Krzysztof „Jary” Jaryczewski: Dostałem trzecie życie

Czytaj dalej
Fot. Przemyslaw Swiderski
Anita Czupryn

Krzysztof „Jary” Jaryczewski: Dostałem trzecie życie

Anita Czupryn

Dziś mam inne podejście do życia. Chcę żyć jak najdłużej. Przeszczep wątroby był finałem całego ubiegłego trudnego dla mnie roku - mówi Krzysztof Jaryczewski, muzyk rockowy.

Masz poczucie, że tegoroczna Wielkanoc to też i Twoje zmartwychwstanie?
Dokładnie tak się czuję. Jakbym dostał kolejny kredyt w życiu. Kolejny, bo raz już taki kredyt od losu dostałem.

A przewrotny chochlik, jaki siedzi we mnie, szepcze: „Który to już raz…”
Drugi. To drugi tak poważny zwrot akcji. Pierwszy był w 1998 roku, kiedy wyszedłem z Sobieskiego - Instytutu Psychiatrii i Neurologii, z ośrodka terapii uzależnień, od doktora Bohdana Woronowicza. Przede mną była wtedy długa druga, ale to był początek mojego drugiego życia. Dziś przeżywam trzecie.

Myślałam, że ten pierwszy raz wydarzył się w 1985 roku, kiedy doznałeś paraliżu strun głosowych i zupełnie straciłeś głos.
Nie, nie. Tamta sytuacja, można rzec, była początkiem końca tamtego życia. Mam coraz wyraźniejsze uczucie, że gdyby nie zdarzenie z gardłem i gdybym nie odszedł wtedy z zespołu Oddział Zamknięty, to długo bym nie pożył. To był sygnał, że coś jest nie tak. Dzięki temu dostałem więcej czasu, żeby w ogóle móc zobaczyć, co się ze mną dzieje. To po pierwsze. Po drugie - ów brak obowiązków spowodował, że nie mogłem mieć już żadnych wymówek. Nie mogłem niczego zwalać na to, że uprawiam ciężki zawód, wymyślać różnych innych argumentów, które zwykle stosuje się w ramach racjonalizacji swoich zachowań. Kiedy więc tego typu tłumaczenia odpadły, mogłem w całej jaskrawości ujrzeć, że mam problem. Zwłaszcza z alkoholem, ale nie tylko, bo również z lekami uspokajającymi, psychotropami. W jakimś stopniu też z narkotykami. To był mój podstawowy problem, a gardło było tylko pochodną, czy też skutkiem tego problemu. Wtedy coś zrozumiałem; nawet pomimo tego że później jeszcze przez wiele lat brnąłem w to dalej, dążąc do przysłowiowego dna, to wiedziałem, że coś ze mną jest nie tak. W 1990 roku nagrywałem płytę „Ogniste miecze” w studiu CCS Waltera Chełstowskiego, zrobiłem sobie wtedy dłuższą, paromiesięczną przerwę abstynencji, z nagranym materiałem pojechałem nawet do Opola. Zaliczyłem porażkę, ale to nieważne, bo cała ta sytuacja w konsekwencji pokazała mi jakiś czas później, co jest moim głównym problemem, i że nie są to te wszystkie komplikacje, które sobie wymyślałem po drodze i dorabiałem teorię do faktów.

Jakie komplikacje sobie wymyślałeś?
No, właśnie takie, że jestem…

Artystą!
Właśnie. Że jestem artystą. Że w naszym kraju artystom i nie tylko, ciężko jest funkcjonować. Że to, co się ze mną dzieje, wpisuje się w szerszą rzeczywistość, która jest pokłosiem komunizmu. Że zostałem wychowany tak, a nie inaczej, więc odezwały się pretensje do rodziców, że nie posłali mnie do szkoły muzycznej, a kiedy mogłem już sam do niej iść, to było za późno. Różne rzeczy się dorabia, żeby usprawiedliwić swoje destrukcyjne zachowania. Przybierały one zresztą formę ostrzejszą, ponieważ miałem też próby samobójcze. Trzeba było uzasadnić przed samym sobą te różne własne poczynania. Uzasadniałem więc, że a to wszystko przez żony, albo jeszcze kogoś innego. Każda uzależniona osoba doskonale wie, jak to działa, cały ten system racjonalizacji, usprawiedliwień i zaprzeczeń.

