Pamiątki z wakacji, których nie przywieziemy w bagażu

Czytaj dalej
Fot. 123rf
Gabriela Bogaczyk

Pamiątki z wakacji, których nie przywieziemy w bagażu

Gabriela Bogaczyk

Wakacyjnymi chorobami możemy się zarazić poprzez ręcznik, pościel, brudny brodzik czy nawet klimatyzację. Kolejną przyczyną są przygodne romanse. Specjaliści ostrzegają, żeby nie bagatelizować żadnych objawów: ani tych w czasie urlopu, ani tych, które obserwujemy po jakimś czasie, bo część schorzeń daje o sobie znać z opóźnionym zapłonem.

- Mamy więcej czasu, jesteśmy wypoczęci. Częściej się też uśmiechamy i pojawia się chęć, aby kogoś poznać. Wakacje są właśnie taką porą, kiedy chętniej wychodzimy wieczorami na imprezy albo spotykamy osoby, które też tak jak my przyjechały na wczasy. Do tego często pojawia się alkohol. Puszczają wtedy hamulce, no i kończy się, jak się kończy - wyjaśnia Monika Czułnowska-Rybicka, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog.

Czyli jak? Obok pamiątek i zdjęć przywozimy ze sobą też choroby, które niekiedy towarzyszą nam latami albo nawet całe życie.

- Miłe, niezobowiązujące przygody mogą nieść za sobą bagaż bardzo niemiłych przygód na przyszłość - dodaje specjalistka.

W ostatnich latach sporo mówi się o seksturystyce, czyli poszukiwaniu miłosnych uniesień na wyjazdach. Czy podróżni rzeczywiście szukają przygodnego seksu? Tak, ale nie mówią o tym wprost.

- W ciągu pięciu lat pracy raz zdarzyło mi się, że mężczyzna zapytał mnie bezpośrednio, czy na miejscu będzie możliwość skorzystania z usług seksualnych. Przychodząc do biura podróży nikt się nie przyzna, w jakim dokładnie celu jedzie za granicę. Raczej będzie to ukrywać - opowiada pracownik jednego z biur podróży w Lublinie.

Inny sprzedawca wycieczek dodaje: - Najczęściej przychodzą do nas pary, by zarezerwować wczasy za granicą, więc nie podejrzewam, że jadą tam szukać przygód miłosnych. Ale wyjeżdżają też grupy, trzy-, czteroosobowe albo samotne starsze osoby, głównie panie, w to, co robią na miejscu, już nie wnikamy.

Fakty są takie, że do punktu konsultacyjnego „Agape” przy ul. Spokojnej w Lublinie przychodzi ok. 500 osób rocznie, aby wykonać testy w kierunku HIV.

Największy ruch widać jednak właśnie po wakacjach.

- Wyjazdy sprzyjają niefrasobliwym pomysłom. Alkohol też nie pomaga w podejmowaniu racjonalnych decyzji, co tu kryć, ludzie po kieliszku częściej pozwalają sobie na przygodne relacje. Kiedy wracają do domu, przychodzi zastanowienie i chcą sprawdzić czy nie zostali zakażeni - opowiada Andrzej Pierzchała z „Agape”.

Przychodzą kobiety i mężczyźni, pół na pół. Nie są to tylko osoby młode. Coraz częściej zjawiają się i te starsze.

- Wirus HIV potwierdza się u 1 - 2 proc. osób przychodzących zrobić badanie. Czyli na sto osób jedna lub dwie dowiadują się o zakażeniu - dodaje Pierzchała.

Od 1985 roku do rejestru zakażeń wirusem HIV zgłoszono 21 tys. osób z całej Polski. Z woj. lubelskiego pochodzi prawie 600 z nich, a u 98 chorych stwierdzono AIDS. Natomiast 36 osób zmarło z tego powodu.

- Od początku 2017 roku w woj. lubelskim było piętnaście zakażeń wirusem HIV. W tym dwie kobiety i trzynastu mężczyzn. Najczęściej to chorzy w wieku 30 - 39 lat - wyjaśnia Irmina Nikiel, szefowa lubelskiego sanepidu.

Lekarze zaznaczają, że nie trzeba biec do przychodni zaraz po przypadkowym stosunku seksualnym, aby wykonać test w kierunku HIV.

- Wiarygodny wynik jest możliwy dopiero najwcześniej po sześciu tygodniach, a nawet do dwunastu tygodni, bo tyle może trwać właśnie produkcja przeciwciał w organizmie - informuje dr hab. n. med. Krzysztof Tomasiewicz, kierownik kliniki chorób zakaźnych w SPSK1.

Coraz częściej zdarza się, że diagnoza stawiana jest po raz pierwszy osobom w wieku od 40 do 60 lat.

- Z HIV można żyć nawet kilka lat bez objawów. Wiele osób trafia do nas z bardzo uszkodzonym układem immunologicznym, nie wiedząc wcześniej o zakażeniu. Dlatego nie możemy powiedzieć, że jest to choroba osób w wieku młodym. Wiek nie stanowi w tej chwili żadnego kryterium - mówi zakaźnik.

Tak samo jest w przypadku chorób wenerycznych. W zeszłym roku 32 osoby z Lubelszczyzny zachorowały na kiłę, a kolejnych siedem na rzeżączkę.

- Zaznaczmy, że wszystkie choroby weneryczne są przenoszone drogą płciową. Trochę więcej widać ich po wakacjach, bo są konsekwencją przygodnych relacji, a lato sprzyja nawiązywaniu kontaktów seksualnych - mówi lek. med. Joanna Pucuła, dermatolog, wenerolog.

