Bartosz J. Klepacki

Oni resztę życia spędzą w więzieniu. A ona pomaga im znaleźć sens takiego życia

Oni resztę życia spędzą w więzieniu. A ona pomaga im znaleźć sens takiego życia Fot. 123RF
Bartosz J. Klepacki

- To wielka sztuka, by w bestii zobaczyć człowieka - mówi kpt. Marta Perkowska, psycholożka z Zakładu Karnego w Czerwonym Borze. Pracuje z ludźmi, którzy mają wyroki dożywocia lub też perspektywę spędzenia 25 lat za kratami.

- Jak się pracuje z człowiekiem, który ma świadomość, że już nigdy nie wyjdzie na wolność, że resztę swojego życia spędzi w więzieniu? Co mu pani mówi?

- Sytuacja, gdy człowiek ma wyrok dożywotniego pozbawienia wolności bez możliwości ubiegania się o warunkowe, przedterminowe zwolnienie jest niezmierną rzadkością. Zgodnie z przepisami, osoba skazana na tzw. dożywocie może ubiegać się o warunkowe zwolnienie po odbyciu 25 lat kary. Choć zdarzają się sytuacje, gdy w wyroku sądu określono inną granicę niż 25 lat, np. 40. Dla niektórych jednak może to oznaczać dosłownie „dożywocie“, ponieważ trafiając do zakładu karnego mają np. 45-50 lat. Uwzględniając średnią życia w naszym kraju, może się zdarzyć, że część z tych osób nie dożyje momentu odzyskania wolności.

Jednak wbrew pozorom, takie osoby mają zawsze nadzieję na wyjście i to jest dobre, ponieważ daje możliwość znalezienia celu pracy resocjalizacyjnej, terapeutycznej. Gdy nie ma nadziei, znaleźć sens pracy nad swoimi problemami i motywację do zmiany jest bardzo trudno. Sens życia - pomimo wyroku - to jest to, co muszę im pomóc odnaleźć. Nawet jeśli świat nie widzi sensu utrzymywania takiej osoby, ponieważ dopuściła się okrutnej zbrodni, ja ciągle muszę mieć na uwadze, że ten człowiek może kiedyś wyjść na wolność i stać się częścią społeczności, w której żyjemy, w której żyję ja, pan, pana rodzina i sąsiedzi. Moim zadaniem jest, by ten człowiek po latach izolacji nie stanowił zagrożenia dla innych, ale także, by nie był ciężarem dla społeczeństwa. Brzmi to dość utopijnie, jednak musimy mieć ideał, do którego dążymy. Każdy z nas chce się czuć bezpiecznie. Lepiej więc mieć obok siebie kogoś, kogo celem życiowym nie jest chęć odwetu, a chęć realizacji swoich potrzeb zgodnie z „niekryminalnym“ systemem wartości. By to osiągnąć, osadzony musi dokonać swoistej zmiany przekonań, które ukształtował w sobie w toku doświadczeń życiowych i które doprowadziły go do popełnienia zbrodni. I ja mu w tej przemianie pomagam.

- Co jest najtrudniejsze?

- To, że są sytuacje, które ciężko przewidzieć. Pracuję w oddziale aresztowym, przejściowym, z osobami z długimi wyrokami. To tu trafiają skazani, którzy są w sytuacji kryzysowej, świeżo po zatrzymaniu lub przed ciężkim wyrokiem, który może być dla nich trudny do zaakceptowania. Oni często nie godzą się z tą karą lub nie przyznają do winy. Spodziewają się też odrzucenia przez rodzinę i ostracyzmu społecznego. Zwłaszcza, gdy sprawa, w której są podejrzani jest „medialna” i budzi silne emocje w społeczeństwie.

Dla znacznej części osób więzienie wiąże się też z przerwaniem ciągu alkoholowego lub narkotycznego. Jeżeli wystąpią objawy zespołu abstynencyjnego, zwłaszcza powikłanego majaczeniem, musimy się zmierzyć z zaburzeniami zachowania, zaburzeniami psychicznymi, emocjonalnymi. Taka osoba wymaga nie tylko pomocy medycznej, ale też wzmożonego dozoru psychologa, wychowawcy i oddziałowego. W tym czasie może bowiem dojść do zachowań autodestrukcyjnych z powodu odczuwanego podczas majaczenia silnego lęku, halucynacji... Częste są omamy słuchowe. Nierzadko osadzony słyszy głos nakazujący mu się zabić, wyzywający go... To jest niezmiernie przykre i trudne doświadczenie. Czasami rozpoznaję u osadzonego syndrom presuicydalny - zespół objawów wskazujący na wzmożone ryzyko samobójcze.

