Małgorzata Matuszewska

Krystyna Sienkiewicz: była różowym zjawiskiem...

Krystyna Sienkiewicz Fot. Fot. Bruno Fidrych / Polskapress Krystyna Sienkiewicz
Małgorzata Matuszewska

Grzegorz Ćwiertniewicz jest autorem książki „Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko”, biografii zmarłej 12 lutego znakomitej aktorki i artystki estradowej. Z autorem oraz jego żoną Mariolą Czerwińską-Ćwiertniewicz, przyjaciółmi aktorki, rozmawiamy o jej dobroci, tolerancji, zrozumieniu i pogodzie ducha.

Jak to się stało, że się spotkaliście?

Grzegorz Ćwiertniewicz: Nasze spotkanie było wynikiem mojej fascynacji Krystyną Sienkiewicz. Poznałem ją 18 lat temu w Międzyzdrojach. Byłem pod wrażeniem jej kontaktu z publicznością. I zadziwiony, jak to się dzieje, że osoba, która już nie należała do aktorów młodego pokolenia, porywała młode pokolenie widzów swoim talentem. Zastanawiałem się nad fenomenem tej aktorki.

Na czym polegał?

G.Ć.: Na widowni teatru w Międzyzdrojach był przekrój społeczeństwa, wszyscy, niezależnie od wieku, bawili się jednakowo. Zacząłem poznawać jej filmy i spektakle. I dostrzegać charakterystyczny rys jej aktorstwa, o którym potem zaczęto mówić „komedianctwo liryczne”, choć najpierw nikt tego tak nie nazywał. Zafascynowała mnie tym typem aktorstwa. Sam chciałem zostać aktorem estradowym, jak ona. Była dla mnie doskonałym wzorem do naśladowania. Aktorem jednak nie zostałem, ale miłość do Krystyny Sienkiewicz przetrwała. Postanowiłem, że skoro nie mogę jej spotykać na teatralnych czy estradowych deskach, to poświęcę jej książkę, pisząc biografię. I spróbuję scharakteryzować ten typ aktorstwa, któremu nadałem teoretyczny kształt. Napisałem do Krystyny Sienkiewicz list, wyznałem jej miłość sprzed lat. Bez nadziei, że odpisze. Stało się inaczej: odpowiedziała. Dała mi tym samym zgodę na to, żeby kontaktować się z nią i żeby ta znajomość się rozwijała.

Mariola Czerwińska-Ćwiertniewicz: Powiedz, jak to się stało, że się odważyłeś…

G.Ć.: W sali Radia Wrocław wystąpiła z recitalem „Śmiechoterapia”. Za pazuchę schowałem jej „Haftowane gałgany” i pobiegłem do garderoby. Dostałem autograf, przedstawiłem się, a ona powiedziała, że lubi mężczyzn o imieniu Grześ. To był dla mnie bardzo dobry znak. I napisałem list.

M.C.-Ć.: W tajemnicy przede mną (śmiech).

G.Ć.: Tak, ale tylko dlatego, żeby żona się nie rozczarowała, jak Krystyna nie odpisze. Ale Krystyna - wówczas jeszcze pani Krystyna - odpisała. Na każdym spotkaniu autorskim wspominaliśmy mój sen.

Co się Panu śniło?

G.Ć.: Namiot, dużo dymu, idę ja i nieznajoma postać. W pewnym momencie z dymu wyłania się Krystyna Sienkiewicz. Mówię: „o, Krystyna!”. I ona mówi do mnie: „bardzo cię serdecznie przepraszam, że tak długo nie pisałam, ale jestem szalenie zapracowaną osobą”. I nazajutrz przyszedł list. Zaczynał się słowami: „Szanowny panie Grzesiu, przepraszam, że tyle nie pisałam, ale jestem szalenie zapracowaną osobą”.
Metafizyka sprawiła, że z Krysią się dogadywaliśmy przez te lata przyjaźni. Krysia #stała się częścią naszej rodziny.

A jakie były relacje między Paniami?

M. C.-Ć.: Bardzo, bardzo serdeczne. Krysia była ode mnie dużo starsza, a nie wyczuwałam w ogóle różnicy wieku. Traktowała mnie, jak przyjaciółkę. Nie czułam braku swobody. To była serdeczność.

G.Ć.: I właśnie dlatego, że nigdy nie #odczuwaliśmy różnicy wieku, uważaliśmy, że Krystyna jest nieśmiertelna. Nikt z nas nie spodziewał się, że kiedykolwiek może jej zabraknąć. Dla mnie była bez wieku, wiecznie młoda duchem, walcząca z przeciwnościami.

Co Panią pociągało w Pani Sienkiewicz?

M.C.-Ć.: Przede wszystkim dobroć. Była bardzo dobra, serdeczna. Nie zapomnę, jak mąż po raz pierwszy pokazał mi wywiad z panią Krystyną. Zobaczyłam i powiedziałam: Ależ to jest oschła osoba! Wywiad przeprowadzała bardzo młoda dziennikarka, chyba nie znała twórczości Krystyny Sienkiewicz, oschle ją traktowała, zadawała pytania nie na temat. Krysia ją punktowała: „Wy, młodzi, nie wiecie, kto to był Jan Kott, Leszek Kołakowski”. Przeraziłam się, że będzie mnie tak traktować. Było zupełnie inaczej. Po pierwszym spotkaniu wiedziałam, że nadajemy na tych samych falach.

