Kto kogo upoluje? Zaczął się spór o myśliwych

Czytaj dalej
Fot. arch. gazetawroclawska.pl
Marcin Kaźmierczak

Kto kogo upoluje? Zaczął się spór o myśliwych

Marcin Kaźmierczak

Jedni i drudzy uważają się za strażników przyrody. Mowa o myśliwych i przeciwnikach polowań. Konflikt między nimi nasila się. Rozwiązania jednak nie widać, bo to spór o wartości, a takie zazwyczaj są nierozwiązywalne.

Nagonka przy dźwiękach rogów i ujadających psów, kilkadziesiąt martwych zwierząt ułożonych w rytualnym pokocie. Wszystko to w atmosferze zabawy i towarzyskiego spotkania, a przy okazji walki o zrównoważoną gospodarkę leśną - tak polowanie widzą myśliwi. Dla przeciwników, którzy coraz głośniej wyrażają swoje zdanie, to bestialskie mordowanie zwierząt, a także zagrożenie bezpieczeństwa innych osób korzystających z uroków polskich lasów.

O tym jak mocno polowanie zakorzeniło się w polskiej tradycji niech świadczy fakt, że dokładny opis tego wydarzenia znalazł się m.in. na kartach polskiej epopei narodowej - „Pana Tadeusza”: „Nie było rady! Wszyscy pomimo zakazu / W las pobiegli. Trzy strzelby huknęły od razu; / Potem wciąż kanonada, aż głośniej nad strzały / Ryknął niedźwiedź i echem napełnił las cały. / Ryk okropny, boleści, wściekłości, rozpaczy; / Za nim wrzask psów, krzyk strzelców, trąby dojeżdżaczy / Grzmiały ze środka puszczy”.

Tak polowanie widział Adam Mickiewicz. I rzeczywiście, w dawnej Polsce życie społeczne koncentrowało się w dworach szlacheckich, a polowania były jego nieodłącznym elementem. Tradycja przetrwała do dziś. Kultywuje ją ok. 120 tysięcy myśliwych, z czego w okręgu wrocławskim obejmującym byłe woj. wrocławskie zrzeszonych w 80 kołach łowieckich jest ich ok. 3800. Organizacje przyrodnicze chcą, by nie było ich wcale i apelują o wprowadzenie zakazu polowań zbiorowych, które w sposób znaczący zakłócają równowagę całej przyrody ożywionej na dużych obszarach.

- Myśliwi wmawiają nam, że są obrońcami przyrody i regulują zachwianą równowagę w przyrodzie poprzez odstrzał nadmiaru zwierząt leśnych. Z drugiej jednak strony sztucznie je dokarmiają jedynie po to, żeby tak naprawdę wyprodukować sobie surowiec do zabawy, czyli silne zwierzęta, które podczas polowań mogą odstrzelić - twierdzi Jacek Bożek, założyciel i prezes ekologicznego Klubu Gaja. - Przyroda sama potrafi poradzić sobie ze słabszymi osobnikami, a tak przez dokarmianie mogą swoje słabe geny przekazywać dalej. Trzeba jednak oprzeć się na wiedzy a nie na przypuszczeniach i tradycji. Kiedyś przecież tradycją było palenie czarownic, a do tego chyba nie chcemy wrócić - kontynuuje.

Nie zgadza się z tym Roman Rycombel, wrocławski łowczy okręgowy.

- Postrzega się nas jako niebezpiecznych ludzi z bronią, a nie zauważa się, że dbamy o racjonalne gospodarowanie populacjami poszczególnych gatunków a przez to całym środowiskiem. To, że nadal mamy w polskich lasach tyle zwierząt jest właśnie nasza zasługą regulacji populacji zwierzyny płowej, czyli saren, jeleni, dzików czy jenotów. Owszem, to też jest hobby i nie ukrywamy tego, ale nie zmienia to faktu, że zależy nam, aby zwierzyny było jak najwięcej, ale największą korzyść odnosi na tym środowisko - podkreśla. - Dlaczego nikt nie mówi dzisiaj, że to dzięki myśliwym rozrosła się populacja bobrów. Wszystko przez rezygnację z odstrzałów i akcje przesiedlania. Teraz strzelamy do bobrów jedynie na prośbę Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, ponieważ są one szkodnikami, które niszczą nadodrzańskie dęby i buki - kontynuuje.