I zaznacza, że dla pacjentów są to bardzo wstydliwe objawy, dlatego często leczą się sami, co później lekarzom utrudnia diagnostykę.

- Leczenie jest skuteczne, tylko ważne jest to, aby pacjent jak najszybciej dotarł do doktora, aby nikogo nie zarazić - dodaje dermatolog.

Swędzi, piecze, dusi

Znacznie częściej do gabinetów lekarskich po wakacjach trafiają osoby z powodu świerzbu czy grzybicy.

- Świerzbem można się zarazić używając tych samych ręczników, śpiąc w tym samym łóżku, pożyczając sobie ubrania lub też poprzez niedopraną porządnie pościel - ostrzega lek. med. Pucuła.

Gdy gołym okiem jest czysto, zapominamy o zasadach higieny, np. o klapkach. Skutek? Bardzo często urlopowicze wracają z wakacji z brodawkami stóp, które można złapać głównie pod prysznicem na basenie. Przenoszenie się różnych zakażeń jest szczególnie widoczne u najmłodszych.

- Dzieci jeżdżą na kolonie, korzystają z tych samych łazienek, nie używają klapek. Wystarcza, że jedno dziecko pojedzie z np. z wszawicą, żeby wszystkie zaraz się zaraziły - dodaje specjalistka.

Poważnych dolegliwości może nam też przysporzyć bakteria legionella, która powoduje zapalenie płuc. I tacy pacjenci też trafiają do szpitali.

- Są to infekcje o różnym stopniu ciężkości, od błahych do kończących się nawet zgonem pacjenta - ostrzega prof. Janusz Milanowski, kierownik kliniki pneumonologii w SPSK4.

I podkreśla, że ta bakteria jest wszechobecna. Rozwija się np. w zbiornikach wodnych, rurach kanalizacyjnych, jacuzzi, basenie, a nawet w systemach klimatyzacyjnych np. w samolocie czy w hotelach.

- Następnie, poprzez wdech dostaje się do naszego układu oddechowego. Co ważne, nie jest to choroba zakaźna. Najczęściej objawy są podobne do grypy, jak kaszel, gorączka, bóle mięśniowe, nudności. Lekkie postaci choroby przechodzą same, ale cięższe wymagają podawania antybiotyków i intensywnego leczenia. Zdarza się, że diagnoza ustalana jest już po wyleczeniu pacjenta - dodaje prof. Milanowski.

Jest to stosunkowo młoda bakteria, bo odkryta w 1976 roku, kiedy to grupa amerykańskich weteranów-legionistów na swoim dorocznym zjeździe spotkała się w hotelu.

- Doszło wtedy do zbiorowego zachorowania na zapalenie płuc, a część osób zmarła. Zdiagnozowano wtedy, że powodem jest właśnie pałeczka legionelli, której nadano nazwę właśnie od tego wydarzenia - dodaje kierownik kliniki pneumonologii w SPSK4.

Z tropików prosto na salę szpitalną. Albo chwilę później

Na oddziale zakaźnym przy Staszica w tym sezonie chwilowo jest wyjątkowy spokój, jeśli chodzi o choroby przywiezione z zagranicy.

- Najczęściej trafiają do nas osoby z problemami przewodu pokarmowego, czyli głównie z biegunkami. Poważniejsze objawy potrafią dopiero wystąpić po pewnym czasie od powrotu z wakacji. Mowa o np. salmonellozie czy czerwonce bakteryjnej. Z tymi chorobami najczęściej wracają osoby z Azji i Afryki. Bardzo poważnie podchodzimy do takich przypadków, bo biegunka może być objawem zupełnie innej, poważniejszej choroby, chociażby malarii - mówi dr hab. n. med. Krzysztof Tomasiewicz.

Rocznie w klinice chorób zakaźnych SPSK1 leczonych jest od trzech do nawet dziesięciu pacjentów z malarią.

- Traktujemy ją jako zagrożenie życia. Przestrzegamy przed nią, trzeba zachować czujność, bo zdarzają się też późne nawroty malarii. Nawet błahe z pozoru epizody chorobowe za granicą potrafią powrócić po kilku latach w postaci ciężkiego zachorowania. Chociaż malarii obserwujemy z roku na rok mniej, bo podróżni przed wyjazdem stosują profilaktykę i decydują się na leki przeciwmalaryczne - dodaje szef kliniki.

Osobną grupę stanowią powroty podróżnych z chorobami przenoszonymi przez kleszcze czy komary. Chodzi np. o kleszczowe zapalenie mózgu czy chorobę Chagasa z Ameryki Południowej, którą rozprzestrzeniają pluskwiaki.

- Jakiś czas temu mieliśmy w Lublinie pierwszy w kraju przypadek afrykańskiej gorączki odkleszczowej. 50-letni mężczyzna z lubelskiego zachorował po ugryzieniu przez kleszcza w Ameryce Południowej. Przy tak rzadkiej chorobie bardzo trudno postawić diagnozę ze względu na to, że mało laboratoriów ma takie możliwości. Na szczęście leczenie okazało się skuteczne - dodaje dr hab. n. med. Tomasiewicz.

I dodaje, aby nie bagatelizować niepokojących objawów zdrowotnych w czasie wakacji lub tuż po urlopie.

- Choroby przywiezione z wakacji mogą być bardzo niebezpieczne. Są schorzenia, które przechodzą same, a są też takie choroby, gdzie śmiertelność sięga kilkudziesięciu procent - dodaje lekarz.

Gabriela Bogaczyk

Zajmuje się ochroną zdrowia i sprawami społecznymi.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.