Pierwsi sponsorzy "Wyklętego" chcieli wyłagodzić ubeków

Czytaj dalej
Fot. Grzegorz Galasiński
Jerzy Doroszkiewicz

Pierwsi sponsorzy "Wyklętego" chcieli wyłagodzić ubeków

Jerzy Doroszkiewicz

O fascynacji filmem, doradzaniu Ewie Kopacz i rozczarowaniu rządami Platformy, odpowiedzialności twórców za pokazywanie trudnej historii lat powojennych mówi Konrad Łęcki, reżyser „Wyklętego”.

Chciał Pan zostać aktorem?

Stare dzieje. Pewnie większość młodych ludzi na całym świecie ma takie marzenie, ale życie to weryfikuje. U mnie skończyło się na etapie studia aktorskiego L’Art, za to w mojej grupie poznałem wielu aktorów i z niektórymi do dziś współpracuję.

Aktorstwo przydaje się w polityce?

Aktorstwo generalnie przydaje się w życiu. Żyjemy w takich czasach, że czasami trzeba kogoś grać i udawać i oby takich sytuacji w życiu było jak najmniej.

Mówi się, że kto w młodości nie był socjalistą, ten na starość... a Pan - miał w młodości jakieś poglądy polityczne?

Należałem do stowarzyszenia Młodzi Konserwatyści. To była ogólnopolska organizacja młodzieżowa, która wychowała jakieś kadry i dziś część z nich funkcjonuje w polityce, są burmistrzami, prezydentami miast. Fajne środowisko, szkoda, że zostało podzielone.

Jakie poglądy przyświecały Panu jako radnemu sejmiku świętokrzyskiego?

Dostałem się z koalicji PO-PiS i jedną kadencję pełniłem mandat.

Był Pan bardziej z PO czy z PiS?

Na poziomie samorządu chodziło o konkretne rozwiązania, ważne dla lokalnych społeczności. Niedobrze, kiedy polityka wchodzi na poziom samorządu.

Był Pan szefem gabinetu minister zdrowia Ewy Kopacz?

Pełniącym obowiązki i to przez krótki czas. Ktoś został odwołany i ja przejąłem jego obowiązki, bo po prostu nie miał kto.

Chcieliśmy, żeby widz płacąc za bilet nie czuł się nabity w butelkę, że ogląda coś bardzo taniego.

Bez przesady. Ministerstwo Zdrowia to jedno z najważniejszych ministerstw.

Trudno mi teraz recenzować tamte czasy, taka była sytuacja.

Jak się państwo rozstali?

Pewnego dnia uznałem, że nie chcę tego robić dalej, być w polityce, bo jest jaka jest. Dziś polityka jest nastawiona na niszczenie jednych przez drugich.

Ten pierwszy rząd Donalda Tuska po zdobyciu władzy przez PO rozczarował Pana?

Nie tylko mnie. Myślę, że rząd Donalda Tuska rozczarował wiele osób w Polsce i dlatego dziś mamy nowy rząd. Widziałem to od podszewki i to rozczarowanie dla mnie było jeszcze większe i postanowiłem nie brać w tym udziału. Nauczono mnie w domu, żeby coś robić, a nie niszczyć.

W 2010 postanowił Pan walczyć o fotel prezydenta Kielc?

Moje kandydowanie było pokazem niezadowolenia z tego, co działo się w mieście. Kielce były tak zarządzane, że młodzi ludzie nie mieli żadnych perspektyw i mnie się to nie podobało. Wszystkie funkcje w mieście objęli ludzie ze stowarzyszenia pana Lubawskiego (do dziś urzędujący prezydent Kielc - przyp. red) i postanowiłem zaprotestować. Kiedy szedł do wyborów, miały być szanse dla młodych ludzi, a młodzi uciekali i uciekają do dzisiaj, a mieli nie uciekać.

Żeby definitywnie odejść od polityki dostał się Pan do Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie?