W końcu stycznia tego roku, czyli całkiem niedawno, przeszedłeś przeszczep wątroby. Przeszło Ci przez myśl, że ten przeszczep może się nie przyjąć, że operacja może się nie udać? Przygotowywałeś się do tego?
Oczywiście! Kiedy usłyszałem diagnozę - nowotwór wątroby - a było to jakoś na jesieni ubiegłego roku. Lekarze zastanawiali się, co z tym fantem zrobić, czy operować wątrobę, czy przeszczepiać. Do momentu, zanim zapadła decyzja o przeszczepie, kiedy w końcu stwierdzono, że nie ma sensu tej wątroby po kawałku kroić, bo jest w fatalnym stanie, jest marskość, są zmiany, nie wiadomo, co się z nich w przyszłości wykluje, przeżywałem najtrudniejszy okres mojego życia. Odwiedziłem nawet psychiatrę, żeby mi jakieś lekkie uspokajające leki przepisał, bo nie mogłem spać. Byłem w fatalnym stanie. Nieobecny, owładnięty czarnymi myślami.

Nie myślałeś wtedy, że powinieneś uporządkować swoje życie, napisać testament?
Nie; wiesz, w ZAiKS-ie jest zapisane na kogo przejdą prawa autorskie, a majątku nie mam, wiec nie było co zapisywać. To, co mi się po drodze uzbierało, parę utworów, zapisałem w demo, zarejestrowałem. Moi muzycy z zespołu o tym wiedzą, mają to udostępnione, więc może po mojej śmierci by coś z tego nagrali, ale już beze mnie (śmiech). Jednak gdzieś w głębi siebie czułem, że jeszcze nie przyszedł na mnie czas. Ale ten lęk przed przyszłością, przed tym, jaka ona może być, zwalał z nóg. Szczerze mówiąc myślałem, że jestem trochę bardziej odporny, ale wiadomo, że dopiero trudne sytuacje są testem na to, ile się w sobie ma tej wewnętrznej siły. Okazało się, że u mnie z tą siła nie jest najlepiej.

Tyle wiemy, ile nas sprawdzono.
Dokładnie. Przeżywałem więc trudne momenty, zwłaszcza, że lekarz - profesor Wójcicki, który mnie prowadzi, powiedział mi, że na operację przeszczepu mogę czekać do pół roku, bo jest kolejka, bo musi się znaleźć dawca. Z mojej perspektywy ten czas oczekiwania to była wieczność.

Chyba też samo to czekanie jest okupione myślą, że ktoś musi umrzeć, żebyś Ty mógł żyć?
To też, oczywiście. Różne rzeczy brałem pod uwagę. W takim stanie myśli się gotują, kłębią. Dziś nie pamiętam już szczegółów, ale mówiąc z grubsza, myślałem o tym, że ktoś musi oddać życie, ale również i o tym, że mogę nie doczekać operacji. Co z tego, że teraz pozytywnie przeszedłem kwalifikację i nadaję się do przeszczepu, kiedy za pół roku nie wiadomo, jak to się rozwinie i czy wtedy też będę się kwalifikował do tego zabiegu. Kotłowały się we mnie te wszystkie obawy, lęki, włączyło się toksyczne poczucie winy, że to wszystko zgotowałem sobie niejako na własne życzenie. Prześladowały mnie pytania, co z dziećmi, wprawdzie córka już pełnoletnia, ale Marek, mój syn ma dopiero 14 lat, a ja nie zdążyłem przygotować go do życia. Różne rzeczy mi się wtedy pod kopułą roiły. Nawet to, kto przyjdzie na mój pogrzeb i co mi zagrają.