- Dlaczego więźniowie chcą popełniać samobójstwa? Nie radzą sobie ze świadomością, że resztę życia spędzą za kratami? A może dręczą ich wyrzuty sumienia za popełnione zbrodnie?

- Pobudki, jakimi się kierują są różne - poczucie winy, lęk przed uwięzieniem, ale też lęk przed opuszczenim zakładu karnego, przed życiem poza więzieniem, poczucie beznadziei, samotność, ale też zaburzenia psychiczne. Często jednak samobójstwo nie jest zamierzone. Tak jest w sytuacjach, gdy osadzony planuje jedynie manifestację samobójczą w celu osiągnięcia jakichś korzyści, wymuszenia określonych decyzji, wpłynięcia na wynik postępowania karnego. Niestety, czasem wbrew ich zamiarom, w wyniku podjętych działań - umierają.

Zdarza się też, że samobójstwo jest efektem agresji wymierzonej przeciw komuś innemu. Ma być formą ukarania takiej osoby. Jakby chcieli powiedzieć: „pamiętaj, że to ty mnie pochowałaś żywcem, ty mnie do tego doprowadziłaś”. Jeśli w takiej sytuacji do samobójstwa nie dojdzie, to praca z taką osobą polega na zidentyfikowaniu, kto tak naprawdę miał być obiektem agresji i zaczynamy pracę nad tą relacją, nad wybaczeniem.

Niestety, znacznej części samobójstw nie da się przewidzieć. Uważam, że i tak w kwestii opieki psychologicznej, skazani często są w lepszej sytuacji, niż byliby na wolności. Tam nikt nie czuwał nad nimi, nikogo nie interesował ich stan emocjonalny. A trafiając do nas, często już mają za sobą co najmniej kilka prób samobójczych lub innych aktów autoagresji. Zachowania autodestrukcyjne są często jedynym znanym im sposobem na regulowanie emocji. Wynika to z ich zaburzonej osobowości. Rana ciała boli mniej niż rana duszy, ale przez chwilę pozwala oderwać myśli od cierpienia duchowego.

- Więźniowie chętnie z panią rozmawiają?

- Chętnie. Trzeba tu uwzględnić, że to jest część zamknięta zakładu karnego. Dla nich każde wyjście z celi jest atrakcyjne. Zgłaszają się do mnie często tylko po to, by zmienić otoczenie. To jest bardzo ważne ze względów psychologicznych. Przebywanie z osobami, z którymi często na wolności pewnie nigdy by się z własnej woli nie kontaktowali, bardzo męczy. A możliwość porozmawiania z kimś innym, pozwala im przetrwać. Poza tym, współosadzeni to nie jest towarzystwo do zwierzeń, ponieważ w środowisku kryminalnym nikt nie chce się odsłaniać ze swoimi słabościami, by nie zostało to wykorzystane przez innych. Pamiętajmy, że osoby skazane to przestępcy, którzy nierzadko - z racji osobowości antyspołecznej - wykorzystują słabe punkty innych dla własnych korzyści. Natomiast przyznanie się do swoich słabości, błędów jest konieczne, by rozpocząć zmianę. Gdzieś więc muszą to uczynić i czynią to w gabinecie psychologa.

- Zapewne spotyka też pani takie osoby, który więzienie traktuje jak normalną część swojego życia i ani myślą współpracować, by się zmienić...

- Tak, są więźniowie, dla których pobyt za kratami to „rodzinna tradycja“. Nie czują potrzeby zmiany. Wręcz przeciwnie, pobyt w zakładzie karnym powoduje, że ich status społeczny w środowisku, w którym żyją, wzrasta. To frustrujące dla psychologa, ale też wychowawcy.

Osoby, które wychowywały się w środowisku kryminogennym, nierzadko mają pobyty w więzieniu jakby wpisane w historię swojego życia. Spodziewają się tego. Ich ojcowie siedzieli, więc kiedy sami trafiają do zakładu karnego nie jest to coś, co traktują jako porażkę życiową.

- Co im pani mówi? Że jest inny sposób na życie? Jak mają wyrwać się z tego zaklętego kręgu, skoro innego życia nie znają?

- Trzeba mieć poczucie upadku, by coś zmienić.

- I pani im to poczucie upadku uświadamia? Jak?

- Czasem muszę czekać na kryzysowy moment. Na czas, gdy „będzie im niewygodnie”, gdy stracą przywileje, nie będą odczuwać satysfakcji ze swojego życia. Czasem potrzebne jest by dostrzegli, że „inni mają lepiej” i pomyśleli: „też tak chcę”.

