężko. Poszła na terapię. Kiedy zrozumiała samą siebie, zaczęła na nowo układać sobie wszystko wgłowie.

Przestała się okłamywać, że wyrok, który nad nią wisi, uda się w nieskończoność odraczać. Postanowiła, że nie będzie czekać, aż ją złapią. Najpierw siebie musiała z tą myślą oswoić. Później, przez kilka miesięcy, przygotowywała do tego córkę. Dużo na ten temat rozmawiały. To je zbliżyło.

- Nieraz córka robiła mi wyrzuty - przyznaje Julia. - Do dziś robi. Mówiła na przykład: gdybym była dla ciebie ważniejsza, nie robiłabyś tego. Albo: gdybyś była przy mnie, nie musiałabym mieszkać z babcią. Zabolało. Ale ma prawo się na mnie złościć. Boże, co to dziecko musiało przeżywać, jak bardzo ją skrzywdziłam! To poczucie jest najgorsze. I jest też motywujące. Wiem, że obrałam dobry kierunek, tak trzeba, nie wolno się chwiać.

Dzień przed więzieniem do późnego wieczora murowały z siostrą ganek. Całe były umazane w zaprawie murarskiej. Karolina bawiła się nieopodal. W pewnej chwili przybiegła: Mamo, nie idź tam. Rozpłakała się.

- Ja też się popłakałam. Poprzytulałyśmy się. Tłumaczyłam jej, że decyzja jest już podjęta. I że to najlepsze wyjście dla nas obu - wspomina Julia. - Po kilku dniach zadzwoniłam do niej. Miałam przygotowany jakiś kawał, który jej opowiedziałam. Była zaskoczona, że jestem w takim dobrym humorze. Że mogę mieć dietę wegetariańską, że zafarbowałam włosy. Uspokoiła się trochę, że nie dzieje mi się tu krzywda.

Na początku Karolina się buntowała, nie chciała odwiedzać matki. Ale w końcu się przełamała. Widziały się już trzy razy.

- Wiem, żaden w tym sukces przekonać córkę, aby odwiedzała matkę w więzieniu - mówi Julia, która przebywa w Ruszczy pod Krakowem . - Ale nareszcie nie byłam głosem w telefonie, mamą, na którą Karolinka się wkurza, tylko znów tą, którą kocha. Tak było fajnie! Miałyśmy do dyspozycji osobny pokój, mogłyśmy się poprzytulać, posiedzieć na kanapie, córka położyła mi głowę na kolanach. Taka namiastka tego, co było. I co wróci.

Czasem pytają: gdzie ty jesteś, mamo?

Powoli odbudowuje zaufanie u córki. I relacje z własną mamą. Już się nie złości, nie buntuje. Próbuje ją zrozumieć.

- Jak umiała, tak wychowywała - Julia widzi to dziś. - Po prostu nie wiedziała, co jest dla nas dobre. Sama nie miała kolorowego życia. I to przekazała nam. Jako mała dziewczynka przez trzy lata mieszkałam w domu dziecka. Może gdybym tam została, byłabym innym człowiekiem? - zastanawia się.

Żyć normalnie

Julia wyjdzie z więzienia w sierpniu 2018 roku. Nie wie, co zrobią pierwszego dnia. Może gdzieś pójdą? Albo usiądą w jej pokoju na podłodze i będą gadać bez końca?

Wcześniej dużo rzeczy robiły razem. Razem kucharzyły i teraz Karolina potrafi zamarynować kurczaka, upiec ciasto marchewkowe. Razem chodziły na zakupy: po ubrania, szkolną wyprawkę. Lubiły wypady do miasta i piesze wycieczki po górach.

Córka interesuje się wizażem, często malowała mamę. Za którymś razem Julia powiedziała, że pójdzie z takim makijażem do sklepu. Karolinę rozpierała duma.

