Paweł Stachnik

Oficer wybitnego męstwa

Gen. Mond przemawia na uroczystości ślubowania olimpijczyków. Z lewej wiceprezydent Krakowa Stanisław Klimecki Gen. Mond przemawia na uroczystości ślubowania olimpijczyków. Z lewej wiceprezydent Krakowa Stanisław Klimecki
Paweł Stachnik

WRZESIEŃ 1939. Gen. Bernard Mond, dowódca krakowskiej 6. Dywizji Piechoty, nie dopuścił do jej rozbicia. Przeprowadził ją spod Pszczyny na Lubelszczyznę. Skapitulował, gdy nie było już możliwości walki.

Bernard Mond urodził się 14 listopada 1887 r. w Stanisławowie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Jego rodzicami byli urzędnik kolejowy Maurycy Mond i jego żona Salomea Spanier. Kształcił się w Gimnazjum Realnym w Brodach, które ukończył w 1907 r. Tak jak wielu jego rówieśników związał się w szkole z ruchem konspiracyjnym - należał do Organizacji Niepodległościowej Młodzieży Polskiej. Po maturze odbył jednoroczną służbę wojskową, którą ukończył jako chorąży. Następnie związał się z Drużynami Bartoszowymi - organizacją ruchu ludowego prowadzącą militarne szkolenie młodzieży wiejskiej. Został instruktorem w Brodach, potem we Lwowie.

Ogromny chłop

Rozpoczął też studia prawnicze na Uniwersytecie Lwowskim, ale z powodu trudnej sytuacji materialnej przerwał je w 1910 r. Ukończył za to roczny kurs urzędników państwowych przy Dyrekcji Okręgowej Kolei we Lwowie, co dawało szansę na solidną posadę. Rzeczywiście, od 1911 pracował w tejże Dyrekcji, a jego sytuacja materialna na tyle się poprawiła, że w 1913 znów podjął studia prawnicze.

Naukę przerwał wybuch wojny. Mond został zmobilizowany do lwowskiego 95. pułku piechoty. Awansowano go na podporucznika, dowodził kompanią, a potem batalionem marszowym. W 1916 r. walczył na froncie rosyjskim, został porucznikiem. 20 września dostał się do niewoli. Wywieziono go do Troicka w głębi Rosji, ale udało mu się uciec z obozu jenieckiego i przedostać na drugą stronę frontu. Wrócił do Galicji i do swojego pułku, gdzie objął dowództwo kompanii zapasowej. Służbę w c. i k. armii porzucił w październiku 1918 r.

2 listopada wstąpił do polskich oddziałów broniących Lwowa. Został tam dowódcą odcinka „Cytadela”. Tak opisywał go uczestnik walk, późniejszy historyk i oficer WP Wacław Lipiński: „Ogromny chłop, twarde, grube rysy, twarz rzymskiego legionisty, który bez wzruszenia, spokojnie potrafi stać wśród warczących grotów”. Mond zasłynął wśród obrońców z odwagi i opanowania. Podległy mu odcinek obchodził codziennie nie kryjąc się przed ukraińskim ogniem. „Poruszał się całkiem wolny w ogniu, w kąśliwych wizgach kul, z grubą lagą w ręku chadzał zawsze frontem. Kule go mijały, zdając się mieć pełny respekt przed jego nonszalancją”.

Jako dowódca musiał sobie radzić dobrze, bo 22 listopada gen. Bolesław Roja awansował go na kapitana. Po oswobodzeniu miasta Mond wstąpił do 1. Pułku Strzelców Lwowskich, w szeregach którego wziął udział w walkach z Ukraińcami. Potem przeniesiono go do 5. Pułku Piechoty Legionów, gdzie był dowódcą kompanii i batalionu, i z którym walczył na Wileńszczyźnie.

