Najpierw ślub za granicą. Teraz jest wojna o dzieci

Czytaj dalej
Fot. 123RF
Marcin Kaźmierczak, SIYA

Najpierw ślub za granicą. Teraz jest wojna o dzieci

Marcin Kaźmierczak, SIYA

Niemiecki Jugendamt chce odebrać dziecko Agnieszce Schniepp spod Lubania.

Pochodząca ze Złotnik Lubańskich Agnieszka Schniepp od 11 lat mieszkała w niemieckim Goeppingen pod Stuttgartem. Batalia o 10-letniego Maxa, rozpoczęła się w styczniu 2015 roku, po rozwodzie pani Agnieszki z mężem, któremu sąd przyznał prawo do widzeń z dzieckiem trzy weekendy w miesiącu. Swoje apogeum osiągnęła w ubiegłym tygodniu. Agnieszka Schniepp w obawie przed mężem, w miniony piątek, wyjechała z synem do Polski. W sprawę zaangażował się Jugendamt - organizacja do spraw zarządzania młodzieżą, która chce odebrać Polce dziecko.

W ostatnich latach lawinowo rośnie liczba przypadków, kiedy jedno z rodziców uprowadza własne dziecko do innego kraju. W 2016 roku do polskich sądów wpłynęło 105 wniosków od obcokrajowców o wydanie dziecka uprowadzonego do Polski. W tym czasie Polacy złożyli 85 podobnych takich wniosków w zagranicznych sądach.

- Chciałam być bliżej rodziny, więc w ubiegłą środę przeprowadziłam się do Goerlitz. Były mąż dowiedział się o tym i powiadomił policję. Miałam stawić się na komisariacie w Goerlitz, ale nie zrobiłam tego, bo to by oznaczało, że Jugendamt odbierze mi syna - mówi pani Agnieszka. - Do Polski przyjechałam w obawie przed mężem. Jego nie interesowało to, że Max chce spędzać więcej czasu ze mną. Były mąż stwierdził nawet, że woli, aby naszym synem opiekowała się rodzina zastępcza niż ja miałabym to robić - mówi Agnieszka Schniepp.

Za wywiezienie syna do Polski wbrew woli byłego męża Agnieszce Schniepp grożą nawet trzy lata więzienia. Jeśli wróci do Niemiec, zostanie aresztowana. Pani Agnieszka nie zamierza jednak wracać. W sprawę pomocy Polce zaangażował się m.in. senator Rafał Ślusarz (PiS).

- Zadanie jest szalenie trudne. Nie mam zaufania do Jugendamtu, który nazwę odziedziczył po instytucji wywożącej dzieci z Polski podczas II wojny światowej. Należało więc stanąć po stronie osoby, która znalazła się na celowniku Jugendamtu - wyjaśnia Rafał Ślusarz. - Niech teraz Niemcy udowodnią, że w tej sprawie zrobią wszystko, co należy - dodaje.

Senator Ślusarz o sprawie poinformował wiceministra sprawiedliwości Michała Wójcika oraz Kamilę Zagórską z ministerialnego departamentu zajmującego się transgranicznymi postępowaniami dot. odpowiedzialności rodzicielskiej.

W sprawę rodziny spod Lubania zaangażowane jest także Międzynarodowe Stowarzyszenie Przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech.

- Były mąż pani Agnieszki ma rok na złożenie wniosku do polskiego sądu o zajęcie się tą sprawą. Jak się domyślam, uczyni to niezwłocznie. Dopiero, gdy sprawą zajmie się sąd, zrobimy kolejny ruch. Pani Agnieszka wie o grożących jej konsekwencjach, ale zdecydowała, że nie wróci do Niemiec - wyjaśnia Marcin Gal, prezes stowarzyszenia. Niestety nie jest to jedyna wojna o dziecko tocząca się na Dolnym Śląsku. Od ponad sześciu lat o prawo opieki nad córką walczy m.in. pani Patrycja z naszego regionu. Tyle samo czasu ukrywa się z dzieckiem. Nad panią Patrycją wisi bowiem nakaz odebrania córki - wydany przez sąd w Brukseli i potwierdzony już przez polski wymiar sprawiedliwości.

