Kujawiaczek między rzekami. Historia rodu Krahelskich

Czytaj dalej
Fot. Zbiory archiwalne
Aleksandra Zińczuk

Kujawiaczek między rzekami. Historia rodu Krahelskich

Aleksandra Zińczuk

Kiedy w 1948 r. Pablo Picasso odwiedził Warszawę, narysował graffiti z jej podobizną na jednym z bloków, wywołując zgorszenie wśród poniektórych mieszkanek. Hiszpański malarz sportretował Krysię, jej ciotkę Halinę rysował Witkacy, a potem... Przyznajcie, któż z nas nie ma z nią zdjęcia ze stolicy?

Krystyna Krahelska urodziła się na Nowogródczyźnie 1914 r. w Mazurkach nad rzeką Szczarą, ukochała wędrówki brzegiem Bugu, a dziś pomnik, do którego pozowała Ludwice Nitschowej, stoi nad Wisłą. Tak się składa, że „warszawska syrenka” to w jednej osobie sanitariuszka, etnografka, autorka popularnych piosenek tj. „Hej, chłopcy, bagnet na broń!”. Jej „Kujawiaczek konspiracyjny” powstał w trzecim roku wojny podczas pobytu w Puławach. Ale zanim zadomowiła się na Lubelszczyźnie i prowadziła rozległą działalność konspiracyjną, dorastała w międzywojniu po drugiej stronie Bugu. Jej ojciec był w Brześciu wojewodą, ona kończyła tamtejsze gimnazjum i rozpoczynała przygodę z harcerstwem w Tomaszówce koło Włodawy. W 1939 r. wstąpiła do Związku Walki Zbrojnej. Została trzykrotnie postrzelona przez niemieckiego snajpera w pierwszym dniu Powstania Warszawskiego i następnego dnia zmarła.

Krążyła (jak dotąd nieobalona) legenda, że jej przodkowie wywodzili się z rodziny Tadeusza Kościuszki - uwielbianego przez Amerykanów, lecz nie przez ojca pewnej panny, poczęstowanego pod Włodawą czarną polewką. Członkowie jej rodziny walczyli w Powstaniu Styczniowym, za co doczekali się zsyłki na Sybir. Z Krysi również był wdzięczny hajduczek, który jednak nie dotańcował się kujawiaczkiem wesela z ukochanym. Narzeczony Krahelskiej, ożeniwszy się z inną w Anglii, długo bał się do tego przyznać i zwodził naszą bohaterkę.

Historia rodu Krahelskich mogłyby posłużyć na wielowątkową sagę. Druga jej ciotka Wanda walczyła o prawa kobiet, była współtwórczynią „Żegoty” i brała udział w zamachu na namiestnika carskiego. Z kolei u wujostwa Krahelskich na Śląsku pracownię artystyczną urządził sobie zaprzyjaźniony Witkacy. Więcej na ten temat można przekartkować w reportażu „Krahelska. Krahelskie”, wydanym zeszłego roku w uznanym wydawnictwie, jednak niewyspecjalizowanym w debiutach.

Krahelską najpełniej opisała do tej pory Marzena Grochowska, u której odnotowałam znakomity smaczek, że Krystyna w czasie konspiracji utrzymywała najpewniej kontakty z samym Henrykiem Józewskim. Wysoce prawdopodobne, co można wnioskować z koneksji tego towarzystwa z Marią Dąbrowską, czy dzięki pełnionej przez ojca funkcji administracyjnej oraz tradycjom piłsudczykowskim rodziny. Nota bene i Piłsudscy byli spokrewnieni z Witkiewiczami (co nie przeszkadzało Witkacemu traktować Marszałka z drwiną). Na saperki Krahelskiej! Dajcie mi trochę czasu, a dotrę do powinowactw Krahelskich z Kościuszkami.

Niespiesznym a wdzięcznym kujawiaczkiem poruszała się w życiu wewnętrznym. Ale w tym konspiracyjnym tylko brawurowym mazurkiem lub obertasem. Od zawsze śpiewała, lubiła być blisko przyrody, z dala od miejskiego zgiełku. Zbierała pieśni po wsiach, pisała swoje i występowała publicznie, goszcząc w rozgłośniach radiowych w Baranowiczach, Warszawie i na słynnych wileńskich wieczorach literackich. Te ostatnie odnotowała Dąbrowska w swoich „Dziennikach”: „Krysia śpiewała jak syrena”.

To wszystko ma znaczenie dla mieszkańców Włodawy, gdzie powstała jej ławeczka (m.in. z inicjatywy Krystyny Sobańskiej-Stępień i Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Włodawskiej). Na dniach obok ławeczki zostanie wmontowana pamiątkowa tablica. Dokładnie na skwerku w pobliżu Włodawskiego Domu Kultury, gdzie Janusz Kalinowski stworzył przestrzeń do ekspresji kultury tradycyjnej. A jeszcze precyzyjniej, w miejscu, gdzie w czasie okupacji, w drewnianym domu Janiny Siedelnikówny spotykały się na pięterku włodawskie dziewczęta, ucząc się z Krahelską śpiewu i służby sanitariuszki.

