Ludzie nie szanują życia. On dba o nich po śmierci

Czytaj dalej
Maria Mazurek

Ludzie nie szanują życia. On dba o nich po śmierci

Maria Mazurek

Artur Habowski, pracował na pogotowiu, jako kierowca. Miał dużo do czynienia ze śmiercią. Zrezygnował, kiedy pojechał do wypadku, którego ofiarą był jego kolega. Wiele tragedii ludzkich, szczególnie teraz, w sezonie letnim, wynika z braku wyobraźni, odpowiedzialności i skrajnej brawury - mówi tanatopraktyk i balsamista.

Przypadek, który nie może panu wyjść z głowy?
Sporo ich jest. Wiele wynika ze skrajnej brawury, braku odpowiedzialności, wyobraźni. Na przykład, przygotowywałem do pogrzebu zwłoki mężczyzny, około 40 lat, który jechał samochodem bez pasów i według zeznań jego kobiety, która jechała obok, w zapiętych pasach, spadł mu telefon komórkowy pod siedzenie. Podczas jazdy schylił się, żeby go podnieść. Auto wylądowało na słupie, 40-latek przeleciał przez przednią szybę. Strasznie wyglądał. Robiłem sekcję, później rekonstrukcję całej twarzy. Wszystko było zmiażdżone.

Na czym rekonstrukcja twarzy polega?
Różnie. Czasem trzeba uporać się tylko z rozciętym kawałkiem twarzy. W przypadku tego mężczyzny - była akurat połamana cała twarz i czaszka, trzeba było odbudować strukturę kości, przywrócić naturalny kształt twarzy, pouzupełniać ubytki tkankowe - są do tego specjalne preparaty, woski. Kiedyś stosowało się również przeszczep skóry. Wycinało się kawałek skóry z uda i wszczepiało na twarz. Teraz odchodzi się od tego, są nowocześniejsze preparaty.

Zawsze mówię, że najlepiej ubrać ciało w to, w czym ta osoba najlepiej czuła się za życia

Czy efekt pracy takich ludzi, jak pan, jest na tyle dobry, że można otworzyć trumnę z ciałem, jeśli rodzina sobie tego życzy?
Jeśli rodzinie na tym zależy - tak. Przy rekonstrukcji twarzy staramy się zawsze przywrócić naturalny wygląd człowieka, aczkolwiek nie da się tego zrobić tak, że ta osoba będzie wyglądać jak za życia. Kształt twarzy, rysy będą zachowane, ale jak ktoś się przyjrzy, zauważy jednak naszą ingerencję. Taka rekonstrukcja trwa pięć-sześć godzin. Najtrudniej zrekonstruować okolice oczu, powiek i usta, bo tam jest skóra bardzo cienka, delikatna, podatna na pękanie.

Raczej trumny nie otwiera się w przypadku topielców. Ich jest dużo latem. Ludzie wyjeżdżają na wakacje, kąpią się pod wpływem alkoholu. Wydaje im się, że są nieśmiertelni, że mają nadludzkie moce. Brawura. Ostatnio robiłem sekcję mężczyzny ze Śląska. To był pan młody. Podczas swojego wesela razem ze świadkiem ubzdurali sobie, że przejadą się samochodem na stawy. I pijani jeździli autem, obydwoje wylądowali w stawie, utopili się. Topiący się człowiek nie jest w stanie zaczerpnąć powietrza, wszędzie dostaje się woda - do płuc, do żołądka.

Ponoć to najgorsza śmierć.
Tego żywi nie mogą wiedzieć. Natomiast na pewno możemy powiedzieć - bo to widać - że naturalnym odruchem takiego człowieka jest to, że jednak próbuje się ratować, walczyć, płynąć, ratować życie za wszelką cenę. Ale chwyta go skurcz i ciągnie go na dno. Skoki do wody oraz uderzenie głową o dno - to już nie są tak bolesne przypadki. Uraz głowy, utrata przytomności, kwestia kilku chwil. Człowiek może nawet nie być świadomy tego, co przecież już się dzieje.

W lecie ma pan więcej pracy? Wiele słyszy się w tym okresie o wypadkach... Tyle przecież mamy utonięć.
W zasadzie od wiosny, kiedy zaczyna się sezon motocyklowy. Te wypadki to oczywiście nie jest zawsze wina motocyklistów. Często raczej brawura kierowców samochodowych, którzy w ogóle nie patrzą w lusterka. Z drugiej strony, sam wiem z doświadczenia, motocyklistów na ścigaczach czasem nie jest łatwo zauważyć. Jeżdżą na tyle szybko, że nie ma go w lusterku, chwila i jest. A motocyklista, jeśli dojdzie do wypadku, szanse ma niewielkie, nawet jeśli mają te stroje ochronne, tak zwane żółwiki. Dochodzi od razu do urazu wielonarządowego. Narządy są porozrywane, czasem aorta jest przecięta, człowiek natychmiast się wykrwawia.

