#My też - molestowanie to nasza codzienność

Czytaj dalej
Fot. 123RF
Kobiety

#My też - molestowanie to nasza codzienność

Kobiety

#metoo #jateż - Internet na świecie zasypywany jest ostatnio takimi deklaracjami. Deklaracjami - „ja też byłam molestowana”. Internetowa akcja, jakich wiele? Histeria? Sprawdziłyśmy. Na sobie.

Molestowanie seksualne to poważny kaliber. Nadużycie seksualne brzmi mniej poważnie, ale mniej poważne nie jest. Jak wiele kobiet mogło tego doświadczyć? Skala zjawiska ujawniona dzięki wpisowi amerykańskiej aktorki może porażać - #ja też powiedziały już miliony kobiet na całym świecie. Zadałyśmy pytanie „wy też?” w naszej redakcji. Twierdząco odpowiedziała zdecydowana większość z nas.

Byłyśmy molestowane w szkole, na uczelni, w rodzinie, w pracy. Dawno, niedawno, teraz...

Nie zapomnę nigdy

- To było dokładnie 6 lat temu. Październik 2011. Byłam na wyjeździe służbowym w Brukseli. Sama. Wieczorem po wyczerpującej podróży poszłam na spacer w okolicach hotelu. Było ciepło i przyjemnie. Zauważyłam, że od kilku minut idzie obok mnie mężczyzna - młody, czarnoskóry. Zaczął zagadywać po francusku. Odpowiedziałam po angielsku, że nie rozumiem. Okazało się, że angielski zna. Pytał, skąd jestem, co robię. Rozmawiało się nawet miło. Opowiadał o swojej pracy jako fryzjer. Powiedziałam, że muszę się już pożegnać i wracać do hotelu. Chciał się umówić na następny dzień. Odmówiłam. On nadal za mną szedł. Uznałam go za niegroźnego natręta. A on niestety poszedł za mną do hotelu i wsiadł do windy. Tam się próbował do mnie dobierać. Zaczęłam krzyczeć, że jest tu monitoring. Udało mi się wysiąść na moim piętrze. On został w windzie.

Staram się do tego nie wracać. Nie wie o tym nawet mój mąż. Nie zapomnę nigdy.

Nawet gwizdy uważam dziś za obleśne

- Kiedy myślę sobie, że ja też, to myślę, że ja bardziej. Na początku wydawało mi się, że trochę ta akcja na wyrost, bo przecież niemożliwe, by aż tyle moich koleżanek było albo poczuło się jak ofiary molestowania, czy to werbalnego, czy też nie. Uważałam, że to przyćmi realny problem tych, które chcą się odważyć i wyjść z cienia, i które po latach milczenia chcą się przyznać, że były ofiarami lepkich rąk, brutalnego języka i obrzydliwych podtekstów. Ja także byłam. Nie uważam, by komentarze w stylu „jak się pani uśmiecha, to mi się podoba” były zabronione i godziły w moje człowieczeństwo. Ale już macanki na śpiku śpiących koleżanek ze studiów - tak. SMS-y w stylu „ruchamy tę samą laskę”, albo „niezła z ciebie kocica, jak smakujesz?” - tak. Nawet gwizdy uważam dziś za obleśne. Bo to nie komplementy. To słowa, gesty, które sprawiają, że czerwieniejesz ze wstydu i złości. Że wstydzisz się, że jesteś kobietą, że masz tyłek i cycki, a czasem masz ochotę na seks. To słowa czy gesty, które sprowadzają cię tylko do zaspokaja-cza czyichś potrzeb. Najczęściej męskich potrzeb.

Pierwszy raz, jako nastolatka, doświadczyłam traumy. Od tej pory nienawidzę komplementów, a widok męskiego przyrodzenia nie napawa mnie zachwytem. Potem na studiach, kiedy po pijackim wieczorze padaliśmy skonani na łóżko, dziwiłam się, skąd ta męska część grupy ma jeszcze siły sięgać w dal łapą i łapać za cycka, kiedy chwilę wcześniej musieli zesikać się w krzakach, bo nie mieli siły dojść do łazienki. Zresztą o powrocie z imprezy samotnie też nie było mowy. Bo cię jakiś gówniarz w kapturze łapał za tyłek. Łapał za tyłek pod osłoną nocy na ulicy, pod osłoną zadymionego klubu na parkiecie, nawet w zatłoczonym tramwaju. A na twoje nienawistne spojrzenie - uśmiechał się, jakby to było zupełnie normalne, a ty się mała tak nie kryguj, tylko cho w tango.

Potem były okrutne SMS-y od osób, którym się ufało i macanki, wtedy, kiedy się nie chciało być macanym przez tych, z którymi się było.

Ale na molestowanie nie może być zgody od obcych z ulicy, nie może być zgody od najbliższych, nawet od tych, którzy mówią, że kochają.