Studia etnograficzne skończyła na Uniwersytecie Warszawskim. Stale była w drodze, zmieniając często miejsce zamieszkania. Pracując w Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego w Puławach jednocześnie pełniła funkcję kurierki. Przyjeżdżała często do Warszawy, brała udział w konspiracyjnych spotkaniach, dostarczając amunicję. Z powodu trudnej sytuacji materialnej Krahelscy przyjechali z Puław do Pieszowoli, znajdując gościnę u zaprzyjaźnionej rodziny Krassowskich. Pewnego razu na dom napadli bandyci. W wyniku dotkliwego pobicia, ojca trzeba było przenieść do szpitala we Włodawie, gdzie córka opiekowała się nazywanym przez siebie pieszczotliwie „tatką”. Zamieszkały z matką najpierw przy Placu Musztry 19 (dzisiejsza al. Jana Pawła II), a następnie namiastkę prawdziwego domu, jak wspomina sama poetka, znalazły przy ulicy Furmańskiej. Krahelska współpracowała w lasach włodawskich z organizacjami AK, nocami udzielała pomocy rannym partyzantom oraz Żydom zbiegłym z obozu Zagłady w Sobiborze. We wspomnieniach Reginy Jachimczuk podczas spacerów nad Bugiem śpiewała też melodie białoruskie i ukraińskie. Poetka nie miała stałego miejsca zamieszkania, ale okolice Polesia i Włodawy były jej wyjątkowo bliskie, o czym świadczą jej listy: „Atmosfera Włodawy, życzliwa i ciepła, chór i moje dzieci zaczęły wracać tradycyjny „słoneczny uśmiech" i radość życia. Włodawa jest jedynym pozytywnym w tym względzie punktem, myślałam, że jestem blisko brzegu, ze dopłynę”.

Zachwycała się tutejszymi gankami, ogrodami, roślinnością i okolicą. Spacerowała do kościoła w Orchówku, podziwiać tamtejszą ikonę. Pejzaże włodawskiej dzielnicy Podzamcza przypominają z jej opisów rodzinne strony Mickiewicza i Słowackiego: „Znad ganeczków mieszczańskich domów, takich jak w Nowogródku i Krzemieńcu, zwieszają się często wina. Dziwnie czarowne jak z bajki, czy Lenartowicz, czy Syrokomli życie sprzed wieku...”

W jej PIW-owskim wyborze poezji opracowanym m.in. przez Karola Samsela, który nareszcie twórczość jej wydobywa, sytuując nie tylko obok Krzysztofa Baczyńskiego czy Tadeusza Gajcego. Choć dostrzega, że autorka „Kołysanki” wymyka się ze składu poetów tzw. apokalipsy spełnionej. Natomiast widać, że blisko jej do poetyckiej subtelności Józefa Czechowicza. Nie tylko z jej listów możemy domyślać się, dlaczego upodobała sobie nadbużańskie okolice, mając w pobliżu rodzinne strony. Tym bardziej wybrzmiewa u niej poczucie niezakorzenienia, ale może ono jest dzisiejszym symbolem świata:

Nie mam siedziby swojej nigdzie na świecie szerokim,

Ogień żaden nie jest mi ogniskiem,

Żaden dom nie jest mi domem

I jestem sobie nie sobie,

I jestem ani komuś - ani komuś nikomu,

Koczuję jak pierzaste przez słońce obłoki

I tylko śni się po nocach ciemnych i jasnych,

Księżycowych i dżdżystych,

Kiedy wiatr o okna bije

Śni się sercu mojemu, że nie jest takie - niczyje…

…I są dni znowu, dalekie, idące w przepaść,

bez początku i dna, i końca…

I taki jest los mój -

- Chmury ciemnej, bezdżdżystej,

Chmury koczującej

Na starej fotografii Krahelska jest po prawej stronie, po lewej wspomniana pani Regina, która opowiadała mi o dawnej Włodawie, przyjaźniach naszych rodzin i o autografie Krahelskiej na odwrocie zdjęcia. Kto wie, może wywołanym w zakładzie fotograficznym moich przodków. Zagapiłam się podczas słuchania wspomnień. Ano zapomniałam poprosić panią Reginkę, żeby odśpiewała nam pieśni wspólnie wykonywane z Krahelską. Chwileczkę, muszą być zachowane archiwa radiowe! Kto chętny pomóc odnaleźć legendarny syreni zaśpiew? Włodawskie Rzeczypospolitej ruszenie, do dzieła!

Aleksandra Zińczuk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.