Natalia Niemen: Mieli mnie za dewotkę, co po kościołach śpiewa

Czytaj dalej
Fot. Marek Zakrzewski
Paweł Gzyl

Natalia Niemen: Mieli mnie za dewotkę, co po kościołach śpiewa

Paweł Gzyl

Natalia Niemen przypomina piosenki ojca na płycie „Niemen mniej znany”. Rozmawiamy z nią, muzyce, tacie wierze i hejcie.

Cała Polska była zachwycona, kiedy na festiwalu w Opolu wykonała Pani przebój taty - „Dziwny jest ten świat”. Jakby na przekór temu postanowiła Pani najpierw koncertami, a teraz płytą przypomnieć współczesnym słuchaczom jego mniej znaną twórczość?

Nie zgodzę się, iż „cała Polska”. Część była zachwycona, a druga część - bardzo zgorszona (śmiech). Nie zrobiłam nic na przekór. Nie potrzebowałam Opola, aby wpaść na pomysł, by grać koncerty „Niemen mniej znany” z odrzuconą i niepopularną sztuką taty.

Sięgnęła Pani po kompozycje z ostatnich płyt Czesława Niemena - „Terra Deflorata” i „spodchmurykapelusza”. Co znalazła Pani w nich, że właśnie one wypełniły album?

Treści wierszy, wybitne kompozycje, takież aranżacje. A przede wszystkim fakt, iż chyba nikt przede mną, chcąc przypomnieć publiczności Czesława Niemena, nie wpadł na pomysł, aby koncertować i nagrać płytę z późnymi dziełami mistrza.

To były płyty, które spotkały się z niezrozumieniem wśród krytyków, kiedy trafiły na rynek. Sięgając po te piosenki, chce Pani zadość-uczynić tacie przykrości, które wtedy zaznał?

Nie myślałam o tym w ten sposób. Dopiero teraz mogę wykorzystać fakt stworzenia, wydania i upublicznienia tej płyty, aby pójść tym tropem. Jest to jednak efekt uboczny moich głównych pobudek, którymi były chęć uhonorowania ojca z tytułu dziesiątej rocznicy jego śmierci oraz przyjemność zadania sobie trudu popracowania z pięknie trudną sztuką.

Obie te płyty Czesław Niemen nagrał wyłącznie z wykorzystaniem elektroniki. Trudno było je przełożyć na zagrany „na żywo” jazz-rock?

Przełożyliśmy je razem z kolegami z zespołu. A konkretnie z trzema aranżerami: Tomkiem Kałwakiem, Pawłem „Bzimem” Zareckim i Piotrem Dziubkiem, który jest też producentem krążka. Jak się pracuje ze zdolnymi artystami, uczynić coś wyjątkowego z dzieła geniusza można stosunkowo szybko.

Wielu jest jeszcze takich, którzy chcą być odbiorcami takiej twórczości?

Problem w tym, że moja płyta nie zawiera muzyki popularnej. To nie jest w ogóle ta półka. Nie stawiam wysokich wymagań słuchaczowi, bo moim słuchaczem nie jest grupa osób, które interesują się popem. Tej płyty będzie słuchać garstka wrażliwców, osób staroświeckich, poetów i poszukujących duchowej prawdy. To piękne mieć takich odbiorców i zwolenników.

Kiedy zaczynała Pani działalność, wydawało się, że chce Pani zaistnieć na rodzimej scenie pop. Śpiewała Pani w chórkach Natalii Kukulskiej, a potem nagrała album „Na opak” z melodyjnymi i tanecznymi piosenkami.

Nigdy nie chciałam zaistnieć na żadnej scenie, a tym bardziej popowej. Płyta „Na opak” była moim życiowym błędem i falstartem, chociaż uczciwie muszę przyznać, że jest to bardzo dobry popowy album. Zawiera wspaniałe kompozycje, które są całkiem fajnie zaaranżowane i bardzo dobrze wykonane. Jednak to nie byłam ja. Głupio dałam się namówić pewnej grupie producentów, którzy wykorzystali moją naiwność. Wiedziona wiarą, iż jeśli nagram taką płytę, to potem będzie mi łatwiej podzielić się z publicznością moimi kompozycjami, nieźle oberwałam po głowie. Stało się bowiem dokładnie na odwrót. Z wykonywania popu nie zrezygnowałam, bo i na śpiewanie popu się nigdy nie decydowałam.

Potem, pracując z zespołami Trzecia Godzina Dnia czy New Life M, zaistniała Pani na krajowej scenie chrześcijańskiej.

Chciałam ponownie zająć się własną twórczością po tych niespodziewanych przykrościach, jakie spotkały mnie po wydaniu „Na opak”. Śmiano się bowiem ze mnie i publicznie ochrzczono „beztalenciem”. A że już od jakiegoś czasu dość aktywnie poszukiwałam Boga i znałam sporo chrześcijan, także muzyków, krok po kroku zaczęłam bywać w tym środowisku i kontynuować pracę muzyka akurat w tych zespołach. I tyle.

Należy Pani do wspólnoty baptystów, tymczasem brała Pani udział w stworzeniu wielu projektów o katolickim charakterze. Muzyka pomaga jednoczyć wszystkich chrześcijan, mimo doktrynalnych podziałów?

Jeśli jest się baptystą, nie oznacza to wcale, że współpracuje się, koleguje, przyjaźni, zna tylko z baptystami. To samo tyczy katolików czy protestantów. Nigdy nie miałam problemów z tymi podziałami. Tak, że nie było czego jednoczyć, bo wszystkich chrześcijan łączy przecież Jezus Chrystus. A przynajmniej tak powinno być.

Czy to tata zaszczepił Pani wiarę w Boga?