Cały czas na linii

Kolejnym przydziałem Monda był 6. Pułk Piechoty Legionów. Na czele batalionu wziął udział w ofensywie na Ukrainie, a 6 czerwca 1920 r. odniósł ranę w walkach pod Kijowem. Odesłano go na tyły, gdzie mimo rany pełnił służbę jako komendant placu i stacji kolejowej w Sarnach. Po krótkim pobycie w szpitalu w Krakowie po trzech tygodniach wrócił do szeregów. Awansowano go na majora i został dowódcą formowanego w Warszawie 205. Ochotniczego Pułku Piechoty.

Jednostkę tę tworzyli w dużej mierze młodzi mieszkańcy stolicy: studenci i harcerze, a patronat nad nim objął warszawski cech szewców (pułk nosił imię Jana Kilińskiego). Pułk walczył w obronie Ostrołęki, w bitwach pod Makowem, Przewodowem i Nasielskiem. Historyk z IPN Marek Gałęzowski cytuje w swojej książce „Żydzi walczący o Polskę. Zapomniani obrońcy Rzeczypospolitej”, taką oto opinię o mjr. Mondzie z tamtego czasu: „Pełen energii i inicjatywy, brawurowo odważny, prowadził osobiście młodych swych żołnierzy do ataku, pouczał i zaprawiał do walki, osłaniał w czasie odwrotu”.

Jak podkreśla badacz, to dzięki właściwemu podejściu i dowodzeniu Monda złożony z niedoświadczonych żołnierzy pułk nie uległ dezorganizacji podczas licznych odwrotów, a gdy przyszło do kontrofensywy „na pierwszy rozkaz ataku nad rzeką Wkrą […] wyrzucił przeważające siły nieprzyjaciela bagnetem za rzekę. Mjr Mond cały czas na linii w najsilniejszym ogniu nieprzyjacielskim zachęca swym przykładem żołnierzy i oficerów swego pułku do wytrwania, a następnie pościgu za cofającym się nieprzyjacielem”.

Potem 205. Pułk uczestniczył w bitwie niemeńskiej, w której atakował bronione przez bolszewików forty grodzieńskie. Jeszcze potem starł się z Litwinami zdobywając Orany na północny wschód od Grodna. Oddajmy raz jeszcze głos dokumentom: „Z pierwszymi żołnierzami [Mond - przyp. PS] wpada konno na stację Orany, nie zważając na ogień litewskiej pancerki Gedeminas, która to zostaje

zdobyta dzięki niesłychanej szybkości akcji, prowadzonej osobiście z brawurową odwagą przez mjr. Monda”. Wszystkie to dało naszemu bohaterowi czterokrotnie Krzyż Walecznych i Krzyż Virtuti Militari. Dowódca Dywizji Ochotniczej, w skład której wchodził 205. Pułk, ppłk Adam Koc, napisał we wniosku odznaczeniowym: „Gorąco popieram! Jest to oficer wybitnego męstwa”.

Odważny Żyd

Po wojnie Mond pozostał w armii. Uzupełniał wykształcenie, pełnił służbę na różnych stanowiskach. Był komendantem Wilna, dowodził 49. Pułkiem Piechoty w Kołomyi, w 1924 r. został pułkownikiem. Trzy lata później trafił do Krakowa jako dowódca piechoty dywizyjnej w 6. Dywizji Piechoty, a po kursie w Centrum Wyższych Studiów Wojskowych w Warszawie 4 października 1932 r. objął dowództwo tej krakowskiej jednostki. W grudniu awansowano go na generała brygady. Był jednym z dwóch generałów pochodzenia żydowskiego w WP.

W ocenach przełożonych dominowały pozytywne opinie o nim. Podkreślano jego energię, zaangażowanie, dbałość o jednostki i podwładnych. Były też jednak opinie krytyczne. Gen. Stanisław Kwaśniewski z Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych wystawił Mondowi po ćwiczeniach w marcu 1937 r. bardzo negatywną ocenę: „Na szczeblu wyższego dowódcy wartości taktycznych u gen. Monda znaleźć nie mogę. Jako kierownik ćwiczenia aplikacyjnego dywizji nie wydobył z siebie żadnej treści, nie wyciągnął żadnych pouczających wniosków, prowadził je w sposób nudny (ćwiczenie było powtórką w terenie ćwiczenia przeprowadzonego już na mapie). Interpelowany - poszukuje wykrętów. Widocznie nie pracuje nad sobą wojskowo. Mam wątpliwość, czy odpowiada pod każdym względem na stanowisku dowódcy dywizji”. Płk Stefan Rowecki zanotował z kolei: „Odważny Żyd z wojny 1918-20. Brak danych na dowódcę dywizji, a tym bardziej wyżej”.