Zawsze chciałem mieć związek z filmem, interesowałem się kinem od dziecka.

Jak powiedział Lenin - „film jest najważniejszą ze sztuk”.

Szczerze mówiąc, nie znam tej myśli Lenina, on mi się z czym innym kojarzy, nie z filmem. Niezależnie od tego, co powiedział Lenin, kino jest fajną dziedziną twórczości, taką możliwością kreacji i skoro człowiek od małego nasiąkał kinem i to w czasach, kiedy w PRL-u nie było filmów za wiele, można chcieć coś z tym zrobić.

Wypożyczał pan kasety VHS?

Chyba tak jak wszyscy. Ale jeszcze wcześniej, kiedy kino było prawie zakazanym owocem, a bileterki skrupulatnie pilnowały, by dzieci nie wchodziły na filmy od lat 18, zwłaszcza że chcieliśmy oglądać filmy wojenne czy karate, była w nim magia. Dziś mamy dostęp do wszystkiego, kiedyś człowiek szedł do kina jak do zupełnie innego świata.

A jaki film wywarł na Panu wrażenie w tamtych czasach?

Pierwszym filmem, jaki zobaczyłem w kinie była „Akademia Pana Kleksa”. To były lata 80. XX wieku, mama mi zdobyła bilet, ale siedziałem na schodach, bo nie było miejsc i dla mnie to było coś niebywałego, zobaczyć całą tę inscenizację. Później tych filmów było więcej, ale pierwszym momentem, który podsunął mi myśl, że chciałbym to robić był serial „Robin Hood”.

Ten z Michaelem Praedem i muzyką Clannad?

Wtedy to było zupełnie nowatorskie.

Baśń i magia?

Na owe czasy tam były wplatane bardzo nowatorskie elementy, do tego muzyka i ciekawe zdjęcia. Wtedy to było wydarzenie. Pamiętam też serial „Janosik”. Leciał w telewizji o 18, a ja miałem lekcje do 18.25 w podstawówce. Musiałem biec do domu, żeby zdążyć chociaż na pięć, 10 ostatnich minut. Zobaczyć Kwiczoła i spółkę.

Na Akademii Filmu i Telewizji w Warszawie robiąc etiudy zajął się Pan tematem stanu wojennego.

Od początku interesowała mnie historia. W filmach interesuje mnie pryzmat zwykłego człowieka. Historia często opowiadana jest z perspektywy przywódców: tu Jaruzelski, tam Wałęsa, a mnie interesował zwykły człowiek. Dlatego postanowiłem nakręcić etiudę o zwykłych chłopakach, którzy w stanie wojennym muszą zostać w przedłużonej służbie wojskowej i opowiedzieć o wielkiej historii z ich perspektywy. Żebyśmy się mogli postawić w ich sytuacji, zastanowić, jak my byśmy się zachowali.

Roberta Wrzoska grającego ubeka-mordercę znał Pan jeszcze ze studium aktorskiego?

Tak, znamy się 20 lat. On wystąpił we wszystkich moich etiudach i moim zdaniem to bardzo dobry aktor.

A tytułowa postać - Wojciech Niemczyk, jako bohater tragiczny, czyli „Lolo”?

To aktor teatru im. Żeromskiego w Kielcach, zrobił na mnie wrażenie grając w kilku spektaklach. Pisząc scenariusz wiedziałem, że będzie „Wyklętym”.

A Hanna Świętnicka, czyli Bronka, która zakochuje się w „Wyklętym” od pierwszego wejrzenia?

Nie jestem zwolennikiem castingów. To aktorka Teatru Lalki i Aktora „Kubuś” w Kielcach.

Ooo, to świetnie, bo szefem jest wywodzący się z Białegostoku Robert Drobniuch.