Ekolodzy twierdzą, że gospodarkę łowiecką wcale nie muszą prowadzić ludzie. Mogą je zastąpić… wilki.

- Pokazują to badania przeprowadzone w Stanach Zjednoczonych. Tam gdzie jest wilk, przyroda szybciej wraca do pierwotnej postaci, ponieważ te zwierzęta w naturalny sposób, aby przetrwać zjadają zwierzynę płową, a w Polsce o mało wilka sami nie wytępiliśmy. Na szczęście powoli sytuacja wraca do normy - mówi Bożek.

Co na to myśliwi?

- Wilk boi się człowieka, ponieważ rzeczywiście od średniowiecza był przez niego tępiony, bo był dla zagrożeniem. Wilki atakowały gospodarstwa, zjadały inwentarz. Jeśli pozwolimy rozwijać się wilkom bez jakiejkolwiek kontroli, to nie dość, że zje całą zwierzynę leśną, później wszystkie psy we wsiach, to wreszcie dobierze się do zwierząt gospodarskich, a ostatecznie usłyszymy o zagryzieniu jakiegoś dziecka czy spacerowicza. Wilk, zbliżając się do człowieka, coraz bardziej będzie tracił strach przed nim - ripostuje Roman Rycombel. - Wtedy zacznie się larum, gdzie są myśliwi, dlatego już teraz w miejscach, gdzie populacja wilka jest duża, można by zacząć ją regulować i przeznaczać część z nich do odstrzału, co na pewno pozytywnie wpłynęłoby na całe środowisko - dodaje.

Łowiectwo to w wielu polskich rodzinach tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie. W polowaniach, najczęściej jako naganiacze uczestniczą już nawet kilkuletnie dzieci. W październiku 2015 r. głośna była sprawa pikniku zorganizowanego przez myśliwych w Żaganiu, podczas którego wśród straganów z dziczyzną, pokazów sokolników i popisów psów myśliwskich znalazło się miejsce na pokot - rytualne zwieńczenie polowania polegające na ułożeniu w równych rzędach zabitych zwierząt. Na wątpliwą atrakcję, którą były zakrwawione ciała zwierząt i to w samym sercu miasta patrzyła rzesza dzieci, ponieważ piknik reklamowany był jako rodzinny.

- O takich sytuacjach nie powinniśmy nawet rozmawiać, bo to skandal, że coś takiego dzieje się w XXI wieku - zauważa Jacek Bożek. - Chcielibyśmy, żeby polowania nie odbywały się w obecności dzieci. Tradycje nie mieszczące się w nowoczesnym świecie powinny upaść. Polowania propagują barbarzyńskie podejście do przyrody, a uczenie dzieci zabijania dla przyjemności jest niedopuszczalne. Powinniśmy raczej uczyć je współodczuwania i traktowania zwierząt jako osobnych indywiduów. Skoro potrafimy tak traktować koty i psy, to dlaczego nie dotyczy to pozostałych zwierząt, które tak samo odczuwają ból, cierpienie i strach - zastanawia się.

Przeciwnikom polowań nie podoba się także tzw. łowiectwo dewizowe, a więc odstrzał zwierząt w polskich lasach przez myśliwych z zagranicy. Odstrzał wyłącznie dla rozrywki, w tym także gatunków, których populacja jest bardzo mała, jak choćby żubra. Trudno jednak zrezygnować z procederu, który przynosi polskim kołom łowieckim sowite zyski.

- My te pieniądze przeznaczamy później na rozwój populacji danego gatunku, m.in. na dokarmianie, więc nawet jeśli myśliwi w ciągu roku ustrzelą kilka żubrów, to dzięki pozyskanym środkom rozwój mają zapewniony pozostałe - mówi Rycombel.

Swój pomysł na pozyskiwanie pieniędzy przez koła łowieckie mają ekolodzy.