Nie przypominam sobie mojego taty wierzącego. A żyłam z nim pod jednym dachem przez 25 lat. Jakieś przebłyski wiary zauważyłam u taty dopiero pod koniec jego życia. Od taty nie odebrałam żadnej nauki duchowej. Nigdy mi na te tematy nic nie mówił. Za to moja mama czytała regularnie mnie i młodszej siostrze „Biblię dla dzieci”. A rodzice mojej mamy, moi ukochani dziadkowie, doprowadzili do ochrzczenia nas w wieku szkolnym i zaprowadzili na lekcje religii. Sama dopiero około 20. roku życia świadomie oddałam życie Chrystusowi.

Nigdy nie kryła Pani swojej wiary. Odczuła Pani kiedyś z tego powodu, że jest gorzej traktowana w polskim środowisku muzycznym?

No pewnie. Przecież od dawna mieli mnie za dewotkę, skończoną, bo niepopularną, przebrzmiałą piosenkarkę, która po tych beznadziejnych kościołach śpiewa. A w tych kościołach to przecież gorsi ludzie są niż na słynnych festiwalach czy paradnych scenach, nie wspominając o telewizji. Oczywiście ironizuję. Taki świat, takie życie! Ale ja się tym nie przejmuję.

Wiara pomaga wybaczać tym, którzy Panią krzywdzą swoimi wypowiedziami?

Pomaga. Ale i tak jest czasem trudno. Tego jest po prostu za dużo. Na szczęście jest Chrystus i Kościół, czyli wierzący. Możemy się wspierać i modlić za siebie. Życie jest trudne i świat ludzi jest zły. Nie chodzi mi o to, że wszyscy ludzie są źli. Dobra jest bardzo wiele. Z tym, że dobro z reguły milczy. Bzdur na temat i taty, i mój już tyle słyszałam, że czasami zaczynam się po prostu śmiać. Boże! Czego to ludzie nie wymyślą, żeby tylko móc nienawidzić. Myślę, iż nie ma na całym bożym świecie drugiego takiego narodu jak polski, który z taką lubością nienawidzi bliźnich i bardzo chętnie daje temu wyraz. Smutne to bardzo.

Poczuła Pani brzemię legendy ojca, kiedy sama weszła na estradę. Poradziła sobie Pani już z tym emocjonalnym obciążeniem?

Poczułam smród nienawiści, niechęci, pogardy i odrzucenia ze strony nielubiących mnie bez przyczyny, obcych mi ludzi. Od początku aż do teraz próbują mnie oni zaszczuć, wkładając pomiędzy mnie i ojca miecz, co jest haniebne. Te oszczerstwa zadają ból nie tylko mnie, ale też mojemu nieżyjącemu tacie, który zachwycał się moją muzykalnością, talentem wokalnym i kompozytorskim i bardzo mi kibicował. Czy poradziłam sobie z kamieniami rzucanymi we mnie? Tak, radzę sobie, choć czasem jest trudno. Z drugiej strony, im więcej mnie spotyka szyderstw i oczerniania, tym bardziej staję się silniejsza. A to jest dobre.

Pani tata był osobą zamkniętą i skupioną na sobie. Trudno było Pani pogodzić się z tym w dzieciństwie?

W dzieciństwie nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dziecko nie rozumie takich rzeczy i nie próbuje ich zrozumieć, bo posiada jeszcze niedojrzałą percepcję. Mój tata był dość specyficzny. Bywał niepotrzebnie surowy, zbyt perfekcjonistyczny. Zapewne nie miał innych umiejętności. Po latach z pewnym smutkiem muszę przyznać, że o wiele lepiej byłoby, jakby więcej z nami rozmawiał. Jakby miał dla swoich dzieci więcej czasu. Dlatego ja poświęcam moim dzieciom mnóstwo czasu. Dzieci są dalece ważniejsze od pracy.

Podobno zbliżyła się Pani z tatą, kiedy już był chory. Myśli Pani, że to cierpienie sprawiło, że tata bardziej docenił najbliższych?

Powiedziałabym, że to raczej on się bardziej zbliżył do mnie. Stał się cieplejszy, spokojniejszy, bardziej uśmiechnięty, nie przejmował się już niepotrzebnymi drobiazgami. Osoby borykające się z ciężką, trudno uleczalną chorobą, dzielę na dwie grupy. Jedni zamieniają się w zgorzkniałych, przykrych w obejściu, a drudzy - nagle wewnętrznie pięknieją, dojrzewają emocjonalnie w trymiga. Mój tata należał do tej drugiej grupy.

Mimo kariery, nie zrezygnowała Pani z założenia rodziny: jest Pani zamężna z chrześcijańskim muzykiem - Mate.O - i oboje wychowujecie dwójkę dzieci. To był trudny wybór?

Ja nie robiłam i nie robię żadnej kariery. To jest po prostu moja praca. Dlatego nie widzę tu jakiejś specjalnej trudności w pogodzeniu pracy z życiem rodzinnym. Nie jestem ani gwiazdą, ani celebrytką, nie chadzam po telewizjach śniadaniowych, nie gram czterdziestu koncertów na miesiąc. Jestem zwyczajnym człekiem - no, może trochę niezwyczajnym, bo mam porąbaną wrażliwość, czytaj: nadwrażliwość (śmiech) - który przyjmuje różne oferty pracy, kiedy takowe padają. A że czasem jest to występ w zaprzyjaźnionym programie „Jaka to melodia?” i łączy się z pokazaniem gęby troszkę bardziej publicznie, to i tak nie czyni to ze mnie robiącej karierę kobitki. Założenie rodziny to była dla mnie i Mateusza oczywista oczywistość. Tylko służenie mężowi i dzieciom daje największą radość i satysfakcję. Żadna praca i żadna kariera tego człowiekowi nie dadzą.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.