Pan jest tanatopraktykiem i balsamistą. Czym to się różni?
Tanatopraktycy, w takim podstawowym zakresie, wykonują toaletę pośmiertną: myją ciało, włosy, czyszczą i obcinają paznokcie, ubierają zwłoki. Ale robię również wszystko, o co poprosi mnie rodzina: farbuję włosy, doczepiam tipsy, wykonuję pełny makijaż, łącznie z cieniami do powiek i kreskami z eyelinera.

Tanatopraktyka zajmuje się też kosmetyką pośmiertną, a więc między innymi tuszowaniem zadrapań, zasinień i plam pośmiertnych. Natomiast jako balsamista ingeruję już ściśle w ciało. Balsamacja polega na podmianie krwi i wszystkich płynów ustrojowych na specjalny płyn odkażająco-konserwujący, na ogół na bazie formaldehydu, z dodatkiem metanolu i nitrogliceryny. To powstrzymuje proces rozkładu, ciało można więc wystawić na kilka dni w domu czy w kaplicy bez obawy, że zacznie się rozkładać. Poza tym balsamacja również ma walory wizualne, bo znikają wszystkie plamy opasowe, zasinienia uszów, końców palców, paznokci.

Pan powiedział, że trzeba zamienić płyny fizjologiczne ciała na ten specyfik odkażający. W jaki sposób to się robi?
Po prostu wpuszczamy przez specjalną pompę (która imituje pracę żywego serca) ten płyn biobójczy do tętnicy, przez jedno malutkie nacięcie. Nasz układ krwionośny jest takim wspaniałym układem hydraulicznym, że ten płyn dojdzie w każde miejsce ciała. Natomiast krew i inne płyny ustrojowe w tym momencie wypłyną żyłą, którą muszę wcześniej otworzyć. Ten płyn dostaje się wszędzie, bo płynie wszystkimi, najmniejszymi żyłami, również przez naczynia włosowate, więc konserwuje wszystkie narządy od wewnątrz, całą skórę.

Po balsamacji często już kosmetyki się nie robi, o ile osoba zmarła śmiercią naturalną, nie ma takiej potrzeby - taka osoba wygląda, jakby spokojnie spała, nie ma żadnych znamion śmierci. Oczywiście tu również liczy się czas - im szybciej wykonana się balsamację, tym lepsze efekty, bo krótko po śmierci dochodzi już do pierwszych procesów rozkładu. Zaczynają wytwarzać się plamy opadowe.

Jak szybko?
Pierwsze plamy opadowe wytwarzają się już po dwóch godzinach. Z tym, że one na początku się przemieszczają. Plamy opadowe to nic innego, jak krew, która spływa na niżej położone miejsca, pod wpływem grawitacji. Zmarła osoba może też mieć wycieki. Przy samobójstwach czy wypadkach często takiej osobie puszczają mięśnie, zwieracze, więc to trzeba zabezpieczyć. Podobnie mogą wydostawać się płyny z ust, z nosa. Trzeba usunąć również wszystkie wenflony, wkucia, dreny i tak „zamknąć” te miejsca, by nic z nich nie wyciekało.

Żeby nie było tak, że ciało przygotujemy do pogrzebu, a potem ono będzie wystawione przez godzinę i ubranie zacznie przesiąkać takim płynem. Trzeba przewidzieć, co może się dziać. Na przykład po jakichś 72 godzinach w prawym podbrzuszu, na wysokości wyrostka, zaczynają się robić zielone przebarwienia skóry. Tam jest akurat jelito grube, kątnica, gdzie jest najwięcej bakterii. Chociaż bywa, że te przebarwienia pojawiają się gdzieś indziej, w zależności, na co chorowała zmarła osoba. Każdy przypadek jest trochę inny.

Człowiek przygotowujący zwłoki inaczej musi postępować z osobą, która zmarła na serce, inaczej - ze zmarłym po ciężkim, rozległym poparzeniu. Wtedy również raczej nie wystawia się ciała na widok publiczny. Delikatnie się je ubiera, na dłonie zakłada białe rękawiczki.

A co potem, jak ciało leży już w grobie? Jak szybko się rozkłada?
Zależy, czy ciało jest pochowane w grobie murowanym, czy ziemnym. Jeśli ziemnym, zależy, jaka jest tam gleba - piasek, żwir, jak duża jest wilgotność. Pracowałem na przykład przy ekshumacji ciał smoleńskich. Te ciała były pochowane w trumnach z wkładem metalowym, zamknięte szczelnie. Osiem lat po katastrofie te zwłoki, owszem, były zbrązowiałe, ale te procesy rozkładu zachodziły stosunkowo powoli. Natomiast, gdy otwieramy trumnę z grobu ziemnego, to po roku, półtorej te ciała są obrzmiałe, śliskie, obrzęknięte, zielone, cały naskórek schodzi. Mają słodko-mdlący zapach.