Wyobrażałeś sobie swój pogrzeb?
Może nie w szczegółach, ale zastanawiałem się, jakby to mogło wyglądać (śmiech). Kto by przyszedł, kto by o mnie pamiętał.

I kto by co powiedział nad trumną?
Nooo… też, ale bardziej, kto by o mnie pamiętał, kto by się moją śmiercią zainteresował.

Okazało się, że Twoim losem zainteresowało się wiele osób, bo przecież muzycy zorganizowali koncert charytatywny „Gramy dla Jarego”, którego dochód przeznaczono na Twoją rehabilitację.
To było miłe zaskoczenie. Poczułem wreszcie więź z gatunkiem ludzkim, bo zawsze byłem nieco wyobcowany. Cała ta sytuacja pokazała mi, że muzycy potrafią się solidaryzować w newralgicznych momentach, robić coś bezinteresownie i że koleżeństwo, czy raczej przyjaźń, coś znaczy. W ostatnich latach sceptycznie na to patrzyłem, zwłaszcza w obliczu tego, co się dzieje w naszym kraju, co się dzieje na świecie.

Muzycy rockowi też się podzielili?
Też. Nie chcę uderzać w patetyczną nutę, ale ta sytuacja, ten koncert pokazał, co się naprawdę liczy, i jak nieistotne są sprawy, jakimi się na co dzień ekscytujemy, przejmujemy; jak to wszystko maleje w obliczu poważnych spraw.

Paweł Kukiz poszedł w politykę, inni artyści ostro komentują polską rzeczywistość.
Ja się w politykę nie mieszam. Zdaję sobie sprawę, że polityka jest w życiu potrzebna, ale coraz bardziej widzę, że to jest teatr, że przeciętni ludzie dają się w ten teatr wciągać, są wykorzystywani, manipulowani. Ja w to nie wchodzę. A miałem propozycje.

Polityczne?
Też. Powiedziałem nie.

Wracając do przeszczepu, to są też przeszczepy rodzinne, jeśli chodzi o transplantacje wątroby. Myślałeś o tym?
Moja córka od razu się zaoferowała. Ale w moim przypadku to akurat nie wchodziło w grę.

Na swoim profilu na Facebooku napisałeś, że modlisz się za osobę, której organ dostałeś.
Modlę się, no tak. Po swojemu, oczywiście, ale myślę o niej z wdzięcznością i jestem zobowiązany. Tę wątrobę też pieszczę, przytulam, mówię do niej: „Nie zostawiaj mnie” (śmiech).

Sama operacja przeszczepu wyniknęła nagle, w sposób nieoczekiwany. Jeden telefon i trzeba było jechać do szpitala?
Tak się stało. Okazało się, że ja ze swoim nowotworem nie mogę jednak zbyt długo czekać, właśnie z tego względu, że, jak mówiłem wcześniej, rak mógł się rozwinąć w taką stronę, że później do przeszczepu przestałbym się nadawać. Na szczęście mam dobrą grupę krwi - AB - więc pasuje mi dawca zarówno z grupą krwi A jak i B. To zapewne spowodowało, że tak szybko się to potoczyło. Nastawiałem się na pół roku czekania, a tu nagle trzeba było od razu podejmować decyzję. Był styczeń, akurat wróciłem z Zakopanego, gdzie pojechałem trochę odreagować. Przyjechałem do Sopotu i bach - telefon: „Proszę przyjechać”. Wsiadłem w pociąg i pojechałem do szpitala. Nad ranem odbył się przeszczep.

