Lewe newsy, czyli jak łatwo spalić piękną historię

Czytaj dalej
Grzegorz Wszołek

Lewe newsy, czyli jak łatwo spalić piękną historię

Grzegorz Wszołek

Robert Lewandowski utrzymuje się na szczycie od blisko dekady. Pobijał kolejne rekordy w Bayernie Monachium, wcześniej zapisał się wspaniałymi kartami w historii Borussi Dortmund. Nic dziwnego zatem, że transfer kapitana polskiej reprezentacji do FC Barcelony wywołał takie poruszenie wśród rodzimych kibiców - również tych, którzy średnio albo wcale nie interesują się futbolem. Niestety, dziennikarze „informując” o takich rewelacjach jak „pierwszy kontakt z piłką „Lewego” czy wyolbrzymianie imprezy, jaką jest Puchar Gampera i pokonanie średniej klasy meksykańskich kopaczy, wcale nie pomagają „Lewemu”.

Ogłupienie, spowodowane przenosinami kapitana reprezentacji Polski z Monachium do słonecznej Katalonii ogarnia media w całej Polsce. Oto jeden z największych polskich portali w trakcie sparingowego meczu z Realem Madryt, rozgrywanego w ramach tournée w Stanach Zjednoczonych, pokusił się o infografikę (!) z informacją, że oto w 8. minucie Robert Lewandowski oddał pierwszy strzał w bordowo-granatowych barwach.

Tak, to prawda - Lewandowski to pierwszy Polak w drugim, najsłynniejszym klubie na świecie. I tak, każdy kibic, marzy o tym, by oglądać swojego ulubieńca w koszulce Realu Madryt lub FC Barcelony. To honor, zaszczyt i potwierdzenie, że idol dostał się na piłkarski OIimp. Czym innym jednak jest niezdrowa ekscytacja, dodatkowo zwiększająca presję. A z tym właśnie mamy do czynienia w przypadku Roberta Lewandowskiego.

Krytyka i niedosyt

Wystarczyły trzy pierwsze sparingi, w których nowy nabytek Barcelony grał średnio, a rozlała się fala krytyki, zmieszana z niedosytem. I choć to mecze nieoficjalne, w których chodzi przecież głównie o przetestowanie założeń taktycznych trenera i powrót do formy poszczególnych zawodników po kilkutygodniowych wakacjach, to nie brak już „głosów internautów”, którzy poczęli wyśmiewać „Lewego”, że oto się nie nadaje do hiszpańskiej La Ligi. Jednocześnie, gdy Barcelona wygrała z Realem Madryt 1:0 - w starciu, które nie będzie odnotowane w żadnych oficjalnych statystykach i już każdy polski maniak futbolu mógł przeczytać stertę analiz sprowadzających się do tak bezsensowych wniosków, iż „Duma Katalonii” już szykuje się na podbój piłkarskiej Europy, a zwycięzca Ligi Mistrzów i hiszpańskich rozgrywek po zaledwie dwóch miesiącach od osiągnięcia sukcesów jest „w ogromnym kryzysie”.

Dziennikarzom sportowym nie przeszkadzało nawet to, że nowy zespół Lewandowskiego trenował w Stanach Zjednoczonych o tydzień dłużej, a „Królewscy” - i to bez najlepszego piłkarza, Karima Benzemy - mieli za sobą zaledwie kilka dni wspólnych ćwiczeń. No, ale w dzisiejszym medialnym świecie liczą się tylko „kliki” i oglądalność, bez względu na treść.

Być bożkiem

Ale to nie tylko polska przypadłość. Wszystkich przebili hiszpańscy pismacy z „El Futbolero Espana” - ich zdaniem, skoro polski snajper nie trafił do siatki w amerykańskim tournée, to „nie nadaje się do FC Barcelony”, zaś 50 mln euro, wydanych przez wicemistrza Hiszpanii, poszło w błoto. „Polak nie był w stanie uzasadnić tych 50 mln euro, które FC Barcelona zapłaciła za jego transfer. Kompletnie się nie wyróżniał. Raphinha i Kessie dali drużynie znacznie więcej” - napisano w analizie.
Prasa na Półwyspie Iberyjskim jest zresztą tradycyjnie niesprawiedliwa: jednego dnia piłkarz jest bożkiem, bo strzelił trzy gole, ale wystarczy chwilowa „zadyszka”, by doszukiwano się z każdej strony przyczyn załamania formy. Teraz nie oszczędziła nawet Lewandowskiego, mimo że sezon jeszcze się nie rozpoczął.

Gdy skończyły się pierwsze pojękiwania na nieskuteczność „Lewego”, nadeszła pora z kolei na pompowanie balonika - coś, co szczególnie dobrze znają fani reprezentacji Polski w piłce nożnej. Zwykły Puchar Gampera, jeden mecz, mający na celu prezentację transferów i drużyny na nowy sezon, urósł nagle do rangi „oficjalnego turnieju”, a gdy Lewandowski trafił tam do siatki, to zewsząd - również, o dziwo z Hiszpanii, słychać było głosy, że „polski napastnik zdobył oficjalnego gola” dla Barcelony. To nieprawda. Mecz, upamiętniający katalońską ikonę, założyciela klubu Joana Gampera, podobnie jak sparing z Realem Madryt, nie jest zaliczany do formalnych starć. W dodatku, Barcelona grała z meksykańskim średniakiem Pumas UNAM, z którym powinien sobie poradzić Raków Częstochowa.