Oczywiście, znamy się. W „Wyklętym” występuje sporo aktorów, którzy są absolwentami Akademii Teatralnej w Białymstoku. Błażej Twarowski, Zdzisław Reczyński, Przemek Żmiejko. W przypadku Hanny Świętnickiej, szukałem aktorki, która z miejsca wzbudzałaby sympatię ale nie byłaby taką malowaną lalą.

No trochę jest. Ten warkocz, ta miłość od pierwszego wejrzenia…

Jest naturalna i to mi się w niej podoba.

Nie boi się Pan włożyć w usta jej filmowej matki słów, że żołnierz wyklęty zmarnował im życie…

Jak to matka. To jej punkt widzenia.

No właśnie. Córka bez ślubu rodzi syna - wieś tego nie lubi.

To prawdziwa historia. Pierwowzorowi naszego głównego bohatera, czyli „Lalkowi” (ostatni żołnierz podziemia niepodległościowego zabity w 1963 roku - przyp. red) księża odmówili ślubu. Mama filmowej Bronki ze swojej perspektywy może nie lubić swojego niedoszłego zięcia. Scena z księdzem w kościele też jest dosyć ryzykowna. Opowiadając o tamtych czasach, trzeba to zrobić uczciwie, bo widz wyczuje fałsz.

Dlaczego w ogóle podjął się Pan tego tematu?

Kiedy zaczynaliśmy w 2014 roku nie było filmów o tej tematyce. Wtedy nie wiadomo było nawet, czy „Historia Roja” wejdzie do kin. Były filmy w poprzednim systemie i generalnie zawsze był stereotyp, że żołnierze wyklęci to zarośnięte bandziory.

I pijacy.

I gwałciciele, którzy właściwie nie mieli nic innego do roboty, jak tylko rabować. Dlatego uważam, że powinniśmy pokazywać, jak to wyglądało z innej strony, na podstawie dostępnych dokumentów.

To był moralny obowiązek? Pana rodzina była w AK, walczyła z hitlerowcami. Wiedział Pan co się działo z nią po wojnie?

Niestety, nie poznałem swoich dziadków, zmarli dość wcześnie, ale rzeczywiście - jeden dziadek dość długo siedział w więzieniu. Zostały mi po nich książki.

Rodzice starali się przekazywać prawdę o historii, czy jak to w PRL-u bywało, woleli nie poruszać takich tematów?

Podchodzili do tego wstrzemięźliwie. Kiedy pytałem - odpowiadali, ale nie naciskali. Do wszystkiego dochodziłem sam. Najpierw czytałem te oficjalne książki, po 1989 roku pojawiło się sporo literatury na te tematy. Mogłem książki z tamtego systemu konfrontować z nowymi i miałem wiele sytuacji opisanych z dwóch skrajnie różnych stron. Te same fakty przedstawiane w zupełnie innej perspektywie. To cenne, że dziś możemy wiedzieć więcej, mieć bardziej wyrobione poglądy.

Od scenariusza do realizacji droga jednak długa - miał Pan pomysł na finansowanie produkcji?

Z pieniędzmi był gigantyczny problem. Podjęła się tego fundacja Marcina Kwaśnego. Kiedy zaczęliśmy, wystartowaliśmy z budżetem 13 tys. zł i nagle okazało się, że nie ma możliwości otrzymania pieniędzy od instytucji rządowych czy samorządowych. W akcie desperacji nagrałem film, w którym prosiłem o wpłaty na „Wyklętego”. W sumie Polacy, mnóstwo Polonii, wpłaciło pół miliona złotych. Pod koniec realizacji filmu pojawili się mecenasi państwowi - spółki skarbu państwa.

Rozumiem, że w momencie, kiedy PiS ponownie zdobył w Polsce władzę?

Tak. Wcześniej nie mieliśmy na to szans, nikt nie chciał z nami rozmawiać. Gdyby nie wpłaty od osób prywatnych - rozeszlibyśmy się, nie dalibyśmy rady. Tak naprawdę to jest film zrobiony dzięki pieniądzom od ludzi.