- Jeżeli argumentem mają być jedynie pieniądze wpłacane przez bogatego obcokrajowca, to pamiętajmy, że to są dochody oparte na krwi i cierpieniu zwierząt. Poza tym, któremu myśliwemu zależałoby przeznaczać pieniądze na odstrzelenie słabych jednostek. Im zależy na najbardziej wartościowych osobnikach, z których mogą pozyskać okazałe trofea - twierdzi Bożek. - W cywilizowanych europejskich krajach, choćby w Wielkiej Brytanii czy Hiszpanii leśnicy czerpią korzyści z dewiz wpłacanych za podglądanie dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku. Dlaczego nie przenieść tych wzorców do Polski? Myśliwskiemu lobby po prostu na tym nie zależy - zaznacza.

W ostatnich miesiącach znaczenia nabrał problem polowań w… mieście. Zmagają się z nim mieszkańcy peryferyjnych wrocławskich osiedli, m.in. Wojnowa i Strachocina. W związku z tym przedstawiciele partii Razem i Zielonych rozpoczęli zbiórkę podpisów pod petycją w sprawie usunięcia obwodów łowieckich poza administracyjne granice Wrocławia. Skierują ją do Sejmiku Województwa, który ustanawia granice obwodów łowieckich.

Jednym z powodów rozpoczęcia zbiórki podpisów są incydenty, które miały miejsce w ostatnich miesiącach podczas polowań we Wrocławiu.

- W listopadzie ubiegłego roku kilku mieszkańców Strachocina znalazło się w samym środku polowania na dziki. Więcej szczęścia mieli 12 lutego mieszkańcy Wojnowa, którzy zostali poinformowani przez zarząd osiedla o planowanym polowaniu na bażanty w pobliżu ich domów. Nie zgadzamy się na taką samowolę myśliwych w mieści - mówi Magdalena Tuła z partii Razem.

Polowanie razem z mieszkańcami zablokowali członkowie grupy Wrocławianie Przeciw Myśliwym.

- Protestujemy przeciwko samej idei polowań, a nie tylko polowaniom w mieście. Na Wojnowie protestowaliśmy przeciwko strzelaniu do bażantów, które są absurdem. Nie uważamy, żeby polowania odbywające się poza miastem były lepsze i bardziej uzasadnione - podkreśla Natalia Buchowiec z grupy Wrocławianie Przeciw Myśliwym. - Będziemy protestować, aż myśliwi nie znikną z polskich lasów. Po prostu nie podoba nam się, że po lasach biegają uzbrojeni sadyści - dodaje.

Partia Razem i Zieloni nie zgadzają się także z projektem nowelizacji ustawy łowieckiej, który we wrześniu ubiegłego roku zaakceptował rząd.

- Wynika z niego, że osoby, które przypadkowo znajdą się na terenach, na których prowadzone jest polowanie, mogą zostać ukarane grzywną, a przecież z drugiej strony myśliwi nie mają obowiązku informowania o polowaniach - informuje Małgorzata Tracz z partii Zieloni.

Myśliwi uspokajają, ale czy kogoś przekonają?

- Polujemy jedynie wtedy, gdy zwierzyna jest aktywna, a więc o świcie i wczesnym ranku i późnym wieczorem, a więc także wtedy, gdy najtrudniej natknąć się na człowieka i stworzyć zagrożenie. Oprócz okresu zimowego, człowiek ma niewielkie szanse, żeby natknąć się w lesie na myśliwego. Poza tym po to także są ambony, żeby kula leciała z góry w dół - wyjaśnia Roman Rycombel. - Istnieje więc niewielkie ryzyko wypadku z udziałem myśliwych. W ciągu ostatni lat mieliśmy ich zaledwie kilka. Zazwyczaj to kuriozalne wypadki, jak choćby postrzelenie w ubiegłym roku w wielkopolskich Mirkowicach rowerzysty. Poza tym myśliwi nie polują na ścieżkach rowerowych i leśnych duktach, a w ostępach leśnych czy w pobliżu pól, czyli tam gdzie zwierzyna szuka pokarmu. Co roku przechodzimy także obowiązkowe szkolenie z użycia broni - dodaje.

Niepokój ekologów budzą także inne zapisy nowelizowanej ustawy. Mówią one także, że plany łowieckie będzie mógł zaskarżać wyłącznie Polski Związek Łowiecki, co sprawi że ani samorządy, ani osoby prywatne nie będą miały już możliwości odwołania się od tych decyzji.

