Na hulajnodze przejechał 500 kilometrów w 3 dni. Paweł Kalinowski i jego niecodzienna pasja

Czytaj dalej
Fot. Adam Kupryjaniuk
Adam Kupryjaniuk

Na hulajnodze przejechał 500 kilometrów w 3 dni. Paweł Kalinowski i jego niecodzienna pasja

Adam Kupryjaniuk

Pierwszą hulajnogę kupił trzy lata temu. Na co dzień uczy WF-u w białostockich szkołach. Na początku czerwca ukończył na niej morderczy wyścig kolarski, Pomorska 500.

- Od czego zaczęła się twoja pasja do hulajnóg?

- To moja miłość od pierwszego wrażenia. Jak pierwszy raz wsiadłem na taką z większymi kołami i odepchnąłem się parę razy, to wiedziałem, że to jest to. Pierwszą z nich kupiłem jakieś 3 lata temu. Zaczynałem od mniejszych kół 16-calowych. Jednak coś było nie tak. Chciałem dążyć do perfekcji. Zacząłem się tym bardziej interesować. Udało mi się skontaktować z innymi użytkownikami takiego sprzętu, a jest ich niewielu. W całej Polsce jest nas około 80 osób. Trafiłem na bardzo pomocnych ludzi, którzy doradzili mi w kwestii wyboru sprzętu. Moja hulajnoga szosowa była robiona na zamówienie, ma dokładnie takie parametry, jakie chciałem. Oprócz niej mam terenową i miejską. Sporo pomogli mi też nasi przyjaciele zza południowej granicy. W Czechach jest to sport narodowy. Na Facebooku grupa pasjonatów liczy sobie kilkadziesiąt tysięcy osób. Takie hulajnogi można u nich normalnie kupić w sklepie. Poza tym dużo produkuje się ich w Finlandii i Stanach Zjednoczonych. W Białymstoku takiej nie kupimy. Zainteresowanie w naszym mieście takim sprzętem jednak rośnie. Udało mi się już nawet parę osób zarazić moją pasją. Myślę, że każdy z użytkowników hulajnóg ma w sobie coś z dziecka. To jest taka frajda, której rower nie może mi zapewnić. Najbardziej mnie cieszy, że ludzie chcą aktywnie spędzać czas. Nieważne, czy biegając, pływając, czy jeżdżąc na hulajnodze. Najważniejsze, żeby się ruszać.

[polecane]21677223[/polecane]

- Opowiedz mi o konstrukcji takiego sprzętu.

- Hulajnoga jest bardzo podobna do roweru, więc sporo jej części można dostać w serwisach rowerowych. Te, z którymi współpracowałem, bardzo ułatwiły mi sprawę. Pomagali w doborze hamulców, osprzętu czy kół. Tylko rama musi być specjalna, resztę można modyfikować pod właściciela. Cena takiej podstawowej hulajnogi to około tysiąca złotych. Oczywiście, te bardziej profesjonalne mogą kosztować nawet kilkanaście tysięcy, ale do rekreacyjnego korzystania wystarczy ta podstawowa. Gdybym miał coś polecił, to myślę, że czeski hulajnogi turystyczne są idealne na początek przygody. Są dosyć bezawaryjne i nie trzeba się martwić, że coś skrzypi czy piszczy.

- Jak wygląda technika jazdy na hulajnodze? Rozumiem, że najważniejsze są silne nogi.

- Nie tylko. Podczas jazdy pracuje całe ciało. Chcąc pojechać, wykonujemy ruch podobny do wioślarskiego. Kierownicę popychamy rękami, do wyprostu łokci, a potem cofamy. Do tego dochodzi też mocne odepchnięcie się nogą. Po kilku takich ruchach osiągamy już całkiem sporą prędkość. Wiele razy podczas moich wycieczek była kiepska pogoda, ale wystarczyło, że przejechałem kilkadziesiąt metrów i już byłem nagrzany jak piec.

[polecane]21601215[/polecane]

- Jaką prędkość można osiągnąć na takiej hulajnodze?

- Jadąc na terenowej, mój zegarek zmierzył mi średnią 50 km/h na zjeździe. Na szosowej myślę, że spokojnie można jechać ponad sześćdziesiąt. To głównie kwestia odwagi i stromej górki. Ostatnio podczas 60-kilometrowego treningu miałem średnią prędkość 21 km/h. Czasem ścigają się ze mną rowerzyści. Ja wtedy lubię pokazać, co potrafię. Jak kogoś wyprzedzę, to jego mina jest bezcenna.