Sponsorzy prosili o scenariusz, chcieli ingerować?

Tak, chcieli poznać scenariusz, ale nie było żadnych ingerencji. Wcześniej, kiedy zwracałem się do potencjalnych sponsorów, takie propozycje były. Chodziło o złagodzenie sylwetek ubeków. Żeby ich uczłowieczać, że to ludzie z dylematami i tak dalej. Nie chciałem na to pójść, bo uznałem, że w poprzednim systemie dostatecznie ich uczłowieczono, dziś w niektórych filmach też pojawiają się czasem jako faceci, którzy chcieli coś dobrego, a wyszło im coś złego. Nie ukrywam, w ich przypadku chodziło mi o zerojedynkowość, nie chciałem się bawić w niuansiki. Skoro przez tyle lat bawiono się - ja nie muszę.

Czyli nie trzeba „Wyklętego” traktować jak film historyczny, to po prostu pewna kreacja, kino?

Mam nadzieję, że to jest kino.

W Pana filmie ubecy to zwierzęta w ludzkich skórach - scena oddawania moczu na skatowanego akowca to najbardziej jaskrawy dowód.

Ale oni się tak zachowywali. Ja ich nawet złagodziłem.

Dlaczego wszyscy ubecy mówią bardzo współczesnym językiem - mówiąc wprost - klną jak kibole…

Czytałem protokoły przesłuchań, stenogramy rozmów, nie zgodzę się, że oni tak nie mówili. Mówili podobnym językiem, nie wiem tylko czy ówczesny wachlarz przekleństw był tak szeroki.

Odniosłem wrażenie, że klną bardzo współcześnie…

Na pewno trochę uwspółcześniłem ten język, oni pewnie używali ówczesnego języka rynsztoka, a ja obecnego języka, przypisanego pewnym grupom.

Wierzy Pan, że główny bohater mógł przeżyć takie katowanie, jak w filmie?

Przeżywali. Nawet gorsze. Stanisław Skalski takie przeżył, kiedy zeznawał w procesie stalinowskiego kata Adama Humera. Kobiety też cierpiały. Fakt, niektórzy zostali inwalidami po ubeckich śledztwach.

Sceny potyczek, czy nawet pojedyncze śmiertelne strzały naprawdę robią wrażenie.

Zależało mi bardzo, bez względu na to czy ktoś się zgadza z treścią filmu czy nie, czy ma takie poglądy polityczne, czy inne, żeby widz wychodząc z tego filmu nie czuł się oszukany. Że znowu obejrzał jakąś taniochę, gdzie dwóch aktorów biega dookoła jednego drzewa. Zrobiliśmy wszystko, żeby przy tych małych pieniądzach pokazać ten film jak najszerzej. Osobiście wybieraliśmy plenery, przejechaliśmy tysiące kilometrów, bardzo dokładnie przygotowaliśmy strzelaniny, często mieliśmy tylko jeden strzał na dane ujęcie. Nie było 10 dodatkowych koszul i par spodni i garderobianej, która mogłaby podawać kolejne do następnego ujęcia. Chcieliśmy, żeby widz płacąc za bilet nie czuł się nabity w butelkę, że ogląda coś bardzo taniego. To był mój punkt honoru.

Ale poezji i pewnej malarskości Pan nie uniknął.

Chcieliśmy, żeby tak było.

Ale to uwalnianie więźniów z posterunku, kiedy wychodzi szereg mężczyzn w jednakowych, białych koszulach z malowniczymi plamami krwi, to już czyste kino. To celowy zabieg?

Pewnie tak.

No niech się Pan przyzna.

Może nie mieliśmy innych koszul? Nie wiem. Chyba to wyszło trochę przypadkowo.

W zakończeniu filmu pokazuje Pan rodzinne Kielce - to ukłon w stronę miasta?

