Nie każdy Ukrainiec zamierza jechać do Polski

Czytaj dalej
Fot. Michał Kurowicki
Michał Kurowicki

Nie każdy Ukrainiec zamierza jechać do Polski

Michał Kurowicki

Odessa. W parku na harmonii gra Sławko. Przed nim tektura z napisem: „Ludzie kochani! Pomóżcie nakarmić pięcioro dzieci, sierot bez matki”. – Jak Polska przyjmie mnie i dzieci, to mogę jechać od razu – zapewnia.

Ponad milion Ukraińców pracuje dziś w Polsce – wynika z danych urzędów pracy. Nigdy w powojennej historii nie przyjechało do nas tak wielu cudzoziemców w tak krótkim czasie. Co sądzą o nas i czy wybierają się tu w jeszcze większej liczbie? Postanowiłem zapytać ich o to osobiście. Nocnymi pociągami objechałem Ukrainę.

Zamrożeni szachiści

Pierwsza stacja to miasto Dnipro. Milion mieszkańców. Prawie wszyscy mówią tu po rosyjsku. Jeszcze w maju ubiegłego roku miasto nazywało się Dniepropietrowsk. Nazwa została zmieniona na mocy ustawy dekomunizacyjnej.

W Parku Kultury i Wypoczynku grają szachiści. Kilkunastu mężczyzn od rana mówi szach i mat. Wszyscy po pięćdziesiątce. Stoją skupieni przy kamiennych szachownicach. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie temperatura. Na zewnątrz minus piętnaście stopni. Wokół biało od śniegu. Szachiści z Dnipro mówią mi, że nie wybierają się do pracy nad Wisłę.

– Po co mam jechać do Polski, jak tu mam wszystko? W lecie jeżdżę ze znajomymi na działkę pod miasto, o tam, za rzekę 
– Wołodia pokazuje na płynący obok zamarznięty Dniepr. – Biorę szachy. Siadamy pod czereśnią i gramy do nocy. W zimie to samo, tylko ogródek zamieniam na park. Wiem, że młodzi jeżdżą za robotą, ale moje pokolenie już za stare na takie wyprawy.

Granatami w Ruskich?

Na największym targu w Dnipro, o nazwie Ozierka, można kupić wszystko. Suszone i solone rybki, huculskie kożuchy, wędzone czy surowe mięso, lokalną horiałkę, czyli bimber. Nawet granaty!

– Co miesiąc jeżdżę do Baku po świeżą dostawę – opowiada Hamid, który jest Azerem. – Przywożę stamtąd granaty, wielkie jak moja pięść. Nie, nie rzucam nimi w Rosjan. To granaty pokoju, słodko-kwaśne. Wyciskam z nich sok i sprzedaję na targu. Zresztą... lubię Ruskich, lubię Ukraińców i lubię granaty.

Hamid był już w Polsce, służył jeszcze w armii radzieckiej. Spędził pół roku w jednostce w Kołobrzegu. Dopytuje mnie, czy ciągle stoi tam pomnik żołnierzy radzieckich. Chciałby spróbować handlu granatami u nas, ale dodaje, że nie jest na to jeszcze gotowy.

– Jak się tu dorobię, to na pewno do was przyjadę – przekonuje Hamid i częstuje szklanką świeżego soku z granatów. Potem daje do ręki jeszcze ćwierć litra i dwa wielkie owoce. Wyciąga rękę i prosi o 200 hrywien za wszystko, czyli 30 złotych. Ma żyłkę do interesów! Na pewno w końcu pojawi się na jednym z targów w Polsce.

Mamy czcić powstanie AK?

Noc w pociągu i druga stacja. Tym razem Mariupol. Do linii frontu kilkanaście kilometrów. Na jednej z ulic – centrum pomocy uchodźcom. W środku kierownik Dymitr. Wspomina o ludziach, którzy musieli uciekać z terenów zajętych przez rosyjskich separatystów. Poznaje, że jestem z Polski. Od razu zaczyna opowiadać o Banderze i UPA. Jako o bohaterach. Dobrze orientuje się w tym, co dzieje się w naszym kraju. Pokazuje mi lokalną gazetę z cytatem z tygodnika „Wprost”.

– Zobacz, co tu jest napisane – wskazuje palcem Dymitr. – Wasz minister Waszczykowski mówi, że jeśli za rok na Ukrainie dojdzie do jakiejś narodowej fety z okazji 75. rocznicy powstania UPA, nikt z Polski tam nie pojedzie. Przesłanie będzie bardzo jasne. Minister ma nadzieję, że w Kijowie mają tego świadomość.

Dymitr jest tym oburzony. Uważa to za szantaż. – To może nam jeszcze każecie obchodzić rocznicę powstania Armii Krajowej?! – pyta wyraźnie podenerwowany. Dodajmy, że cały czas mówi po rosyjsku, bo jak powiedział, ukraińskiego dopiero się uczy. Zresztą to nic dziwnego. W Mariupolu wszyscy mówią po rosyjsku. Po ukraińsku porozumiewają się tylko żołnierze stacjonującego tu batalionu Azov, którzy przyjechali z zachodniej części kraju.

Znawca hymnów

Kolejna noc w pociągu. Przystanek Odessa. Wieje ciepły wiatr od Morza Czarnego. W parku na harmonii gra mężczyzna. Przed nim kawałek tektury z napisem: Ludzie kochani! Pomóżcie nakarmić pięcioro dzieci, sierot bez matki. Bardzo wam dziękuję.

Czy grajek chce przyjechać do naszego kraju?