- To nie jest twoja pierwsza przygoda ze sportem. Wcześniej uprawiałeś inne dyscypliny. W czym się specjalizowałeś?

- Sport chyba od zawsze był bardzo ważną częścią życia. Trenowałem biegi na 10 kilometrów. Mój rekord to 32 minuty. Uprawiam też triathlon i trenuje młodzież. Moi zawodnicy zdobywali medale na wojewódzkich i ogólnopolskich mistrzostwach. Mam grupę 3T, gdzie oprócz dzieci są również dorośli. Jesteśmy jedynym klubem na Podlasiu, który jest zrzeszony w Polskim Związku Triathlonowym.

- Na początku czerwca ukończyłeś mordercze wyzwanie, jakim była Pomorska 500. Opowiedz o tym więcej.

- To zawody, które są dosyć popularne w środowisku kolarskim. Ja postanowiłem ukończyć je na hulajnodze. Polegają na tym, żeby przejechać pięćset kilometrów w ciągu 80 godzin. Podczas nich, zawodnicy nie mogą korzystać z pomocy osób postronnych. Są zdani tylko na siebie. Wszystko, czego potrzebujemy, musimy wziąć ze sobą. W tym roku w wyścigu wzięło udział około 400 kolarzy i ja. Ruszyliśmy 3 czerwca. Trasa prowadziła z Czarnocina koło Szczecina do Gdańska. Była bardzo trudna, bo prowadziła przez poligony, bagna i lasy. Tylko 15 procent trasy stanowił asfalt. Zapisując się na te zawody, nie spodziewałem się jak duże będzie to wyzwanie i że będę odczuwał tak duży ból fizyczny i psychiczny. Trenowałem, jeżdżąc długie trasy. Przejechanie trasy z Białegostoku do Białowieży i z powrotem nie było dużym problemem. W przypadku Pomorskiej 500 jazda dzień po dniu w ciągłym zmęczeniu dobiła mnie do dna. To na pewno było fajna przygoda, ale żeby ukończyć wyścig musiałem naprawdę wycierpieć. Kosztowało mnie to dużo zdrowia. Po zawodach przez tydzień byłem wrakiem. Nie dałem rady chodzić ani siedzieć. Do dziś nie cieszę się z tego, co zrobiłem. Może, jak upłynie trochę czasu, to docenię to. Najważniejsze, że obyło się bez większych kontuzji.

[polecane]21677223[/polecane]

- Wyścig trwał trzy dni, powiedz, gdzie podczas niego nocowałeś?

- Noce spędzałem pod chmurką. Miałem ze sobą namiot, śpiwór i karimatę. To wszystko wiozłem w torbie na przedniej kierownicy. Cały mój sprzęt ważył 12 kilogramów. Myślę, że to i tak dosyć niewiele. Spałem krótko, bo jakieś 4 godziny na dobę, ale było dosyć komfortowo. Najgorsze było zmęczenie i upał. Jednego dnia wypiłem 20 litrów wody. Kupowałem ją w przydrożnych sklepach, aby jej nie ciągnąć ze sobą. Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów miałem wielki kryzys. Jechałem już wbrew zdrowiu i mojemu organizmowi. Trzeba było jednak się przełamać i skończyć wyzwanie.

- Jak na Ciebie reagowali inni uczestnicy zawodów?

- W ogóle nie spodziewałem się tego, co mnie spotkało. Każdy, którego spotkałem na trasie, zaczepiał mnie i rozmawiał. Bardzo mocno mnie wspierali. Dostałem od nich takie cząstki energii, dzięki którym dojechałem do mety.

- Udało Ci się pokonać jakiegoś rowerzystę?

- Ja do tego tak nie podchodzę. Nie rozpatruję tego w kategorii kto, jakie miejsce zajął, tylko czy dojechał do mety. Rywalizacji nie ukończyło prawie 80 kolarzy. Ja w ogóle miałem trochę trudniej od nich, bo oni mają w rowerach przełożenia. Czasem musiałem nieść cały swój sprzęt pod górę. Było ich bardzo dużo i tam ponosiłem największe straty

- Brałeś udział wcześniej w innych podobnych wyścigach?