- Wszystko powoli musimy sobie poukładać - mówi Julia. - Jak wyjdę, Karolinka będzie już w szkole średniej. Ja muszę znaleźć pracę. Do tej pory pracowałam jako sprzedawca, pomoc kuchenna, gosposia. Najdłużej wytrzymałam rok. Czasem uciekałam już po jednym dniu, więc jak znajdę pracę, zamieszkamy razem. Wieczorami ja będę siedzieć w fotelu jak trusia, a Karolina na krześle z nogami na stole. Bo ja jestem ta cicha i spokojna, ona spontaniczna i odważna. Ja jestem porządnicka, ona bałaganiara - ale w naszym nowym domu nic nikomu nie będzie przeszkadzać. Nie musimy na siłę nadrabiać straconego czasu. Będziemy sobie żyć na bieżąco. Normalnie.

I dodaje: chcę, żeby córka wiedziała, że choć mama robiła złe rzeczy, to stawiła temu czoło. To też przykład dla niej, że nie wolno uciekać przed konsekwencjami. Nie wolno krzywdzić i oszukiwać innych, bo później trzeba za to ponieść karę.

Sandra

Rano przed wyjściem Sandra ucałowała roczne bliźniaki. Wcześniej nakarmiła je mlekiem i położyła w łóżeczkach, żeby jeszcze pospały.

4-letni wtedy Vincenzo machał jej przez okno, gdy wsiadała do taksówki. - Niedługo wrócę, kocham was - zawołała.

Dzieci zobaczyła dopiero po roku.

Pamięta tamten dzień, jakby to było wczoraj: środa, 3 listopada 2014, dzień po urodzinach bliźniaków.

To był przypadek. To, że policja ją zobaczyła w tej taksówce. Rozpoznali Sandrę ze zdjęć na listach gończych. Była poszukiwana od roku, prawie nie wychodziła z domu. Teraz nie próbowała uciekać, nie było jak ani gdzie, po co. To koniec. Wyciągnęli ją z samochodu. Dwa dni spędziła na policyjnym dołku. Później trafiła do aresztu.

- Nie wiedziałam, co się stanie z dziećmi, gdzie trafią, czy ktoś się nimi zaopiekuje - te myśli chodziły mi po głowie - wspomina 26-letnia Sandra. - Byłam załamana, bo nie pozwolili mi się z nimi skontaktować. Dopiero po kilku dniach adwokat poinformował mnie, że starszym synem zajęła się teściowa. A młodsze trafiły do placówki. Wcale się nie uspokoiłam. Przeciwnie. Nie mogłam się z tym pogodzić, że rodzina ich nie przygarnęła.

Pani z administracji

Wcześniej. Sandra razem z koleżanką pukają domieszkania. Otwiera starsza, samotna osoba. To nie przypadek. Sandra mówi, że są zadministracji icoś tam trzeba sprawdzić, licznik wody, cokolwiek. Uśmiecha się miło, ma młodą, sympatyczną buzię, budzi zaufanie. Tym bardziej kiedy pojawia się, będąc wciąży, nikt nie posądzi młodej matki ozłe zamiary. Sandra rozmawia zlokatorką, usypia jej czujność. Wtym czasie jej koleżanka okrada mieszkanie. Czasem role się zmieniają.

- Musiałam to robić, byłam do tego zmuszona - twierdzi teraz. - Inaczej nie byłabym w stanie utrzymać rodziny. Czy nie mogłam iść do uczciwej pracy? W środowisku, w którym żyłam, byłabym za to pogardzana. Tam życie niezgodne z prawem jest bardziej doceniane.

Na mamę nie mogła liczyć. Zostawiła ją, gdy Sandra miała 7 miesięcy. Ojciec powtarzał jej, że z nieuczciwego życia chleba się nie naje. Ale była młoda, zbuntowana, nie słuchała go.- Długo się udawało, myślałam, że zawsze tak będzie, że nigdy mnie nie złapią. To były łatwe pieniądze. Jak się już raz je poczuje, trudno z tym zerwać. Co sobie teraz myślę? Czuję, że jestem złą matką. Bardzo często tak czuję.

