Nie czekaj na mój list - czyli facebook wygrywa

Czytaj dalej
Fot. Polskapress
Bohdan Dmochowski

Nie czekaj na mój list - czyli facebook wygrywa

Bohdan Dmochowski

W ostatnich siedmiu latach liczba wysyłanych w Polsce listów i kartek zmniejszyła się aż o 250 milionów Sztuka pisania listów przegrała z facebookiem, komórką i... pocztą.

Gdzie mogę wrzucić zwykły list? - pyta klient placówki pocztowej w Galerii Łódzkiej.

- Trzeba iść Sienkiewicza w prawo, do skrzynki pod znakiem zakazu wjazdu - instruuje panienka z okienka.

Nad sztuką pisania listów zawisły czarne chmury. Brutalnie mówiąc, epistolografia jest w agonii. Na jej ostatnie tchnienie czeka kilku grabarzy.

Mój najdroższy Romanie

Kiedy w 1969 roku cała Polska śpiewała przebój Skaldów o listonoszu, pani Regina wrzuciła do skrzynki różową kopertę z takim oto wyznaniem:

„Mój najdroższy Romanie!

Czy pamiętasz nasze ostatnie spotkanie? Czy może powoli moja postać zaczyna się rozmywać w Twej pamięci? Ja często przed snem wspominam ten świeży powiew wiatru, który trącał me włosy, gdy wypatrywałam Twego cienia. Tak mi Ciebie brak... Od razu zaczynam odliczać minuty do naszego kolejnego spotkania. Robię to również teraz, pisząc ten list. Wodzę piórem po karcie papieru, szepczę: „kocham Cię najdroższy...”

Epistolografia w agonii

Kiedyś zakochani takie listy pisali w każdy weekend i skrapiali je lawendą lub łzami wyciśniętymi tęsknotą. Regularnie korespondowali też ze sobą przyjaciele, koledzy, koleżanki, małżeństwa, rodzice z dziećmi i odwrotnie.

Która żona dostaje dziś od męża taki list, jaki 25 maja 1987 roku wysłał do przebywającej w łódzkim szpitalu pani Gieni pan Władysław ze Zgierza? A pisał tak:

„Najdroższa Żono. Nie przejmuj się mną, odpoczywaj i wracaj do zdrowia. Kasiunia po szkole gotuje mi obiadki, a Zuzia nagląda domu. W ogródku posadziłem pomidory, a przy tym posiałem ogórki i groszek (...) Na razie kończę, bo zobaczymy się w niedzielę. Twój Władek”

Dziś w torbie listonosza takich i podobnych listów, bardzo osobistych, jest jak na lekarstwo. A pan w uniformie Poczty Polskiej stał się roznosicielem głównie pism urzędowych, ulotek z promocjami i pogróżek parabanków.

- Listów prywatnych, takich od serca, mam najwyżej jeden, góra dwa w tygodniu - mówi listonosz z Bałut. - Nawet ludzie starej daty ani listów nie piszą, ani ich nie dostają. Przy okazji doręczania emerytury już nawet nie pytają, jak dawniej, czy nie wrzuciłem aby na dole do skrzynki jakiegoś zwykłego listu czy kartki, bo od prywatnej korespondencji zupełnie odwykli.

Poczta ich nie liczy

Niestety, było miło, ale się skończyło. Obecnie około 1,25 miliarda sztuk korespondencji przechodzi rocznie przez Pocztę Polską. To o około 250 milionów mniej niż jeszcze kilka lat temu. Są to ogólne dane szacunkowe, bo kopert poczta nie otwiera, więc w statystykach brak kategorii „listy prywatne”.

- W ubiegłym roku - informuje biuro rzecznika PP - odnotowaliśmy w skali firmy wzrost przesyłek kurierskich o 7 proc. oraz o ponad 14 proc. listów poleconych. Ponieważ zawartość przesyłek, jak i treść korespondencji stanowią tajemnicę, trudno wyodrębnić te wysyłane tylko w celach prywatnych.

Te „wzrosty” nijak się mają do trwającego od kilkunastu lat procesu utrudniania przez PP dostępu do jej usług zwykłym mieszkańcom miasta . Skrzynki stoją lub wiszą głównie przy 125 siedzibach łódzkich urzędów pocztowych. Rzecznik PP podaje, że skrzynek jest w Łodzi 159. To o wiele za mało, jak na trzecie pod względem wielkości miasto w Polsce.

Mają doła

Wrzucenie listu to cała wyprawa.
- Agonia sztuki pisania listów jest wynikiem nie tylko ukomórkowienia narodu - przekonuje pan Wojtek z ul. Legionów. - Kiedyś wisiała czerwona skrzynka na sąsiedniej kamienicy, ale od ponad pięciu lat znajduje się ona przy urzędzie, przeniesionym w ramach „usprawniania” usług dla ludności na teren Manufaktury. Muszę tam teraz biegać nie tylko ja, ale także wszyscy mieszkańcy Starego Polesia!

Pewna dziewczyna zwierza się przyjaciółce przez komórkę:

„Hejahejahehe. Poznalam na bronksie superowego agenta byla akcja. Tam gdzie wiesz”

Odpowiedź: „Nie wiem mam dola. Jak by coś dam SMS”.

W wolnym tłumaczeniu treść tej telefonicznej korespondencji brzmi: Witaj, poznałam na piwie przystojnego i wesołego chłopaka, było fajnie. Spotkajmy się tam gdzie zawsze.

Odpowiedź: Chyba nie przyjdę, mam dziś kiepski dzień. Jak się zdecyduję, dam ci znać.

Koperta na... kasę

- Ludzie po prostu piszą coraz mniej listów - wzdycha spotkana w sklepie plastycznym dziewczyna o porcelanowej urodzie. - Oczywiście byłabym przeszczęśliwa gdyby pan listonosz przyniósł mi list napisany na papeteryjnym papierze, w pachnącej kopercie, ale to chyba się już nie zdarzy...

Do pisania listów zgodnych ze sztuką epistolografii zniechęcają też koszty prowadzenia korespondencji w stylu retro. Na przykład w sklepach papeteria kosztuje od 6 do 41 zł.

- Jeden taki list retro kosztuje wraz ze znaczkiem około czterech złotych - podlicza sprzedawczyni. A jej kolega po fachu z wolno stojącego boksu z drobiazgami na terenie Galerii Łódzkiej dodaje:

- Młodzi pakują do kopert kasę na dyskotekę. Od żadnego klienta jeszcze nie słyszałem, że kupuje ją na list.

Natomiast Radosława Damska z Księgarni Artystyczno - Graficznej optymistycznie twierdzi, że list całkowicie nie poległ.

- Klientów kupujących listowe artykuły nadal mamy sporo, bo epistolografia ma wciąż swych zwolenników.

Wśród nich jest studentka Uniwersytetu Łódzkiego, Ewelina:

- Kiedyś pisałam bardzo dużo listów i było miło. Ostatnio napisałam do narzeczonego, nie powiem co... Mam nadzieję, że to nie był mój ostatni list.

Bohdan Dmochowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.