Krzysztof Ogiolda

Maria Göppert-Mayer, noblistka ze Śląska, która z atomami tańczyła

Maria Göppert-Mayer aż do ostatnich dni życia była zawodowo aktywna. Żeby poprawić koncentrację i skupienie, odpalała jednego papierosa od drugiego. Fot. Wikimedia Maria Göppert-Mayer aż do ostatnich dni życia była zawodowo aktywna. Żeby poprawić koncentrację i skupienie, odpalała jednego papierosa od drugiego. Zmarła na atak serca.
Krzysztof Ogiolda

Była jedyną kobietą w gronie 12 śląskich laureatów Nagrody Nobla i drugą po Marii Skłodowskiej-Curie, która dostała tę nagrodę z fizyki. Po wojnie żyła w Warszawie, na Śląsk nie wróciła.

Na świat przyszła w rodzinie niemieckich ewangelików w Katowicach - przy dzisiejszej ulicy Młyńskiej - w 1906 roku. Można śmiało powiedzieć, że nie miała wielkiego wyboru i właściwie musiała zostać naukowcem. W jej rodzinie bowiem od siedmiu pokoleń jej przodkowie ze strony ojca byli uniwersyteckimi profesorami. Prapradziadek był profesorem farmacji, pradziadek - Johann Heinrich Robert Göppert - profesorem botaniki, założycielem Muzeum Botanicznego i dyrektorem Ogrodu Botanicznego we Wrocławiu. Dziadek, Heinrich Robert, był profesorem prawa. Ojciec, Friedrich, z zawodu lekarz, profesor pediatrii, wsławił się zwalczeniem epidemii zapalenia opon mózgowych w Katowicach i w okolicy w 1905 roku. Opracował nowatorską metodę leczenia tej choroby.

Rok później, 28 czerwca 1906, przyszła na świat Maria Göppert. Ochrzczono ją w ewangelickim kościele Zmartwychwstania Pańskiego w Katowicach (w 1901 roku jej rodzice Friedrich i Maria Wolff wzięli w tej świątyni ślub).

Sukces ojca był wielki i on właśnie przyczynił się do tego, że mała Maria już w 1910 roku opuściła Katowice i przeniosła się razem z rodzicami do Getyngi. Do swojego miasta nigdy nie wróciła, choć raz było bardzo blisko. W 1967 roku została zaproszona do Warszawy na obchody 100. urodzin Marii Skłodowskiej-Curie. Sekretarz naukowy Polskiej Akademii Nauk, prof. Henryk Jabłoński (będzie później przewodniczącym Rady Państwa), zapytał gościa z USA, czy ma jakieś szczególne życzenia. „Chciałabym zobaczyć Katowice” - miała bez namysłu odpowiedzieć śląska noblistka. Ostatecznie zamysł się nie powiódł. Do rodzinnego miasta przodków przyjechał już w XXI wieku syn Marii, Peter. Obejrzał dom, w którym urodziła się mama (na jego fasadzie umieszczono pamiątkową tablicę przypominająca o tym fakcie) i spotkał się z władzami miasta. Ekonomista z wykształcenia pasjonuje się badaniem zachowań zwierząt.

Najpierw w Stanach zaangażowała się w prace nad bombą atomową. Potem - na rzecz pokojowego wykorzystania energii atomowej

- Trzeba było być niezwykle mądrym, by zajmować się tym, co robiła moja mama - mówił podczas wizyty na Śląsku.

Sama Maria nigdy o Śląsku opuszczonym w dzieciństwie nie zapomniała. Po wojnie wspierała organizację Górnoślązaków w Pensylwanii, łączącą osoby zarówno niemieckiego, jak i polskiego pochodzenia.

Nagrodę Nobla w 1963 roku otrzymała za wyjaśnienie, dlaczego jądra atomowe są szczególnie stabilne, kiedy posiadają pewne szczególne liczby nukleonów, tzw. liczby magiczne.