Być może gen. Kwaśniewski miał nieco racji pisząc, że Mond więcej zajmuje się więcej sprawami cywilnymi niż wojskowymi. Podczas służby w Krakowie rzeczywiście brał aktywny udział w życiu miasta. Był prezesem krakowskiego oddziału Ligi Morskiej i Kolonialnej, należał do komitetu wojewódzkiego Funduszu Obrony Narodowej. Prezesował Krakowskiemu Okręgowemu Związkowi Piłki Nożnej i Wojskowemu Klubowi Sportowemu „Wawel”. Zasiadał w Radzie Seniorów „Wisły”, a w 1939 r. był wiceprzewodniczącym Regionalnego Komitetu Olimpijskiego, który przygotowywał krakowskich zawodników do olimpiady w 1940 r.

To właśnie Mond przyczynił się do zakończenia kariery piłkarskiej przez znanego piłkarza „Wisły” Henryka Reymana. Oto podczas meczu „Wisły” z „Cracovią” 10 czerwca 1933 r. doszło do scysji Reymana z sędzią. W wyniku kłótni Reyman i cała drużyna „Wisły” zeszli z boiska. Na incydent zareagował Mond, który jako szef miejscowego związku piłki nożnej zakazał wojskowym gry w klubach cywilnych. Decyzję uzasadnił zachowaniem kibiców „Cracovii” wobec Reymana (na co dzień majora WP): „Nie możemy dopuścić do takich wypadków, jakie mieliśmy ubiegłej niedzieli w Krakowie. Nie uchodzi, żeby oficer w służbie czynnej schodził z boiska wśród okrzyków i gwizdów kilkutysięcznego tłumu.”. W efekcie Reyman musiał zakończyć świetną karierę…

Mimo tego epizodu Bernard Mond był pod Wawelem postacią znaną i lubianą. Krakowski muzyk i dyrygent, Wacław Karaś, skomponował na jego cześć marsz „Generał Mond”. Powodem do uszczypliwych żartów stało się z kolei przytoczone przez Marka Gałęzowskiego wydarzenie z maja 1939 r. Wtedy to gen. Mond wraz z prezydentem Krakowa Mieczysławem Kaplickim asystowali abp. Adamowi Sapieże w procesji Bożego Ciała. Jak zapisał pewien krakowski historyk: „Musiano wieżę mariacką odrutować, aby nie pękła ze śmiechu, jak metropolitę Sapiehę prowadził pod baldachimem z jednej strony generał Mond, a z drugiej prezydent Kaplicki”. Obaj byli bowiem żydowskiego pochodzenia.

W walce i odwrocie

Godzina próby dla gen. Monda nadeszła we wrześniu 1939 r. Jego 6. Dywizja należąca do Armii „Kraków” została przydzielona do Grupy Operacyjnej „Bielsko”. Rozmieszczono ją na 18-kilometrowym odcinku wokół Pszczyny. 1 września broniła się przed niemiecką 5. Dywizją Pancerną. W nierównej, dramatycznej walce w bitwie pod Pszczyną rozbite zostały trzy jej bataliony, utracono też wiele dział.

Osłabiona Dywizja wytrwała na pozycji, ale Niemcy przerwali front i ruszyli w kierunku przeprawy przez Wisłę. Sprawiło to, że Grupa Operacyjna „Bielsko” musiała się wycofać. W walkach odwrotowych 6. Dywizja dotarła do Dunajca w okolicach Biskupic Radłowskich. Razem z 21. Dywizją Piechoty Górskiej broniła tam atakowanych przez niemieckie czołówki przepraw przez rzekę.