Jak pan sobie radzi z tymi zapachami?
Nie. To kwestia przyzwyczajenia. Proszę pamiętać, że my wchodząc do pomieszczenia, gdzie jest jakiś zapach, błyskawicznie się do niego przyzwyczajamy. Studenci medycyny często przychodząc na sekcje zwłok, smarują sobie skórę pod nosem jakimiś mentolowymi miksturami. A potem zdarzają się wymioty, omdlewania, marudzą, że im śmierdzi. No ale nie ma się co dziwić, jak mieszają te zapachy. Ja nigdy nie wymiotowałem, czując zapach rozkładu ciała. Owszem, wyczuwam tę woń, ale po chwili się do niej przyzwyczajam, przestaję o tym myśleć. Każdy ma jakieś naturalne predyspozycje. Moje są takie.

W co ubiera pan zwłoki?
Kiedyś ubierałem młodą dziewczynę w suknię ślubną. Krótko przed ślubem, podczas kąpieli, zatruła się czadem. Znaleźli ją na drugi dzień. Wciąż rodziny zmarłych najczęściej życzą sobie, żeby ubrać ich w garnitur, stonowaną sukienkę, aczkolwiek coraz częściej się od tego odchodzi. Zawsze mówię, że najlepiej ubrać ciało w to, w czym ta osoba najlepiej czuła się za życia. Młodych chłopaków często ubieramy więc w dresy. No bo jeśli ktoś nie lubił garniturów, unikał ich jak ognia, to dlaczego my mamy go w taki sposób ubrać?

A dzieci? To pewnie koszmarny widok, małe dziecko...
Zajmowanie się ciałami dzieci jest najgorsze w tej pracy. Nikt nie chce tego robić.

Ze względu na emocje?
Tak, na emocje rodziców. I własne. Wielu z nas ma swoje dzieci w domu. Trudno patrząc na takie małe ciałko, uniknąć myśli, że to dziecko mogło jeszcze tyle lat żyć, że tyle miało przed sobą. Ale trzeba do tego podejść z dystansem. Pracę zostawić w pracy, nie brać jej do domu.

Jak ktoś nie jest silny psychicznie, za bardzo przeżywa, że dziecko, że młoda osoba, to nie jest praca dla niego. Dużo osób ucieka w alkohol w tej branży. Kiedyś mówiło się, że w prosektorium się pije. Teraz na szczęście od tego się odchodzi. Nie ma przyzwolenia na to, nie jest tak jak dawniej, kiedy ponoć szpital dawał spirytus do prosektorium, żeby pracujący tam ludzie się odkazili. Niemniej niektórzy nie wytrzymują. Piją wieczorami. Czasem odchodzą z tej profesji.

Ten zawód w ogóle da się lubić? On może sprawić satysfakcję? Przecież to jest - w rozumieniu wielu - podła robota.
Na pewno jest satysfakcja. Rodziny widzą zwłoki w ciężkim stanie, muszą je zidentyfikować. A potem widzą ciało bliskiej osoby po mojej ingerencji. Dziękują mi. Satysfakcja polega na tym, że w takich chwilach widzi się, że tym ludziom się pomogło. Że udało im się ulżyć w bólu. Że mogą zobaczyć bliską osobę ostatni raz, jak ona w miarę wygląda, przypomina siebie za życia. Że mogą się z nią pożegnać.

Jak pan trafił do tego zawodu?
Wcześniej pracowałem na pogotowiu, jako kierowca. Dużo miałem do czynienia ze śmiercią. Kiedyś mieliśmy wezwanie do wypadku. Okazało się, że chodzi o mojego kolegę. Reanimowaliśmy go. Zmarł mi na rękach. To skłoniło mnie do tego, żeby pracować w prosektorium. Bo tam nie ma już cierpienia, walki o życie, pośpiechu. Już nic nikomu nie zaszkodzi.

Dobrze rozumiem, że w ten sposób chciał pan oswoić śmierć?
Chyba tak. Widok osoby, która umiera, jest wstrząsający. Szczególnie jeśli to ktoś, kogo się zna. Jak się jeździ pogotowiem na reanimację, widzi się tę walkę o życie, cierpienie... W prosektorium jest inaczej. Jest już cisza.

Maria Mazurek

Jestem dziennikarzem i redaktorem Gazety Krakowskiej, odpowiadam za piątkowe, magazynowe wydanie Gazety Krakowskiej. Prywatnie: moją pasją jest łucznictwo konne (to znaczy to uczucie, że przeżyłam kolejne zawody, w których zazwyczaj zajmuję zresztą ostatnie miejsce). Jestem autorką czterech książek napisanych wspólnie z prof. Jerzym Vetulanim, m.in. "Neuroerotyki" i "Snu Alicji" (dla dzieci) i właścicielką najpiękniejszego na świecie konia, Prady.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.