O czym Panie rozmawiały? Myślę, że to były rozmowy zupełnie zwyczajne…

M.C-Ć.: Tak. Ale oboje z mężem jesteśmy po humanistycznych studiach i mamy podobne zainteresowania. Skończyłam animację społeczno-kulturalną.
Rozmawiałyśmy o filmach, teatrze. I o przetworach. To od niej nauczyłam się robić nalewki z szyszek i pigwy. Uczyła nas miłości do przyrody. Miała swoje miejsca, do których nas zaprowadzała, pokazywała, jak czerpać energię z drzew.

G.Ć.: Ale mówiła też, że młodość nie jest wieczna i trzeba spieszyć się z dziećmi. Uczyła nas życia, takiego prawdziwego. Była bardzo otwartą osobą i otwarcie mówiła też o swoich porażkach. Chyba po to, żeby wyciągać wnioski z tego, co opowiadała. Było bardzo dużo śmiechu, prosiliśmy ją o dowcipy.

Lubiła je opowiadać?

G.Ć.: Odgrywała bardzo często scenki kabaretowe na nasze prośby. Sypała dowcipami, które nam się podobały. To były spotkania towarzyskie, więc były ploteczki, rozmowy takie, jakie prowadzi się w gronie przyjaciół. Bardzo często bywało tak, że, gdy miałem ściśle wyliczony czas i jechałem do niej tylko po to, żeby coś do książki zdobyć, to bardzo często wracałem z niczym. A to naleweczka, a to coś pysznego do jedzenia, a to nagły wypad dokądś. I tak to się często działo.

Byliście potem na ty?

G.Ć.: Tak. Pamiętam, jak powiedziała do mnie: „nie jestem pani Krystyna. Jestem Krysia”. Nie byłem na tyle dojrzały, żeby do niej mówić po imieniu. To było kilka lat temu. Jak już nabrałem pewności, zapytałem, czy podtrzymuje decyzję, że mam mówić po imieniu. Powiedziała: „Ja już to powiedziałam bardzo dawno temu! Jestem Krysią i proszę do mnie mówić Krysiu”. A to nie było łatwe. Przeprowadzałem z nią wywiad dla Dziennika Teatralnego, byliśmy już po #imieniu i nie miałem śmiałości, żeby tak się do niej zwracać.

M.C.-Ć.: Czułeś ogromy respekt, uważałeś, że to się jej należy.

G.Ć.: I szacunek ogromny. Krystyna, pomimo tego, że była naszą serdeczną przyjaciółką, widywaliśmy się bardzo często, nie stwarzała żadnych granic i nie budowała dystansu, to, gdyby…

Gdyby co?

G.Ć.: Gdyby tupnęła nogą, to pewnie pogoniłbym pod stół, daleko. Oczywiście, wszystko zależy od okoliczności. Traktowaliśmy ją z ogromnym szacunkiem, jako wielką aktorkę i człowieka. Bo sobie na to zasłużyła. Ważne, że nigdy nie pouczała, filozofowała, rozważała, ale nie dawała rad. Nie oceniała zachowań. Miała w sobie umiejętność milczenia w sytuacjach, w których wiele osób już tupnęłoby nogą, czy zganiło kogoś za jakieś zachowanie.

M.C.-Ć.: I umiała przebaczać.

G.Ć.: Przebaczać i zapominać. Bardzo często toczyła ze sobą monologi. Miała umiejętność szybkiego powiedzenia: „dobra, nieważne”. Zapominała o sprawie i przechodziła do kolejnej. Bardzo nam kibicowała w wielu sprawach życiowych, zawodowych. Często telefonowała i pytała. Telefonowała z problemami, kiedy potrzebowała podjąć szybką decyzję albo chciała skonfrontować swoje widzenie sprawy z czyimś z zewnątrz. Mówiliśmy, że nie powinna się przejmować. Była do końca osobą sprawną i myślącą. Byliśmy dla siebie wzajemnie wsparciem.

Jakie jej role lubicie?

G.Ć.: Bardzo wiele ról lubimy razem. Ale ja jestem zafascynowany jej etiudą sprzed chyba siedmiu lat pt. „Powrót”. W niej daje całą siebie, to etiuda o niej. Wiem, jakie miała sukcesy, jakie poniosła porażki, znam wiele szczegółów z jej życia. Wiem, co ją bolało w życiu. I to wszystko, co jest ważne, znalazło miejsce w tej 15-minutowej etiudzie. Koniecznie trzeba ją zobaczyć. I ja np. bardzo lubię jej „Lekarstwo na miłość”. I spektakl „Dom kobiet” z nią jako Julią. Jest fenomenalna.

M.C.-Ć.: Zawsze mnie bawi swoim jednym wejściem w „Inspekcji pana Anatola”. To było wspaniałe.

G.Ć.: Ten film stał się później podstawą do zaangażowania jej jako dublerki Giulietty Masiny w filmie „Ions und Erdme”. Jest przez nas uosabiana z bohaterką filmu „Ginger i Fred” Felliniego. To jest Ginger! Oglądając ten film, nie sposób dostrzec podobnego spojrzenia, chaplinowskiego.

Jej wielką pasją były zwierzęta.

G.Ć.: Uratowała dwa pieski: Stefcię i Czarusia, miała chorujące koty. Były zawsze na pierwszym miejscu. Na szczęście miała mnóstwo dobrych znajomych i trafią w dobre ręce. Przecież wciąż się nimi opiekuje, nie traci ich z oczu. Była mądrą filozofką, kobietą doświadczoną w życiu. Miała pedagogiczny dar. Niczego nikomu nie nakazywała, ale z jej wypowiedzi można było wyczytać, co zrobić, żeby było dobrze.

Małgorzata Matuszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.