Rodzicielskimi wojnami o dzieci zajmuje się także polski oddział International Social Service, stowarzyszenie działające w ramach Komitetu Ochrony Praw Dziecka. Działalność stowarzyszenia pokazuje, że wojny te to nie tylko sprawy polsko-niemieckie.

- Jedna z trudniejszych spraw, jakie prowadziliśmy, dotyczyła 4-latki, która urodziła się w Stanach Zjednoczonych, a której matką była Polka. Małżeństwo przeszło w stan separacji, której przyczyną była przemoc domowa. Opieka nad dzieckiem została przyznana matce. Nie było jej jednak stać na dalszy pobyt w USA, a dodatkowo ojciec nie przyczyniał się do utrzymania dziecka i nie miał kontaktu z córką. Postanowiła więc wyjechać z córką do Polski, a że dziecko miało być w naszym kraju leczone, ojciec wyraził zgodę na wyjazd, ale ściśle określił czas pobytu w Polsce. Kobieta ze względów rodzinnych przedłużyła jednak pobyt w Polsce, na co mąż odpowiedział wniesieniem sprawy rozwodowej i wnioskiem o odebranie matce praw opieki nad dzieckiem - wspomina Kledzik-Balicka. - Kobieta nie zdecydowała się wrócić do USA i z tego, co wiem, sprawa ciągle jest w toku - dodaje.

Jak twierdzi prawniczka, Konwencja haska to rygorystyczny środek, ale często skuteczny. - Sądy nie prowadzą postępowania dowodowego i z reguły nie orzekają, który z rodziców lepiej będzie sprawował opiekę nad dzieckiem. Stwierdzają jedynie fakt uprowadzenia. Czasami to działa fatalnie, ale w przepisie chodzi o to, żeby nie dopuścić do negatywnych skutków, jakie wiążą się z przywiązaniem dziecka do nowego miejsca - wyjaśnia Kledzik-Balicka.

Zgodnie z Konwencją haską sądy mają 6 tygodni na oddalenie wniosku bądź nakazanie powrotu do kraju pochodzenia.

- To termin nierealny, bo w sprawę zaangażowane są dwie instancje. Życie pokazuje, że takie sprawy trwają nawet do roku. Tak było w przypadku ostatniej sprawy, którą prowadziłam. Sąd pierwszej instancji nakazał powrót dziecka do Finlandii, ale w sądzie apelacyjnym sprawa toczy się już blisko pół roku - zaznacza Kledzik-Balicka.

Sprawy opieki nad dziećmi reguluje m.in. Konwencja haska

Jej zapisy mówią, że jeżeli jeden z rodziców bez zgody drugiego wyjeżdża z dzieckiem z kraju dotychczasowego zamieszkania, staje się sprawcą uprowadzenia dziecka.

W 2016 r. obcokrajowcy złożyli w polskich sądach 105 wniosków o wydanie dzieci uprowadzonych do naszego kraju. Było ich aż o 75% więcej niż jeszcze w 2010 r. (58 wniosków). Przeważały wnioski obywateli Wielkiej Brytanii - 43 oraz Niemiec - 11. W przeszłości zdarzały się jednak uprowadzenia dzieci także z takich państw, jak Malta, Izrael czy Meksyk. W ostatnich latach wzrosła także liczba uprowadzeń dzieci z Polski. W 2016 r. Polacy w zagranicznych sądach złożyli 85 wniosków. Dla porównania w 2010 r. było ich 56. Najwięcej polskich dzieci wywieziono do Wielkiej Brytanii - 33 oraz Niemiec 14. W poprzednich latach małych Polaków i Polki wywożono także do Monako, Dominikany oraz Nowej Zelandii.

Marcin Kaźmierczak, SIYA

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.