Poczułam obrzydliwie mokre usta na szyi

- To było na pierwszym roku studiów, koledzy mieszkający w akademiku zorganizowali w październiku imprezę zapoznawczą. Zaprosiliśmy też paru wykładowców, wśród nich leciwego (dobrze po pięćdziesiątce) doktora habilitowanego. Było wesoło, trochę niskoprocentowych alkoholi, kanapki. Bawiliśmy się w trzech podwójnych pokojach. W pewnym momencie postanowiłam zobaczyć, co dzieje się po sąsiedzku. Gdy w korytarzu mijałam się z habilitowanym, niespodziewanie jakby się zachwiał i przyparł mnie do ściany. Byłam w szoku. Poczułam jego ręce na moim biuście i obrzydliwie mokre usta na szyi. Byłam przerażona, stałam jak skamieniała. Dopiero gdy spróbował mnie pocałować, wyrwałam się i uciekłam z akademika.

Przedmiot z habilitowanym trwał rok i kończył się zaliczeniem. Nie byłam już na żadnych zajęciach. Sporo czasu minęło, zanim kolegom z roku opowiedziałam, dlaczego nie chodzę. Zwyczajnie wstydziłam się, jakby to była moja wina. I bałam się nawet spotkania habilitowanego na uczelni. Przez parę tygodni mój chłopak czekał na mnie codziennie przed salą.

Na ostatnie zajęcia jeden z kolegów wziął mój indeks. Oddał mi go z wpisanym zaliczeniem. To zaliczenie pali mnie do dziś, choć minęły lata.

Przymiotnik „ładna” zawsze wyprzedzał inne

- To zwykle nie było wprost. Zawsze na początku z uśmiechem, podejściem w stylu: taka ładna i w dodatku mądra. Przymiotnik ładna zawsze wyprzedzał inne. Przyzwyczaiłam się do tego i w zasadzie nie przeszkadzało mi to. Byłam jednak zawsze bardzo czujna. O różnych zagrożeniach rozmawiałam z kobietami w rodzinie. Na zaczepki podczas pracy na targach uodporniłam się bardzo szybko. Po prostu nie reagowałam na nie. Ale nikt tam nie odważył się, by przekroczyć granicę i w zasadzie jedyne, czego chciał, to wspólnego zdjęcia z ładną hostessą.

W pracy i w zaciszu gabinetów różnych szefów bywało inaczej. Służbowe rozmowy czasami kończyły się zaproszeniami na kawę, spacer, kolację. Kiedyś się zgodziłam. W samochodzie okazało się jednak, że nie jest to restauracja w Poznaniu. Nikt nie zapytał, czy mam ochotę i czas na wyjazd poza miasto, daleko. Gdy tam dotarliśmy, było już szaro. Kiedy w restauracji zapalono świece, zrobiło mi się nieswojo. Zignorowałam informację o tym, że na górze są do wynajęcia pokoje. Zażądałam stanowczo natychmiastowego powrotu. Poczułam, że jestem w pułapce. Wracaliśmy w nocy. Jego ręka często lądowała na moim udzie. Gdy zatrzymał auto na nieoświetlonej drodze, wyszedł z samochodu i otworzył drzwi z mojej strony, naprawdę się wystraszyłam. Musiał zobaczyć mój strach. Powiedział, że mogę prowadzić jego luksusowy samochód i dlatego się zatrzymał. Odmówiłam, odepchnęłam go i powiedziałam, że jeśli natychmiast nie zawiezie mnie do domu, to powiem wszystkim o jego zachowaniu. Wsiadł bez słowa do samochodu, włączył muzykę i odwiózł mnie.

Nigdy nie powiedział PRZEPRASZAM.

Mamie powiedziałam po latach

- To było ze dwadzieścia lat temu. Mama wysłała mnie do krawcowej, abym odebrała sukienkę.

Bywałam w tym domu setki razy, znałam i krawcową, i jej męża, dzieci i wnuki. Na miejscu okazało się, że krawcowej nie ma i powinnam przyjść później. Wszystko to przekazywał mi jej mąż, stojąc w drzwiach wejściowych do domu. Ni stąd, ni zowąd usłyszałam, „ach, jak ja cię lubię” i sporo starszy ode mnie mężczyzna objął mnie i zaczął całować. Nie byłam w stanie drgnąć. Gdy się oswobodziłam, biegłam całą drogę do domu. Mamie powiedziałam dopiero po latach, gdy sama już miałam córki.