- Do tej pory jeździłem głównie rekreacyjnie i turystycznie. Uwielbiam podróżować po naszym regionie. Wycieczki do takich miejsc jak: Białowieża, Kruszyniany, Puszcza Knyszyńska dają mi siłę na resztę tygodnia. Zbieram pozytywną energię, a potem staram się ją oddawać innym.

- Jakie następne wyzwanie sobie zaplanowałeś?

- Jestem zapisany na zawody Wisła 1200 i Wschód 1400. Te liczby oznaczają dystans, jaki trzeba będzie pokonać. Natomiast ze względów logistycznych, zdrowotnych i rodzinnych, chyba będę musiał odpuścić te pierwsze. Ważniejszy jest Wschód. Trasa będzie prowadziła przez rejony bardzo bliskie memu sercu, takie jak Podlasie czy Suwalszczyzna. Oprócz tego chciałbym zdobyć na hulajnodze koronę gór polskich. Planuje to zrobić w przyszłym roku. Od dziecka uwielbiam góry i pomyślałem, że to świetny pomysł, żeby połączyć dwie moje pasje. Wiem, że na niektóre szczyty nie wjadę na hulajnodze, ale będę ją wnosił. Będzie to o tyle łatwiejsze, że nie będę ograniczony czasowo tak, jak w przypadku Pomorskiej 500. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to planuje to zrobić w przyszłym roku. Od dziecka uwielbiam góry i pomyślałem, że to świetny pomysł, żeby połączyć dwie moje pasje.

[polecane]21457107[/polecane]

- Wspominałeś o rodzinie. Powiedz, jak ona reaguje na twoje zainteresowania?

- Bardzo mnie wspierają. Bez tego w ogóle bym nie jeździł takich długich tras. Moja żona uprawiała kiedyś lekkoatletykę. Biegała i skakała w dal. Wie, z czym wiąże się trening sportowy. Bez niej na pewno by mi się nie udało realizować mojej pasji. To nie jest tak, że pojadę jednego dnia, a następnego wrócę. Człowiek najpierw pokonuje przez parę dni trasę, a potem przez tydzień dochodzi do siebie. Mój syn powiedział mi, że jak będzie dorosły, to też będzie chciał przejechać Pomorską 500, tylko że na rowerze. Jednak mówi, że zrobi to jeszcze przed założeniem rodziny. Widzi, że zostawiam go na trochę, ale rozumie i wspiera, za co bardzo mu dziękuję.

- Hulajnoga jest dla Ciebie podstawowym środkiem transportu?

- Właściwie to tak. Mam samochód, ale nie używam go zbyt często. Hulajnogą jeżdżę po mniejsze zakupy, czy do pracy. Uczę WF-u w Zespole Szkół Mechanicznych i w Szkole Podstawowej nr 9. Początkowo myślałem, że będę obiektem drwin, ale się pomyliłem. Uczniowie podchodzą, wypytują o sprzęt, pytają, czy mogą się przejechać. Nigdy im nie odmawiam. Zresztą podobne reakcje wywołuję wśród przechodniów. Niewiele osób widziała hulajnogi takie jak moje, więc im się nie dziwię.

- Jak oceniasz aktywność fizyczną wśród dzieci?

- Moi uczniowie są w różnym wieku. Od 10 roku życia do osób właściwie dorosłych. Widzę, że pandemia spowodowała ograniczenie aktywności fizycznej. Potęguje się też problem nadwagi wśród dzieci. To przecież bardzo ważne, żeby się ruszać, robić cokolwiek. Jeździć na rowerze, grać w piłkę, pływać. Staram się zarażać młodzież moją pasją do sportu. Może złapią takiego bakcyla jak ja. To im pomoże w przyszłości. Dzięki temu mogą uniknąć brania leków, czy wielu chorób.

- Gdybyś miał wybrać jedno wyjątkowe wspomnienie ze swoich wszystkich podróży to, co to by było?

- Nie jestem w stanie wybrać jednej rzeczy. Cieszy mnie każda trasa, jaką przejeżdżam, każdy szczegół, jaki widzę po drodze. Wszystko komponuję się w jedną, piękną całość. Tereny, które mamy w okolicy są wspaniałe. Cieszę się z każdej kostki brukowej na trasie, z każdej polnej drogi, że zwykłych wiosek, z cerkwi, które widzę po drodze. Wyjątkowość naszego regionu widać też po coraz większej liczbie turystów odwiedzających Podlasie. Odnajdują tu to, czego my sami czasem nie dostrzegamy.

Adam Kupryjaniuk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.