- Na czym ta zmiana polega? Jak może zmienić się ktoś, kto popełnił ciężką zbrodnię i ma przed sobą 25 lat więzienia? Czy widzi on w ogóle sens zmieniania własnego życia?

- Wiem, że może zabrzmi to dziwnie, ale więcej spotkałam osób zdemoralizowanych wśród skazanych za przestępstwa z nienawiści, za kradzieże, rozboje, handel narkotykami, członków grup przestępczych zajmujących się prostytucją lub osób stosujących przemoc wobec najbliższych, niż wśród zabójców. Zaznaczam jednak, że mówię tu zwłaszcza o osobach odbywających karę pozbawienia wolności po raz pierwszy. A to głównie zabójcy odbywają najdłuższe kary pozbawienia wolności. Pomijam tu osoby żyjące z zabójstw - płatnych zabójców, członków grup przestępczych.

Niejednokrotnie zabójstwo nie było planowane - doszło do niego, bo ktoś był pod wpływem alkoholu, narkotyków. Zdarza się też, że doszło do niego w wyniku zaburzeń psychicznych człowieka lub w afekcie. Czasem był to wypadek. Zabójstwo nie mieściło się w kategorii rzeczy dopuszczalnych w hierarchii wartości tego człowieka. Wówczas mamy do czynienia z sytuacją głębokiego kryzysu - jest więc nad czym pracować. Jest szansa na zmianę. W takich sytuacjach też często te osoby mają kochające, wspierające rodziny, które podejmują z nami współpracę nad readaptacją społeczną skazanego.

Gdy jednak mamy do czynienia z drugą kategorią zabójców, dla których zabójstwo było częścią ich „przestępczego rzemiosła” - sprawa jest trudniejsza. Tutaj często jesteśmy skazani na to, by ich aktywność ukierunkować w społecznie pożądanym kierunku, np. na pracę. Jednocześnie wymagają bardziej behawioralnych niż poznawczych oddziaływań, czyli kontroli, kar i nagród. Niestety, jeśli nie ma hamulców wewnętrznych, muszą czuć te zewnętrzne.

- Czyli, w sytuacji, gdy skazany ma poczucie porażki życiowej, własnego upadku, można więcej osiągnąć w sferze resocjalizacji?

- Praca wówczas przynosi efekty. Mam takie poczucie osobiste, ale i mam odzew od nich, od ich rodzin, jak to wygląda. Dla mnie osobiście to jest satysfakcjonujące. Bo jeśli ktoś nie chce się zmienić, bo traktuje więzienie jako przystanek w życiu, to ta moja praca działa wypalająco. Ja mam to szczęście, że pracuję z osobami z długimi wyrokami. Mogę te zmiany obserwować, ale też i na nie poczekać. Mam czas, bo długo mam tego osadzonego niejako „u siebie”.

- Jaka jest różnica między osobami, które trafiają za kraty po raz pierwszy, a tzw. recydywistami, którzy nierzadko pół swojego życia spędzili w więzieniach? Inaczej znoszą zamknięcie? Inaczej trzeba z nimi rozmawiać?

- Rożnica jest znaczna. Osoby pierwszy raz karane, zwłaszcza te, które nie pochodzą ze środowisk kryminogennych, mają często poczucie życiowej porażki, a przez to i większą potrzebę zmiany. Sytuacja, w jakiej się znaleźli, poniekąd ich „uwiera”. A taka niewygoda jest konieczna, by zapragnąć zmiany. Są jednak w tej grupie osoby, które pochodzą z rodzin dysfunkcyjnych, dla których zakład karny to pierwsze miejsce, gdzie ktoś ich wysłucha, zwróci uwagę na ich emocje, potrzeby. Często czują się niezręcznie, gdy są traktowani z szacunkiem. Mówi się do nich na „pan”, a nie „ty”, rozmawiamy o ich problemach, trudnościach. Pomagamy w walce z uzależnieniem. Staramy się też kształtować w nich przekonanie, że można żyć inaczej, co wcześniej im się nie zdarzyło. Mam dużą satysfakcję, gdy widzę, jak się zmieniają, gdy wchodzą do mnie do gabinetu i starają się ze wszystkich sił nie przeklinać. To jest nawet czasem zabawne, ponieważ nie zawsze potrafią znaleźć słownictwo konieczne do ułożenia zdania bez wulgaryzmów. Ale widać, jak im na tym zależy, by zyskać aprobatę moją, wychowawcy. Dotyczy to zwłaszcza młodych skazanych.