- W konsekwencji uniemożliwi to jakiekolwiek zapobieganie polowanie na terenie miasta - twierdzi Tracz. - Właśnie dlatego żądamy wyprowadzenia obwodów łowieckich z Wrocławia, tak aby ludzie mogli bezpiecznie korzystać z terenów rekreacyjnych, w pobliżu których mieszkają - dodaje.

Co na to sami myśliwi?

- Usunięcie obwodów z miasta zmieni tylko tyle, że to mieszkańcy zapłacą za odławianie dzikich zwierząt - twierdzi Roman Rycombel. - Nawet jeśli okręgi łowieckie zostaną usunięte poza granice administracyjne Wrocławia, w dalszym ciągu pozostanie problem gospodarki łowieckiej na terenie miasta. Taki zapis nie zmieni przecież problemów z dziką zwierzyną w okolicy Świniar, Wojnowa czy Leśnicy. Miasto i tak będzie musiało prowadzić gospodarkę łowiecką, a więc odławianie i odstrzał niszczących uprawy i zagrażających ludziom dzików, ale już nie poprzez społecznie działających myśliwych z kół łowieckich, tylko przez działające komercyjnie firmy. Ich pracownicy nie będą bawić się w usypianie dzików za pomocą strzelby palmera, tylko po prostu będą je zabijać. Poza tym, jeżeli przekażemy obwody łowieckie w prywatne ręce w ramach przetargów, to pojawi się zagraniczny kapitał, który je przejmie. Zagranicznym myśliwym będzie zależało na jak najszybszym wystrzeleniu zwierząt. Tak stało się m.in. w Czechach, gdzie zastosowano takie rozwiązanie - dodaje.

Aktywiści partii Razem i Zielonych mają swój pomysł na rozwiązanie tej kwestii.

- W przypadku dzików, które zapuszczają się bliżej centrum, wystarczyłyby interwencje powiatowego lekarza weterynarii, który posiada odpowiednie kompetencje, a mógłby być wspomagany przez strażników miejskich. Poza tym uważamy, że bardziej pożyteczne z punktu widzenia mieszkańców i ochrony zwierząt byłoby również powołanie miejskiego ornitologa, który dbałby, aby podczas ocieplania budynków nie były zamurowywane gniazda - wyjaśnia Robert Maślak z partii Razem.

Partia Razem domaga się także od Jana Szyszki, ministra środowiska, skreślenia z listy zwierząt łownych wszystkich ptaków, delegalizacji polowań zbiorowych, całkowitego zakazu dokarmiania zwierzyny łownej, udziału osób niepełnoletnich w polowaniach oraz przeprowadzania polowań co najmniej 500 metrów od zabudowań mieszkalnych.

Od ubiegłego roku w polskim prawie funkcjonuje przepis pozwalający wyłączyć z obwodu łowieckiego prywatną działkę. Z tego rozwiązania zaczyna korzystać coraz więcej Polaków. Od tygodnia kampanię informacyjną w tej sprawie prowadzi Ośrodek Działań Ekologicznych „Źródła”.

- Jesteśmy zaskoczeni odzewem i zainteresowaniem Polaków. Spodziewaliśmy się przede wszystkim osób z miast. Zaskakujące jest także to, że otrzymujemy wiele pytań od rolników, a więc osób, którym zdaniem myśliwych odstrzały zwierząt pomagają. Okazuje się, że ten argument jest kłamliwy. Rolnicy mają pretensje do myśliwych, zwłaszcza o trudności w egzekwowaniu odszkodowań za straty. Koła łowieckie robią po prostu wszystko, żeby nie płacić - mówi Krzysztof Wychowałek ze „Źrodła”.

Co jednak w sytuacji, gdy zwierzyna dokona szkód na działce wyłączonej z obwodu łowieckiego? Tak jak do tej pory odszkodowania będzie wypłacało nie koło łowieckie, a urząd marszałkowski.

W sporze pomiędzy myśliwymi a przeciwnikami polowań nie chodzi jednak o pieniądze. Wszystko rozbija się o empatię i podejście do zwierząt. Sprawia to, że sposób rozwiązania tego konfliktu jeszcze długo nie pojawi się na horyzoncie, ponieważ i jedni, i drudzy widzą siebie jako jedynych słusznych obrońców środowiska.

Marcin Kaźmierczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.