- Jądro atomowe składa się z protonów naładowanych dodatnio i neutralnych neutronów - objaśnia prof. Józef Musielok z Instytutu Fizyki Uniwersytetu Opolskiego i były rektor uczelni. - Oba mają tzw. spin, czyli moment pędu. Fizycy wiedzą, że neutrony i protony należą do tzw. fermionów i słuchają się dziwnej reguły. Mogą zajmować tylko pewne miejsce i pewną energię. Jeśli obok pojawi się element trzeci, już tam nie może być. W dodatku poruszają się po pewnych orbitach. Sprzężenie między spinem, czyli ruchem obrotowym, a ruchem obiegowym, powoduje, że one muszą zajmować określone miejsce w szyku. Zanim jeszcze zabrała się za to pani Mayer, odkryto, że jeśli liczba protonów i neutronów przyjmuje wartości takie jak 2, 8, 20, 28, 50, 82, 126, to jądro atomowe jest bardziej stabilne. Maria Göppert-Mayer potrafiła, opierając się na tym modelu, obliczyć stan energetyczny, stabilność jąder atomów. Za to dostała Nobla razem z Hansem Jensenem, który do podobnych wniosków doszedł niezależnie od niej. Zresztą nie mieli do siebie o tę konkurencję żalu. Nawet się ze sobą zaprzyjaźnili.

Noblistka nie tylko umiała te dla zwykłego śmiertelnika nieczytelne właściwości obliczyć, ale i ładnie o tym opowiedzieć.

Model z zamkniętymi powłokami, z parami protonów i neutronów sprzężonych mechanizmem zwanym sprzężeniem spinowo-orbitalnym opisała tak: „Wyobraź sobie pełną salę tańczących walca. Tancerze przesuwają się dookoła sali w koncentrycznych kołach. Dalej pomyśl, że w każdym kole możesz zmieścić dwa razy więcej tancerzy, jeśli jedna para wiruje w kierunku wskazówek zegara, a druga w przeciwnym. A potem dodatkowa wariacja: pomyśl, że ci tancerze wirują w porywach jak mistrzowie. Niektóre z tych par, które wirują w kierunku wskazówek zegara, porywy robią w tym samym kierunku. Porywy pozostałych par są w kierunku przeciwnym. Tak samo pary wirujące w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara - niektóre wykonują zrywy w tym samym kierunku, inne w przeciwnym”.

Nic dziwnego, że kiedy kilka lat temu na jednym z budynków Uniwersytetu Śląskiego powstał mural poświęcony uczonej rodem z Katowic, jej podobiznę podpisano: „Tańcząca z atomami”.

Droga do tego sukcesu nie była łatwa ani oczywista. Z jednej strony miała wielkie szczęście, bo Getynga, gdzie znalazł zatrudnienie ojciec, była niezwykle renomowanym ośrodkiem uniwersyteckim. Po mamie - jak pisze znawca dziejów śląskich noblistów, dr Piotr Greiner - odziedziczyła zdolności do języków (w Katowicach udzielała lekcji francuskiego) i predyspozycje do muzyki (uczyła też gry na fortepianie). Ani ona sama, ani rodzice nie mieli wątpliwości, że ich jedynaczka powinna studiować. Tyle tylko, że najpierw trzeba było zdać maturę, a w Getyndze w tamtym czasie nie działała żadna żeńska szkoła średnia. W tej sytuacji Marii przychodzi zdawać egzamin dojrzałości eksternistycznie. Osiąga znakomite wyniki nie tylko z chemii, fizyki i matematyki, ale i z historii, i języków niemieckiego, angielskiego i francuskiego.

W 1924 roku zaczyna studia z matematyki. Należy do nielicznych kobiet studiujących na Wydziale Przyrodniczym. Jak pisze o niej Piotr Greiner, początkowo nie przykłada się specjalnie do nauki. Bardziej ją fascynuje jazda konna i życie towarzyskie. Przełom przychodzi w 1927 roku. Po ciężkiej chorobie umiera ojciec, a Marią zajmuje się przyjaciel ich rodziny Max Born.

- Był wybitnym fizykiem i też miał śląskie korzenie, był profesorem we Wrocławiu - dodaje profesor Musielok. - Także dostał Nagrodę Nobla (w 1954 roku - przyp. red.).

On właśnie zaprosił Marię na swoje seminarium z mechaniki kwantowej, młoda pasjonatka z zapałem studiuje więc fizykę i wchodzi coraz głębiej w poznawanie tajemnic atomu. W 1930 roku broni doktorat z fizyki kwantowej. Najlepszym dowodem na to, w jak renomowanym miejscu przyszło jej studiować, jest to, iż w jej doktorskim egzaminie uczestniczy aż trzech noblistów (przyszły - promotor Max Born - oraz James Franck, laureat z roku 1925 w dziedzinie fizyki za badania nad jonizacją atomów, i Adolf Otto Reinhold Windaus, nagrodę dostał z chemii w 1928, zajmował się m.in. cholesterolem).

Born przyciąga do Getyngi badaczy zafascynowanych fizyką jądrową dosłownie z całego świata.