– Jak Polska przyjmie mnie i pięcioro dzieci, którymi się opiekuję, to mogę jechać od razu – zapewnia Sławko.
– A zdjęcie można ci zrobić do polskiej gazety? – pytam.
– No daj z 50 hrywien i możesz robić, ile chcesz.
– A jakąś melodię za darmo zagrasz?
Sławko chwilę myśli i zaczyna grać Mazurka Dąbrowskiego, paląc przy tym papierosa. Chwali się, że zna wszystkie hymny świata. Przecież w Odessie tylu turystów. Nie wierzę mu i proszę, żeby zagrał jeszcze jakiś. I tu zaczyna się jego popis. Z harmonii leci hymn USA, Marsylianka, hymn rosyjski, Międzynarodówka...

Na statku zarobię więcej

W jednej z dzielnic kilku uczniów szkoły morskiej. Wszyscy w jednakowych, czarnych mundurach. Na głowach wielkie czapy. Jednego z nich pytam o Polskę. Mówi, że na pewno nie wybiera się do nas do pracy.

– Mam kolegę, który wyjechał za robotą do Lublina – opowiada Petro. – Mówił mi, że dosyć dobrze u was płacą, ale myślę, że w naszej flocie zarobię więcej. O waszym kraju nie wiem za dużo. Pewnie dlatego, że potęgą morską nigdy nie byliście. Dlatego w naszej szkole o Polsce prawie nic się nie uczymy.

Polska od morza do morza

Dwie godziny drogi od Odessy. Białogród nad Dniestrem, dawniej Akerman. U wejścia do największego zabytku miasta, słynnej twierdzy akermańskiej, pamiątki sprzedaje Jeliena.

Stoimy wspólnie w miejscu narodowego mitu. Marzenia o Polsce od morza do morza. To właśnie dotąd, do ujścia Dniestru, w XV wieku sięgał nasz kraj. Jednym końcem opierał się o czarnomorskie brzegi, drugim o zimne plaże Bałtyku. O stepach akermańskich pisał Adam Mickiewicz w romantycznych słowach: „Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu (...) To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu”.

– Przez tę legendę mam tu tłumy Polaków – przyznaje Jeliena, stojąc koło swojego kramu z pamiątkami. – Ale bardzo mnie to cieszy. Miło mi się z nimi rozmawia. Ja mówię po rosyjsku, oni po polsku i dobrze się rozumiemy. W każdym narodzie znajdą się dobrzy i źli ludzie. Tak samo jest z Polakami i Ukraińcami.

Ze sprzedaży pamiątek ma wystarczający utarg. Nie musi jechać za pracą. Do Polski chciałaby przyjechać, ale jako turystka. Jeszcze nigdy u nas nie była, choć przez dwadzieścia lat mieszkała bardzo blisko, bo w Królewcu, dawnym Kaliningradzie.
Następna noc w pociągu. Przystanek Drohobycz. W rynku, razem ze swoim synkiem, gołębie karmi Oleksandr. Za nim na jednej z kamienic wisi wielki portret Bandery.

– Pracuję w Polsce, w firmie, która wstawia okna – mówi Oleksandr. – Ludzie są u was życzliwi. A najważniejsze, że pensja wysoka i zawsze na czas.
– A ten Bandera, który wisi w rynku, co o nim sądzisz? – dopytuję.
– Nawet na niego nie zwróciłem uwagi. Ktoś go kiedyś powiesił, to wisi. Dla mnie ważniejsze jest to, kiedy zadzwonią z Polski i powiedzą, żebym przyjechał do roboty, bo są zlecenia na wstawianie okien.

Polsko-ukraińskie wesele

Dziesięć kilometrów dalej – Borysław. Przed wojną stolica polskiej nafty. W jednym z domów wita mnie Orest Pieriełom. Jest Łemkiem, którego całą rodzinę wysiedlono po wojnie spod Sanoka.

Zajęli dom Polaków, których w 1945 roku wysiedlono z Borysławia do Wałbrzycha. Tak się składa, że tymi Polakami byli moi dziadkowie. Siadamy wspólnie przy stole w kuchni, w której przed wojną mój dziadek spotykał się ze swoją przyszłą żoną, moją babcią. Orest przygotowuje kawę, częstuje ciastkami. Wcześniej oprowadza po całym domu i ogrodzie. Rosną w nim jeszcze jabłonie i śliwy sadzone przed wojną. Gospodarz jest bardzo życzliwy i trochę wzruszony. Podobnie jak ja.

– I twoi dziadkowie wysiedleni, i moi – mówi Orest. – Pewnie i jakąś niemiecką rodzinę przenieśli, żebyście mieli gdzie mieszkać po wojnie w Wałbrzychu. Takie już życie. Ale ja do Polaków nie mam pretensji o przesiedlenie. Było, minęło.

– Myślę za to, że to dobrze, że Ukraińcy mogą pracować w Polsce – dodaje. – Na 
wschodzie jest wojna. Pracy nie ma. To, co było na wschodzie, cały przemysł, Rosja rozbiła. Gdyby z czasem uprzemysłowić zachód Ukrainy, gdyby tu prywatni zagraniczni biz-nesmeni zrobili inwestycje, byłoby inaczej. Gdyby Ukraińcy mieli tutaj pracę i zapłatę, to by nie wyjeżdżali do Polski czy Hiszpanii. Gdyby tu była praca, woleliby tu żyć.

Po godzinie rozmowy Orest mówi, że ma miłą córkę Mariannę. Chce, żebyśmy się poznali. – Przyjedź do nas, jak będzie w domu – zachęca. – Pogadajcie, poznajcie się. Może się polubicie. Gdybyście kiedyś byli razem, to by było dopiero polsko-ukraińskie pojednanie. A jakie wesele bym wyprawił!

Michał Kurowicki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.