Może to i lepiej, że tak szybko. Nie było czasu na myślowe kombinacje.
Też mi się tak wydaje, że bardzo dobrze się stało. Ale wiesz, to nie jest tak, że kiedy zapadła decyzja o przeszczepie, to ja się tak na hura zgodziłem. Miałem duże obawy co do samego przeszczepu, ale też duże wątpliwości, czy to jest akurat ta metoda, którą ja chcę, czy nie lepiej pozostać ze swoją wątrobą, przecież teraz są różne nowe metody leczenia, termoablacje, nano-knife, które mogłoby działanie mojej wątroby przedłużyć. Rozważałem różne opcje, skłaniałem się bardziej ku naturalnym metodom leczenia. Dobrze więc się stało, że nie miałem czasu zbyt długo się nad tym zastanawiać. Bo, może bym zmienił zdanie. Dzięki temu dziś jestem po przeszczepie i kiedy emocje już we mnie opadły i potrafię spojrzeć na to, co się stało, z dystansem, to myślę, że to było najlepsze rozwiązanie. Teraz rozumiem słowa, jakie powiedział profesor Maciej Wójcicki, kiedy zapadła decyzja o przeszczepie.

Jakie to były słowa?
Powiedział: „Mam dla pana bardzo dobrą wiadomość”. Tak zaczął. Po czym powiedział, że kwalifikuję się do przeszczepu. A ja sobie pomyślałem, że chyba ze mnie kpi. No, bo jaka to dobra wiadomość? (śmiech). Teraz wiem, że była dobra. Sam też wiele na ten temat czytałem, rozmawiałem z różnymi ludźmi, w końcu też napatrzyłem się w szpitalu na różne sytuacje. Nie każdy, niestety, kwalifikuje się do przeszczepu. Trzeba mieć zdrową całą resztę, dlatego, że to jest bardzo długa operacja, średnio trwa 9 godzin, pracują dwa zespoły chirurgów, więc organizm musi być naprawdę silny, aby ten zabieg przetrzymać. Kiedy zobaczyłem zdjęcia z operacji, te uniesione hakami żebra, to wyglądało makabrycznie.

Bardzo teraz pragniesz żyć.
Jak każdy. Zaczynam wierzyć, że jeszcze trochę pociągnę (śmiech). Był czas, kiedy ogarniał mnie pesymizm, czego wyrazem były wspomniane próby samobójcze. Dziś mam inne podejście do życia. Chcę żyć jak najdłużej. Przeszczep był finałem całego ubiegłego trudnego dla mnie roku. Wtedy odeszła moja mama, odszedł mój pies, ja sam się przeprowadziłem, wydałem nową płytę, jestem w nowym związku. Dużo się działo emocjonalnie.

Wcześniej Twoje życie sprowadzało się do czterech słów: muzyka, trawa, wódka, zabawa. Czym dziś jest dla Ciebie życie?
Poniekąd tym samym, wprawdzie bez alkoholu i marihuany, ale rdzeń pozostał ten sam. Jest jeszcze coś: coraz częściej zdaję sobie sprawę z tego, że liczy się chwila obecna. Liczy się tu i teraz. To wielka sztuka, żeby nauczyć się żyć chwilą bieżącą. Nie wybiegać w przyszłość, bo to rodzi lęki, nie cofać się, nie siedzieć w historii, bo jej nie zmienimy. Liczy się to, co dzieje się teraz. W obliczu tego, co mnie spotkało, po raz kolejny w życiu, przekonałem się, jakie to jest trudne.

Trudno być obecnym?
Tak jest - być obecnym w bieżącej chwili. A kiedyś ten stan osiągałem dzięki rockandrollowi. Nie przejmowałem się tym, co będzie jutro, nie martwiłem, co było wczoraj. Byłem tu i teraz, tyle że w sposób bardzo destrukcyjny, bo z używkami. To jest ta różnica. Ale na tym głębszym poziomie egzystencji, to myślę, że esencja życia jest taka sama. Jak w piosence Oddziału Zamkniętego z pierwszej płyty: „Chodzisz głodny, zdzierasz buty, masz do przejścia następny róg”. Zmieniło się jedynie podejście.

No tak, dziś twój jedyny kontakt z gandzią ogranicza się do zabaw z kotką, która takie imię właśnie nosi.
Zgadza się. Nawet teraz biega i szaleje.