Z recydywistami jest trudniej. Mają często sztywny, głęboko zakorzeniony we własnych przekonaniach „kodeks więzienny”, według którego żyją czasem także na wolności. Same zajęcia czysto edukacyjne w tej grupie rzadko są skuteczne, ponieważ bardzo często osoby te charakteryzuje coś, co nazywam roboczo „lenistwem intelektualnym”. Oznacza to, że nauka, „odrabianie prac domowych” nie leży w ich naturze. Tutaj najważniejszy jest przykład osobisty, modelowanie pewnych zachowań. Uczą się przez obserwację. Dotyczy to oczywiście nie tylko recydywistów, ale całej populacji więźniów. Dlatego programy, które prowadzę nie ograniczają się do części edukacyjnej, ale najważniejsze jest to, by między zajęciami dostrzegli, że ja również, wychowawcy, oddziałowi, kierujemy się zasadami, które pragnę im wpoić podczas zajęć.

- Niektórzy jednak z pewnością bywają agresywni lub wulgarni, choćby werbalnie. Jak pani sobie z tym radzi?

- Wbrew pozorom, agresja werbalna nie jest taka częsta. Zdarza się oczywiście, ale wówczas najlepiej działa spokój i kultura osobista. Gdy nie ma odzewu, w końcu zaprzestają agresji. Jeśli zobaczą, że reaguję tylko wówczas, gdy są spokojni, uspokajają się. Poza tym obserwują innych. Widząc, że inni osiągają więcej będąc kulturalni, spokojni, podejmują trud zmiany w tym zakresie. Poza tym grupa, w której są osoby kulturalne, sama wpływa na zmianę takiego agresora, chociażby ignorując go. Nikt nie lubi być ignorowany, nikt też nie lubi wykluczenia w grupie. Dlatego zmiana następuje często samoistnie.

- Z jakimi więźniami pracuje się najlepiej?

- Ja osobiście lubię pracować z osobami z długimi wyrokami. Bo po nich widać, że rzeczywiście korzystają z mojej pomocy, mam czas dostrzec, jak zaczynają pracować nad sobą. Czasem jest tak, że nie da się zauważyć tej przemiany przez, rok, dwa, czy nawet pięć. Ale jeśli ktoś siedzi już dziesięć lat czy więcej, to widać tę zmianę.

- Czyli, paradoskalnie, trudniej pracuje się z osobą, która ma krótki wyrok?

- Nierzadko, gdy ktoś ma krótki wyrok, to nawet nie ma poczucia własnego upadku. Dla niego wyrok to przypadek, który się zdarzył w jego życiu, zdarzył się z racji tego, jakie życie prowadził, jakie prowadzili jego rodzice...

- I co wtedy? Jaka jest pani rola? Jak rozmawiacie?

- Rozpoczyna się żmudny proces znajdowania nowych celów życiowych i układania planu ich realizacji. W trudnych momentach jest szansa na to, by człowiek zapragnął zmiany. Pamiętajmy bowiem, że słowo „kryzys” etymologicznie oznacza „zmianę”. I moją rolą, jest pomóc osadzonemu to dostrzec.

Kryzys wykorzystuję w pracy z osobami, które nie mają potrzeby zmiany. Zawsze w końcu zdarza się sytuacja trudna, której taki człowiek doświadcza. I to jest ten moment - czas na zmianę. Czasem trzeba długo na to czekać. Ciekawe jest to, że takim kryzysowym momentem nierzadko staje się sytuacja, gdy osadzony widzi przemianę innych skazanych... Moment, gdy dociera do niego, że można być szczęśliwym czyniąc dobro. To wzbudza w nim dyskomfort, swoisty dysonans poznawczy. Obserwacja ich w tym okresie jest wręcz fascynująca. Czasem mam wrażenie, że tak refleksyjni nie byli nigdy wcześniej. I tu powrócę do tego, jak ważne jest oddziaływanie przez grupę, jak ważna jest praca ze skazanym mając na uwadze, że być może to on „naprawi” kiedyś kogoś, dla kogo ja nigdy nie będę autorytetem.

- Osadzeni starają się sobie pomagać? Bywa, że cela integruje?