- Cała czołówka fizyków, którzy wyznaczyli kierunek badań nad fizyką jądrową w połowie XX wieku, wywodziła się ze szkoły Borna w Getyndze. Szczególnym przypadkiem byli wśród nich Amerykanie, którzy przyjeżdżali do Europy, hojnie wyposażeni w stypendia, gdyż amerykańskie uczelnie wciąż wykładały „staromodną” fizykę - pisze dr Piotr Greiner.

Maria wychodzi za mąż za Josepha Edwarda Mayera, przyszłego prezydenta Amerykańskiego Towarzystwa Fizycznego. Absolwent chemii wynajmował pokój w domu rodzinnym Marii i tak młodzi poznali się i pokochali. Po ślubie państwo młodzi decydują się na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. (Powodem nie są względy rasowe, które wkrótce wypchną z rządzonych przez nazistów Niemiec za ocean wielu uczonych żydowskiego pochodzenia). W nowej ojczyźnie Maria rodzi dwoje dzieci. Córka Marie Ann zostanie w przyszłości astronomem, syn Peter - profesorem ekonomii. Mąż pracuje na uczelni w Baltimore.

W latach 1931-1938 Maria wykładała fizykę, ale jak piszą jej biografowie - często za darmo. Powody podaje się różne, czasem wielki kryzys lat 30., tak dotkliwy, że w budżecie brakowało pieniędzy nawet na profesorskie pensje. Ale swoje znaczenie miał w tej sprawie także swoisty konserwatyzm amerykańskich uczelni w tamtych czasach. Przejawiał się on nie tylko tym, że wciąż niezbyt chętnie widziały one kobiety za uniwersyteckimi katedrami.

- Poza wyraźnym wówczas antyfeminizmem była jeszcze jedna niedogodność - zwraca uwagę prof. Józef Musielok. - Mężowi i żonie nie wolno było w USA pracować w tej samej instytucji, żeby uniknąć kumoterstwa.

Przyszła noblistka podejmuje pracę w różnych miejscach. Wykłada w Columbia University, a nawet wraca raz jeszcze do Getyngi, by na nowo podjąć współpracę z Maxem Bornem.

W czasie II wojny światowej angażuje się w Projekt Manhattan, czyli w amerykański program naukowo-badawczy zmierzający do skonstruowania bomby atomowej. Razem z nią pracowali tam zarówno jej dawni nauczyciele, jak i koledzy.

- Po wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie i Nagasaki zaangażowała się w funkcjonowanie Instytutu Badań Nuklearnych na Uniwersytecie Chicago, działając przede wszystkim na rzecz pokojowego wykorzystania energii atomowej - zauważa prof. Musielok. - Mimo że jej obliczenia nie były związane wprost z militarnym wykorzystaniem energii atomowej, miała podobne wątpliwości, a może i wyrzuty sumienia, jak wielu uczonych. Inny był stosunek do bomby atomowej, jak długo trwała wojna, inny po niej. Tym bardziej że atak na japońskie miasta był jednak, przynajmniej częściowo demonstracją siły.

Maria Göppert-Mayer aż do ostatnich dni życia była zawodowo aktywna. Żeby poprawić koncentrację i skupienie, odpalała jednego papierosa od drugiego.
Nagrodę śląskiej noblistce wręczył król Szwecji Gustaw VI Adolf.

W Chicago pracuje bardzo ciężko. Bada teorię powłokowej struktury jądra atomowego, prowadzi wykłady dla studentów. Pochłonięta pracą - jak notuje dr Greiner - pomaga sobie w skupieniu, nałogowo paląc, dosłownie jeden papieros od drugiego.

Ostatni okres jej życia związany jest z pracą na Uniwersytecie San Diego. Zdrowie szwankuje coraz bardziej. Już odbierając Nagrodę Nobla, ma za sobą przebyty kilka lat wcześniej wylew i związany z nim częściowy paraliż jednej strony ciała. Miarą jej naukowego sukcesu było to, że jako pierwsza kobieta po Marii Skłodowskiej-Curie otrzymała tę nagrodę w dziedzinie fizyki. Wręczył ją Marii król Szwecji Gustaw VI Adolf. Laureatka nagrody miała wówczas 57 lat.

Aktywna zawodowo była aż do końca życia, tyle że ten koniec nastąpił boleśnie szybko. W 1972 roku wybitna uczona ma atak serca, a komplikacje po nim doprowadzają do śmierci. Pochowano ją w El Camino Memorial Park w San Diego.

Krzysztof Ogiolda

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.