„Córka niech się cieszy, że się podoba chłopakom”

- Zaczęło się z grubej rury, miałam 13 lat. Przeprowadzka na nowe osiedle, nowi koledzy na podwórku. Wsiedliśmy razem do windy, w której koledzy próbowali nauczyć mnie, kto jest górą, kto jest silniejszy i co komu wolno. Udało mi się uciec. Rodzice interweniowali, ale słyszeli tylko „przecież nikomu krzywda się nie stała, a córka niech się cieszy, że się podoba chłopakom”. Potem już z górki. Zaczepki w szkole i na ulicy. Niewybredne propozycje podczas towarzyskich spotkań. Delikatna sugestia właściciela restauracji, gdzie dorabiałam podczas wakacji - o mniej delikatnych klientach nawet nie warto wspominać.

Dziś mam 44 lata i nic się nie zmieniło. Cały czas ktoś niby tylko żartuje, że proponuje, rzuca uwagi na temat biustu czy nóg, komuś się ręka zaplącze… Przecież nie dzieje mi się krzywda i powinnam się cieszyć, że nadal się podobam.

Tak, byłam molestowana i bywam nadal. Dzieje mi się krzywda.

Wywiad z molestatorem

Redakcja poprosiła mnie o wywiad z mężczyzną, który dawno temu wyjechał z Poznania, ale wciąż tu bywał. Rozmowa miała dotyczyć jego przemyśleń odnośnie miasta, jak się zmieniło z perspektywy czasu. Wywiad z oczywistych względów odbył się przez telefon. Po wywiadzie zaczęły się wieczorne telefony „bo jeszcze mu się coś przypomniało”. Rozmowy były miłe, ale z mojego punktu widzenia zastanawiające i niepotrzebne. W końcu miało dojść do autoryzacji tekstu. Bohater wywiadu przyjechał akurat do Polski. Z pewnych obiektywnych względów autoryzował tekst w redakcji, choć zwyczajowo odbywa się to drogą mailową.

Usiedliśmy razem przy komputerze w sali kolegialnej. I się zaczęło.

Najpierw zaczepki słowne, potem przysłowiowa ręka na kolanie. Moja reakcja była natychmiastowa i stanowcza. Z jego strony kolejne próby „budowania bliskości”. Za każdym razem moje zdenerwowanie rosło. W rezultacie musiałam wysłuchiwać uwag, że jestem trudna i jak wytrzymuje ze mną mąż, skoro na nic nie pozwalam. Kiedy powiedziałam, że męża nie mam, mój rozmówca głośno i autorytarnie szukał powodów w tym, że nie daję się dotknąć. Miałam poczucie absurdu sytuacji, ale też druga strona była zaimpregnowana na moje argumenty.

Sytuacja zakończyła się na drugi dzień, kiedy to bohater wywiadu zadzwonił do mojego ówczesnego przełożonego z uwagami, że byłam dla niego nieprzystępna i trudna. Było nieprzyjemnie.

Teraz wiem, że to klasyczna strategia molestatorów. Kiedy słyszą stanowczy sprzeciw, są skłonni przedstawiać kobietę jako „trudną” i „z problemami”.

Czułam się, jakbym wdepnęła w gówno

- Pojechałam zdawać egzamin na studia. Na psychologię na UJ. Wieczorem po całym stresie poszłam na spacer nad Wisłę. Usiadłam na murku. Mijali mnie różni ludzie.

W pewnym momencie widok na rzekę zasłoniła mi sylwetka mężczyzny. Przesunęłam się o pół metra, żeby w świetle nadwiślańskich latarni myśleć o przyszłości. Cień znów zasłonił mi widok na rzekę. W centrum miasta naprzeciw mnie w odległości jednego metra stoi stary facet i się onanizuje. Z szerokim uśmiechem na ustach. Zabrałam torbę i zwiałam. Co jakiś czas zerkałam za siebie w nadziei, że za mną nie idzie. Czułam się, jakbym wdepnęła w gówno, a smród tego gówna ciągnął się za mną do samego domu.

Być może moja historia nie jest spektakularna, być może powiesz, że „przecież nic się nie stało”. Nie? A chciałbyś, żeby ktoś z twoich bliskich był wtedy na moim miejscu?

Nawet nie pamiętam, czy przeprosił

- To była jedna z wielu imprez w tym samym gronie. Gronie osób znających się - dłużej lub krócej, ale znajomych. Był alkohol, było sympatycznie, wesoło, wiadomo było, że wszyscy nocujemy w domu, w którym się bawimy.

Obudziłam się w środku nocy, w swoim pokoju, przygnieciona ciężarem kolegi. Nagiego. Ze wzwodem. Najpierw myślałam, że to wyjątkowo głupi, alkoholowy sen. Potem zaczęła do mnie docierać rzeczywistość. Wyrzuciłam go z łóżka i z pokoju. Potem długo nie mogłam zasnąć - drzwi wewnętrzne w mieszkaniach przecież nie mają zamków, a ja bałam się, że wróci i tym razem może mi się nie udać wywinąć.

Rano zachowywał się, jakby nic się nie stało. Nawet nie pamiętam, czy przeprosił.

Kobiety

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.