Maszynka do strzelania

Cóż jednak z tego, skoro wynik 6:0 dla Barcelony poszedł w świat, podobnie jak ładny gol, dwie asysty i tytuł MVP dla Lewandowskiego. I tylko złośliwi szeptali, że gdyby nie przenosiny Polaka do Katalonii, to pies z kulawą nogą w Polsce nie odnotowałby tego zdarzenia będącego - toutes proportions gardées - czymś w rodzaju Treningu Noworocznego piłkarzy Cracovii.
Co ważne, to gdy prześledzić tę sytuację, to próżno szukać od któregokolwiek dziennikarza sportowego krótkiego przypomnienia: w ubiegłym roku Puchar Gampera był jedynym, który zdobyła Barcelona. Pokonała jednak nie meksykańskich „ogórków”, a klasowy Juventus Turyn 3:0. Co działo się potem? Ano w lidze hiszpańskiej „Barca” straciła w ogólnym rozrachunku aż 13 punktów do odwiecznego rywala z Madrytu, a z Ligi Mistrzów odpadła już w fazie grupowej. Mało tego, już z trenerem Xavim i po zimowych wzmocnieniach, „Duma Katalonii” nie sprostała Eintrachtowi Frankfurt w Lidze Europy.

Letnie transfery w Barcelonie oczywiście robią wrażenie, szczególnie sprowadzenie maszynki do strzelania goli w postaci Lewandowskiego. To wciąż jednak nie gwarantuje trofeów - a tylko te pozwolą zredukować dług w wysokości miliarda euro, „niwelowany” w oczach kibiców przez zastosowanie dźwigni finansowych. Barcelona sprzedaje co może - choćby prawa do nazwy stadionu firmie Spotify i częściowe przychody z praw telewizyjnych na aż 25 lat w ramach umowy z Sixth Street. W skrócie: jeśli transfery się nie spłacą i gablota z pucharami nie zostanie szybko uzupełniona, to w ciągu kilku lat Barcelona stanie się finansową piramidą.

Wszystko dlatego, że Joan Laporta, prezes klubu, zagrał va banque, żeby zyskać czas i nie pozwolić na to, by Barcelona szorowała po dnie, jak inne wielkie marki w ostatnich latach: Manchester United, Milan czy Arsenal Londyn. Niestety, atmosfera na Camp Nou jest napięta - Lewandowski, podobnie jak inni sprowadzeni piłkarze, nie został do tej pory zarejestrowany z powodu naruszenia limitu płacowego. Jeśli więc wicemistrz Hiszpanii nie znajdzie w budżecie wolnych ponad 100 mln euro, to nie zdąży zapisać Polaka do rozgrywek La Liga. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale niczego w futbolu nie można wykluczyć. Rok temu o tej porze piłkarski świat był w szoku, gdy z Barcelony odchodził najlepszy jej piłkarz w historii, czyli Leo Messi, a przecież nikt nie wyobrażał sobie takiego scenariusza.

Niezdrowa ekscytacja

Recepta zarządu Barcelony na zażegnanie kompromitacji jest prosta i logiczna: sprzedanie niechcianych piłkarzy. Tyle że ani Frenkie de Jong, ani Memphis Depay, ani Martin Braithwaite nie palą się do odejścia z klubu. Cała trójka jest niemal siłą wypychana, mimo ważnych kontraktów, po to, by Barcelona zarobiła ponad 100 mln euro i uszczupliła budżet płacowy w wysokości kilkunastu mln. Zarządzający hiszpańską ligą niedawno ogłosili, że nie popuszczą Barcelonie w sprawie rejestracji zawodników i ta musi zacząć sprzedawać. „Duma Katalonii”, wlewając nadzieje w serca kibiców na lepsze jutro, najpierw wybrała się na kosztowne zakupy z długami, a dopiero potem zastanawia się, gdzie znaleźć oszczędności.

Transfer Polaka do Barcelony jest niezaprzeczalnie wielkim wydarzeniem. Nie zmianie to faktu, że w polskich mediach nigdzie wcześniej Państwo nie przeczytali nawet ułamka wątpliwości i powyższego zestawienia w faktach. Zamiast tego, media a wraz z nimi część kibiców wpada w niezdrową ekscytację, podając i czytając „informacje” o pierwszym kopnięciu piłki lub strzale oddanym przez Lewandowskiego na Camp Nou.

Ale może dziennikarze nie zdają sobie sprawy, że narzucają polskiemu gwiazdorowi dodatkową presję? Ale przecież wiedzą, bo to oni będą pierwszymi, którzy przystąpią do rozliczania go z nieskuteczności, gdy w kilku meczach z rzędu nie strzeli bramki, lub „Barca” odpadnie z fazy pucharowej Ligi Mistrzów. A przecież najważniejsza informacja jest taka: Hiszpańska La Liga rusza 13 sierpnia - Barcelona z Lewandowskim w składzie zagra w sobotę z Rayo Vallecano. Będzie to pierwszy poważny test dla polskiego gwiazdora w nowych dla niego rozgrywkach. I na to tak naprawdę warto czekać.

Grzegorz Wszołek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.