Takie było założenie filmu. Chcieliśmy grać jak najwięcej w regionie. Jestem z Kielc, aktorzy są z Kielc, chciałem zamknąć tę opowieść na terenie Świętokrzyskiego. Z 68 dni zdjęciowych - 67 było w województwie.

Czy producenci - Kondrat Media - mieli kłopoty z wprowadzeniem go do kin?

Michał Kondrat jako dystrybutor działa sprawnie i widziałem film w repertuarach wielu kin. Ale były głosy z różnych miejscowości, że są problemy. Na przykład w Koninie film wszedł do kina po petycji któregoś z radnych. W Sandomierzu mieszkańcy sami przyszli do kina i pytali, dlaczego nie wyświetla „Wyklętego”. Pani odpowiedziała im, że taki film na pewno nie chwyci. No i dostała kilkaset maili i wkrótce mam spotkanie autorskie w Sandomierzu. Ostracyzmu ze strony kin nie odczuliśmy, co najwyżej czasem film idzie w dziwnych godzinach.

Jakie reakcje docierają do Pana po premierze?

Byłem już osobiście na jakichś 30 pokazach, jeżdżę po Polsce i wszędzie jest podobnie. Ludzie na spotkaniach bardzo się otwierają przede mną. W Łodzi na spotkaniu ktoś mi wręczył ryngraf swojego ojca, w Płońsku starsze panie płakały, byli też przedstawiciele organizacji strzeleckiej, postawni faceci w mundurach i też mieli łzy w oczach. To dla mnie satysfakcja. Ludzie naprawdę odczuwają wzruszenie. Dostaję też masę maili z podziękowaniami za ten film. Może to nieskromne, ale tak jest. Poza tym - ta sztuka jest wymierna. Ludzie głosują chodząc lub nie chodząc na poszczególne tytuły.

Myśli Pan, że te dwa miliony wydane na produkcję się zwrócą?

Myślę, że tak. Jeśli „Wołyń” kosztował 14 mln, a „Miasto 44” - 40 mln, to my mamy budżecik o dużym prawdopodobieństwie zwrotu. Jestem spokojny.

Czy dziś, wiedząc, ile kłopotów sprawi dokończenie produkcji, podjąłby się Pan jej?

Chyba nie. Przez te trzy lata przeszedłem gehennę na planie. Ja i moja rodzina.

Pan ma czworo dzieci?

Od niedawna. Kordian ma dopiero dwa miesiące. To nie zmienia faktu, że z żoną mieliśmy bardzo ciężko, zwłaszcza że ona robiła kostiumy do tego filmu. Stąd może te koszule, takie niedopracowane, niedobrze zbrudzone (uśmiech). W jednym dniu zdjęciowym zabrała mnie z planu karetka. Kiedy nie ma dużego budżetu, a jest scena zimowa i trzeba 10 godzin stać na mrozie w przemoczonych butach, to nie ma ani czasu, ani miejsca, by się zagrzać, a muszę to zrobić. Na planie przechodziłem zapalenie oskrzeli i do tej pory mam powikłania. To wysiłek fizyczny i psychiczny, i jednocześnie odpowiedzialność za przekazane przez ludzi pieniądze. Żeby tego nie zmarnować chciałem zrobić ten film odpowiedzialnie. Drugi raz w takich warunkach i okolicznościach przyrody raczej bym się nie zdecydował. Cała ekipa wręcz odchorowała ten film.

Konrad Łęcki - reżyser, absolwent Wydziału Prawa Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji w Warszawie. Ukończył także studio aktorskie L’Art w Krakowie. Ukończył Akademię Filmu i Telewizji w Warszawie. Na studiach wyreżyserował etiudy szkolne dotykające mordu w Katyniu czy wprowadzenia stanu wojennego. Urodził się w Kielcach 13 grudnia 1976 roku.

Jerzy Doroszkiewicz

Piszesz, nagrywasz, tworzysz - może warto pochwalić się naszym Czytelnikom?

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.