- Są tacy, którzy biorą odpowiedzialność za innych. Przychodzą i mówią, że trzeba się kimś tam zająć, bo coś się dzieje z tym człowiekiem. Pomagają osobom niepełnosprawnym. Obserwują siebie nawzajem, a gdy ktoś nowy wchodzi do grupy terapeutycznej, korekcyjnej, pomagają mu się odnaleźć. W pomoc innym skazanym potrafią też angażować swoje rodziny. Zdarzyło się, że rodzice jednego ze skazanych, wiedząc, że inny członek grupy, z którą prowadzę zajęcia, nie ma nikogo bliskiego, odwiedzali go w innej jednostce, gdzie odbywał terapię z powodu uzależnienia od alkoholu. Wspierali go w tym trudnym dla niego momencie. To człowieczeństwo w nich istnieje, tylko trzeba je wydobyć. Czasami aż trudno uwierzyć, że taka osoba to zwyrodnialec, zabójca... To wielka sztuka zobaczyć człowieka w bestii. Bez tego jednak nasza praca nie miałaby sensu.

- Więźniowie się przed panią otwierają?

- Bardzo często. Ich życiowe historie bywają naprawdę dramatyczne i tłumaczą to, kim się stali. Moją rolą jest uświadomić im, że nie jest ich winą to, w jakiej rodzinie się urodzili, ale są odpowiedzialni za podejmowane wybory i za to, co zrobią ze swoim życiem. Pracę z takimi osobami porównuję zawsze do aktualizacji mapy w nawigacji satelitarnej, takiej, jak w samochodzie. W czasach, gdy wychowywali się w patologicznych rodzinach, w skrajnie niesprzyjających okolicznościach, mechanizmy zachowania, reagowania, jakie w sobie wówczas wykształcili, na tamten moment ich życia były właściwe, by przetrwać. Pamiętajmy, że każdy człowiek żyje najlepiej jak potrafi. Oni także tak żyli. Ale w pewnym momencie okoliczności się zmieniły. Wyszli z domu, założyli swoje rodziny, stali się dorośli. Podlegają odpowiedzialności karnej, trafili do zakładu karnego. Agresywni rodzice już im nie zagrażają. A zatem w okolicy pojawiły się nowe drogi, nowe możliwości działania, nowe przepisy poruszania się, a „mapa” w ich nawigacji pozostała niezmieniona od czasów jej „wgrania” w dzieciństwie. Pracujemy więc nad jej „aktualizacją”.

- Ciąży więc na pani ogromna odpowiedzialność. Uodporniła się już pani na ich historie? Czy też bywa, że „zabiera“ je pani do domu?

- Zdarzają się historie, które na długo we mnie zostają. Pracując z takimi osobami, gdzieś tam w tyle głowy mam te przestępstwa, które popełnili, ale też i ich dramatyczne losy z dzieciństwa. Na co dzień jednak muszę widzieć w nich po prostu człowieka, by móc z nimi pracować. By po godzinie 16 wyjść zza siedmiometrowego muru, z pracy, i być spokojna. Choć nie ukrywam, że nie raz przed snem zastanawiam się, czy dany więzień wytrwa do rana, czy nie będzie próby samobójczej.

Czasem też bywało, że historia danego przestępcy napawała mnie smutkiem, ale też swoistym wstydem, złością. Wstydem z tego powodu, że - znając jego historię życiową - rodziło się we mnie przekonanie, że gdzieś, w pewnym momencie zawiódł nasz system i nie uratowano dziecka, które dorastało w otoczeniu przemocy, doświadczając traum nie do wyobrażenia, dziecka w którym rosła chęć zemsty za doznane krzywdy i za brak pomocy. To było przygnębiające. Dlatego teraz zawsze zwracam uwagę moim podopiecznym, by byli dla swoich dzieci takimi ojcami, jakich sami chcieliby mieć albo przynajmniej nie byli takimi, jakich mieli. Współpracuję też z Interdyscyplinarnymi zespołami do przeciwdziałania przemocy w rodzinie, gdzie kładę szczególny nacisk na to, że ciąży na nas olbrzymia odpowiedzialność w kształtowaniu przekonań dzieci doświadczających przemocy. Przekonań, którymi się później kierują. Moi skazani często nie wierzyli, że zwracanie się do kogoś o pomoc ma sens. Sami więc rozwiązywali swoje problemy w sposób, którego nauczyli się w domu - przemocą. Teraz zaczynają to dostrzegać.

W radzeniu sobie z „ciężarem” pracy psychologa więziennego pomaga niewątpliwie zarówno wsparcie koleżanek i kolegów z zespołu, w którym pracuję, jak i organizowane superwizje dla psychologów. Mogę w ten sposób przepracować różne rodzące się we mnie problemy, które w jakiś sposób mogą negatywnie wpływać na moją pracę, życie osobiste, na moje samopoczucie.

Bartosz J. Klepacki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.