Słowem, zatoczyłeś koło, przeżyłeś, doświadczyłeś i wróciłeś do tego miejsca w sobie, które kochasz i z którego czerpałeś siłę, ale już jako ktoś zupełnie inny?
Wróciłem mądrzejszy o doświadczenia. Dziś nie mam specjalnych oczekiwań od życia, od partnerki, od nikogo i niczego. Przyjmuję to, co jest i cieszę się z tego, co przychodzi. Dążę do celów, ale zakładam wyników. Najważniejsze, że zrobiłem co w mojej mocy. W związku z tym nie mam też rozczarowań.

To fajny stan, kiedy się nie ma oczekiwań. Ale czy jest w Tobie chęć dawania coś z siebie światu, ludziom, miejscu, w jakim żyjesz?
A, to oczywiste. Znalazłem fundację pomagającą ludziom z rakiem wątroby, chciałbym się zaangażować, może mnie jakoś wykorzystają. Zawsze jestem na zawołanie, jeśli chodzi o środowiska abstynenckie, proszą mnie nieraz o spotkania z młodzieżą, pogadanki, rozmowy. Robię to, traktując jako spłatę tego pierwszego kredytu, o jakim wspomniałem na początku naszej rozmowy, a teraz myślę i o tym, jak spłacić ten drugi kredyt.

Czujesz się w końcu dojrzałym facetem?
Hmm… Parę dni temu rozmawiałem z córką i stwierdziłem, że zacząłem dojrzewać dopiero po pięćdziesiątce. Coś chyba jest na rzeczy, nawet jeśli momentami zachowuję się jak chłopak. Z tym że zastanawiam się, czy ja bym chciał to swoje wewnętrzne dziecko unicestwić tak do końca? Czy to nie ma w sobie uroku, świeżości? Czasem przeszkadza, ale czasem jest potrzebne, żeby nie zgubić tego wigoru, świeżości w patrzeniu na rzeczywistość, w podejściu do tego, co nas spotyka.

Twoja córka poszła w Twoje ślady. Wychodzisz do niej z pozycji mentora, udzielając dobrych rad, czy po prostu obserwujesz z radością, jak się muzycznie rozwija?
Czasami coś próbuję powiedzieć, choć spotyka się to z ostrym oporem, bo przecież osiemnastolatka jest istotą wszechwiedzącą (śmiech).

Wiadomo. Ty nie byłeś?
Byłem, byłem. Ale cieszę się, że Maja fajnie daje sobie radę. Przez długie lata koncentrowała się na fortepianie, skończyła szkołę muzyczną I i II stopnia, teraz zaczyna śpiewać, grać trochę na gitarze.

Łączy wszystko to, co było w Twoim domu: babcia grała na fortepianie, mama śpiewała w chórze, a tata i bracia grali na gitarach.
Całkowicie. Natomiast syn poszedł w zupełnie inną stronę. Dla niego liczy się piłka nożna, koniec, kropka. Czternastolatek i jest w kadrze województwa lubuskiego.

Słyszę, jak przez te słowa przebija duma ojca.
No tak. Oczywiście kupiłem mu instrument parę lat temu. Wziął jakieś lekcje, pobrzdąkał, ale nic z tego nie wyszło. Powiedział: „Tato, może jak ty byś mnie uczył, to może bym i chciał. A tak, to nie chcę”. Nie jestem pedagogiem. Do tego trzeba mieć powołanie...

Jak dzisiaj reagujesz, kiedy słyszysz od kogoś, że byłeś idolem jego młodości? Ma to dla Ciebie znaczenie?
Przyjmuję to, ale się nie przywiązuję. Traktuje to informacyjnie. Nie mam emocjonalnego stosunku do takich słów. Kiedyś zaprzeczałem. Mówiłem: „Oj tam, nie przesadzaj” (śmiech). Prawdę mówiąc, zawsze miałem z tym kłopot. Z tą, nazwijmy ją rozpoznawalnością, czy też sławą. Ponieważ zawsze traktowałem siebie jako chłopaka z bloków z Mokotowa. Kiedy słyszałem komplementy, nie potrafiłem się odnaleźć, traktowałem je trochę tak, jakby nie były kierowane do mnie. A teraz - OK, akceptuję, ale się nie ekscytuję.