Znad Sanu, gdzie obrona przepraw nie powiodła się - Dywizja gen. Monda wraz z pozostałościami Armii „Kraków” dotarła na Lubelszczyznę i wzięła udział w bitwie pod Tomaszowem Lubelskim, w której duże siły polskie usiłowały przebić się w kierunku Lwowa. 6. Dywizja nacierała na południe w kierunku miejscowości Narol i Werchata. Gdy pod tą drugą Niemcy wyprowadzili kontruderzenie, gen. Mond skręcił na zachód, w stronę Cieszanowa.

20 września 6. Dywizja doszła w okolice wsi Podemszczyzna na południowy wschód od Cieszanowa. Tam przed południem pojawił się niemiecki parlamentariusz, który oświadczył, że jednostka jest otoczona. Wezwał do kapitulacji, a w razie odmowy zagroził zbombardowaniem przez lotnictwo. Generał starał się najpierw nawiązać kontakt z dowództwem Armii „Kraków”. Gdy się to nie udało zwołał odprawę dowódców oddziałów. Większość z nich opowiedziała się za kapitulacją, więc podjął decyzję o poddaniu. Odrzucił propozycję przebijania się na wschód do Sowietów. Dywizja złożyła broń około godz. 15. Liczyła wtedy około 3 tys. wyczerpanych żołnierzy i miała niewiele amunicji do dział i cekaemów. W nieustannej walce lub odwrocie była od 1 września. Jak widać, w momencie próby Bernard Mond wykazał umiejętności dowódcze - nie pozwolił rozbić swojej dywizji, a skapitulował dopiero wtedy, gdy nie było już możliwości walki. Z relacji wynika też, że cały czas był z żołnierzami. Podtrzymywał na duchu, pomagał ustawiać działa, ale i „grzmocił laską po grzbiecie cofających się piechurów”.

Magazynier w spółdzielni

Gen. Mond trafił do niewoli. Przeszedł przez kilka oflagów, by ostatecznie trafić do obozu VII A Murnau. Tak opisywano go w informacji dla polskich władz w Londynie: „Bardzo schudł (40 kg), podniecony i stale judzący przeciw Niemcom”. Za tę niepokorną postawę dowództwo oflagu karało go szykanami.

Dramatycznie potoczyły się losy jego najbliższej rodziny w okupowanym kraju. Synowie Adam i Jerzy wstąpili do AK i wzięli udział w powstaniu warszawskim. Żona Helena puściła dom przy ul. Beliny-Prażmowskiego 20 w Krakowie i w 1942 r. przeniosła się do Zakliczyna. W mniejszym mieście łatwiej było się ukryć. Mieszkała tam ze swoją siostrą Emilią i jej córkami oraz dwiema siostrami generała - Zofią i Henryką.

Po roku ktoś doniósł na nie do tarnowskiego gestapo. Wszystkie kobiety zostały 30 listopada 1943 r. aresztowane. 1 grudnia przewieziono je do Tarnowa, zaprowadzono do getta, a tam dwaj miejscowi gestapowcy zmusili je do rozebrania się, położenia twarzą do ziemi, a następnie zamordowali strzałami w głowę.

Gen. Mond po wyzwoleniu z obozu przedostał się do Francji, a w 1946 r. wrócił do kraju. Zamieszkał w Krakowie w swoim domu przy Beliny-Prażmowskiego, zatrudnił się w Biurze Podróży „Orbis”, ożenił ponownie. W 1950 r. został zwolniony z pracy. Pracował dorywczo jako magazynier w spółdzielni „Grzegórzki”. Wierny swoim piłkarskim zainteresowaniom chodził na mecze „Wisły”. Pozostawał w kręgu zainteresowania Urzędu Bezpieczeństwa, który inwigilował go i kontrolował jego korespondencję. Zmarł 5 lipca 1957 r. Pochowano go (już z wojskowymi honorami) na Cmentarzu Rakowickim. Jego imię nosi ulica w Mistrzejowicach.

Paweł Stachnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.