Podtrzymać więź

Wwięzieniu Sandra się martwi: czy Vincenzo coś dzisiaj zjadł? Bo to taki niejadek. Chleba nie lubi, zup też nie tknie, mięso zje, ale smażone. Nadodatek chorowity. Ma padaczkę iproblemy zmówieniem. Teraz chodzi dologopedy, ćwiczy głos, ale czy robi postępy?

Z bliźniakami nie miała problemów. Dobrze się rozwijały, wesołe, żywe. Co ugotowała, to zjadły.

Wieczorami w celi widzi siebie z tamtych czasów, stojącą przy kuchni, wykończoną, maluchy siedzą na podłodze i bawią się klockami.

- Wtedy to człowiek sobie myślał, że chciałby mieć choć chwilę spokoju - wzdycha. - A teraz, ile ja bym dała, żeby wróciły te hałasy, nieprzespane noce, te pampersy i karmienie.

Dzieci widuje średnio raz w miesiącu. Do tych młodszych jeździ, więzienie organizuje dla niej konwój, żeby mogła je zobaczyć.

- Jak przychodzę, nie opuszczają mnie na krok - opowiada Sandra. - Czytamy sobie bajki, przytulamy się, rozmawiamy. Nad łóżeczkiem mają zawieszone moje zdjęcie. Żeby wiedziały, jak wyglądam. Mają dobrych opiekunów. Uświadamiają im, że mama je bardzo kocha. Codziennie do nich dzwonię. Uspokajają się, gdy słyszą mój głos. Pytają: przyjedziesz tym dużym samochodem? Jak nie, to przyjedź rowerem. Takie z nich małe mądrale!

Ze starszym synem rodzina odwiedza ją w więzieniu.

- Staram się podtrzymywać tę więź za wszelką cenę - mówi Sandra. - Zrobię wszystko, aby dzieci o mnie nie zapomniały, aby je przekonać do siebie, że więcej ich nie skrzywdzę. Kiedy wyjdę, odbiorę je. Bez względu na to, czy będą chciały, czy nie. To ja jestem ich matką. I będę nią do końca życia.

Sandra ma do odsiedzenia jeszcze sześć lat.

Pogodziła się z tym, stara się za bardzo o tym nie myśleć. Powtarza sobie, że nie może się poddawać, bo ma dla kogo żyć. To, że dzieci na nią czekają, jest jej motywacją, one dają jej siłę.

Bez kłamstw

Czasem pytają: gdzie ty jesteś, mamo?

- Na chwilę obecną mówię im, że jadę do pracy - opowiada Sandra. - Są za małe, żeby im to tłumaczyć. Za chwilę pójdą do przedszkola i jakby to wyglądało, jakby się wygadały, że mama jest w więzieniu? Inne dzieci by się z nich śmiały. Ale kiedyś, jak już będą więcej rozumiały, powiem im całą prawdę. Nie chcę, żeby żyły w kłamstwie. Ja całe życie byłam okłamywana, wiem, jak to jest żyć nabuntowanym, w nienawiści. Powiem im, że robiłam źle i musiałam zapłacić za swoje czyny. I żeby one nie szły tą drogą, bo takie życie nie ma sensu. Nie chciałam ich zostawić. Ale stało się, jak się stało. Wierzę, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Może musiałam tu trafić, żeby przejrzeć na oczy, zobaczyć, co jest naprawdę ważne.

I dodaje: Więzienie nie jest najgorsze. Więźniem można być nawet w domu. Najgorsza jest rozłąka z dziećmi. Nie znam ich, nie wiem, co lubią, o jakiej porze kładą się spać. Ominął mnie ich pierwszy krok, to jak zaczynały mówić. Tego nikt mi już nie wróci, nie da się cofnąć czasu. Gdy wyjdę, będę musiała wszystko odbudować. Poznać swoje dzieci, dowiedzieć się, jaki mają charakter. Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczą, że tyle lat mnie przy nich nie było..

Katarzyna Janiszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.