Nie ma w Tobie odrobiny żalu, że dziś nie ma już takich czasów, kiedy fani musieli walczyć, by kupić płytę Oddziału Zamkniętego, leciały szyby w oknach, a policja musiała ich pacyfikować?
Nie ma. Każdy czas, każda epoka ma swoje plusy i minusy. Teraz jest inny czas. Mam za to więcej doświadczenia, więcej spokoju. Taka jest kolej rzeczy. W ogóle, poprzez swoje różne doświadczenia i pracę nad sobą, mam coraz więcej akceptacji dla tego, co się dzieje wokół mnie. Oczywiście, dramatyczne zdarzenia, czy takie informacje, jak o chorobie, trudno w pierwszej chwili zaakceptować, ale im więcej tej akceptacji mam, tym bardziej czuję się wolny. Godzę się na wiele. Pogodziłem się z przeszłością, przepracowałem ją. Godzę się z tym, co mnie otacza, choć nie zawsze mam zgodę na różne ludzkie zachowania, czy to na ulicy, czy w polityce. Ale to nie przekłada się na konkretne osoby, potrafię to oddzielić. Łatwiej jest mi zaakceptować ludzi, jeśli nie łączę ich z ich zachowaniami. Człowiek w sumie ma dwa wyjścia - albo taką relację uciąć, albo zaakceptować, że ten ktoś tak już ma. Podobnie jest z innymi rzeczami, które mnie dotykają.

Czyli wcieliłeś w rzeczywistość słowa swojej piosenki: „Nie żałuj nic, wyobraź sobie, że to był tylko sen”?
Można tak powiedzieć. Widzisz, już wtedy, kiedy to pisałem, nie byłem taki głupi (śmiech).

Niektórzy zarzucają Ci, że w czasie walki z komuną, Oddział Zamknięty propagował rockandrollowy styl życia i zabawy. Ciekawe, że szły za Wami tabuny fanów. Jak myślisz, co ich pociągało?
Utożsamiali się z tekstami, z zachowaniem. Ubieraliśmy się kolorowo, dawaliśmy namiastkę zachodu; zdaję sobie sprawę, że trasa koncertowa, wolne życie, narkotyki, beztroska w otaczającej siermiężnej ówczesnej rzeczywistości było czymś bardzo atrakcyjnym. Miałem świadomość, że może nie postępuję całkiem OK wobec tych młodych ludzi, którzy przychodzili na nasze koncerty i widzieli, jak z flaszką biegałem po scenie, albo chodziłem na czworaka. Miałem poczucie winy. Z tego względu zacząłem prowadzić dla młodzieży programy profilaktyczne, udzielam się w różnego rodzaju akcjach, które propagują trzeźwy, zdrowy styl życia, chcąc odwrócić kartę. Ale nie mówię nikomu, jak ma żyć. Najlepszą metodą jest pokazywanie własnej postawy.

Jak jest dzisiaj z Twoim podejściem do śmierci. Oswoiłeś ją, czy się jej boisz?
Jeszcze nie akceptuję myśli, że mógłbym umrzeć. Rozumiem ten porządek rzeczy, to, że każdy z nas musi kiedyś odejść, że gdzieś dusza wędruje, albo nie wędruje. To jasne. Ale sam jeszcze mówię śmierci: „nie”. To na pewno temat, który jest przede mną, jeśli chodzi o aprobatę.

A gdybyś mógł się odrodzić, to jako kto?
Patrzę na tę naszą Gandzię i myślę sobie - ona nie ma żadnych problemów. Wychodzi, gdzie chce, robi, co chce. Wczoraj zrzuciła talerz i nikt jej nic nie powiedział. Może więc - jako kot?

Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.