Piotr Kotowski, szef LAF: Chcemy wyrabiać filmowy gust

Czytaj dalej
Fot. Sylwia Hejno
Sylwia Hejno

Piotr Kotowski, szef LAF: Chcemy wyrabiać filmowy gust

Sylwia Hejno

- Komercja nigdy mnie nie kusiła, ona jest na wyciągnięcie ręki - mówi Piotr Kotowski, szef rozpoczynającej się dziś Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu.

Spodziewał się Pan, że Letnia Akademia Filmowa doczeka się osiemnastu edycji?

Nie. Sądziłem, że to pomysł na raz, góra trzy razy. Do dziś się zastanawiam, jak to się stało, że już za tym pierwszym razem kino Skarb było wypełnione po brzegi.

Podobnym zaskoczeniem było to, że na tę pierwszą edycję przyjechali reżyser Janusz Morgenstern czy wspaniała aktorka Lidia Fiedosiejewa-Szukszyna.

Jak się potem okazało, Morgenstern, gdy studiował w latach 50. w szkole filmowej w Łodzi, został zesłany do Zwierzyńca na praktyki studenckie, więc w pewnym sensie wrócił na miejsce zbrodni.

Natomiast jeśli chodzi o Lidię Fiedosiejewę-Szukszynę, to lecąc do Polski, nawet nie wiedziała gdzie jest Zwierzyniec. Podobnie zresztą jak wiele osób, ale wystarczyły kolejne dwa lata, żeby nikt już nie pytał gdzie to jest.

Podobno do Zwierzyńca przyjeżdża więcej osób, niż liczy on mieszkańców.

Zdarzył się nawet taki moment, że było ich dwa razy więcej. A że brakowało bazy lokalowej, lokowaliśmy naszych widzów wzdłuż trasy i w ten sposób dotarliśmy do samego Zamościa. Teraz to się zmieniło, Zwierzyniec przeżywa turystyczną prosperity, co roku powstają nowe pensjonaty, które żyją tylko w sezonie i nasza akademia przyłożyła do tego rękę.

Dantejskie sceny do dziś rozgrywają się przy poszukiwaniu kwater. Niektóre są zarezerwowane pół roku wcześniej.

Ależ, proszę pani, nawet rok wcześniej! Nieraz, gdy z dużym wyprzedzeniem rezerwuję pokoje dla gości, to wiem, że do wielu miejsc nie mam po co iść. To chyba magia kina tak się splotła z magią miejsca.

Jest Pan ojcem tej osiemnastolatki. Czy zdarzały się jej wpadki i wybryki?

Cała masa... Okres dojrzewania jest piekielnie trudny. Ale widownia była cierpliwa. Wybaczała nam szaleńczą walkę o pokoje i problemy z bazą kinową, bo pamiętajmy, że tylko „Skarb“ jest prawdziwym kinem, reszta pomieszczeń jest adaptowana.

A z czego jest Pan dumny?

Z tego, że tyle to przetrwało. Także z tego, że ludzie wracają, niektórzy towarzyszą nam od tych pierwszych edycji, czyli znamy się od kilkunastu lat! I ściągają ze sobą innych.

Akademia ma kształcić?

Chcemy wyrabiać w Polakach filmowy gust. Bo zepsuć go jest bardzo łatwo, wystarczy otworzyć dowolny gazetowy repertuar. Dominują multipleksy z formułą filmów widowiskowych, łatwych i przyjemnych, a miejsca, gdzie można spotkać kino ambitne, refleksyjne, walczą o przetrwanie. O to chodzi w Zwierzyńcu, ale też na Dwóch Brzegach czy Nowych Horyzontach, żeby odkryć przed widzem właśnie tę przestrzeń.

Rok 2016 był dla polskiego kina rekordowy. W czołówce znalazły się takie filmy jak „Pitbull“ czy „Planeta singli“.

Szczęśliwie nie oglądałem. Komercja nigdy mnie nie kusiła, ona jest na wyciągnięcie ręki i nie potrzebuje pomocy w dotarciu do widza.

Kino nocne w Zwierzyńcu jest propozycją środka. Ale trudno je nazwać popcornowym.

Nocne projekcje są ukłonem w stronę osób, które są w Zwierzyńcu raczej na wakacjach, czy tych, które spędziły w kinie cały dzień i wieczorem potrzebują odrobiny oddechu. Rzeczywiście nie zawieszamy tak wysoko poprzeczki, to filmy, przy których można się zrelaksować przy piwie, ale broń Boże głupie.

Poprzeczka wisi natomiast wysoko przy przeglądzie szwajcarskiej grupy Le Groupe 5.

Każdy wybiera taką poprzeczkę, jaka mu odpowiada. Nazwa „akademia“ zobowiązuje, uzupełniamy wiedzę o historii kina i o najciekawszych zjawiskach współczesności. Tym przeglądem wręcz odkrywamy w Polsce twórczość Le Groupe 5. Dzieła szwajcarskiej Nowej Fali są w naszym kraju niemal zupełnie nieznane, być może odbiły się dyskretnym echem w postaci jednego czy dwóch filmów Claude’a Goretty, ale w oderwaniu od szerszego kontekstu.

Inspiracja przyszła z Francji.

Nowa Fala wylansowała całe grono młodych reżyserów, którzy w innych okolicznościach długo by się przebijali i rozlała się szeroko. Wszyscy, którzy się nią zachwycili, chcieli z niej czerpać, przykładem może być czeska szkoła filmowa czy wczesne filmy Skolimowskiego.

Przebudowała całą strukturę produkcji, nie trzeba było wykładać aż tak wysokich środków, ale i świadomość widza, który na ekranie mógł zobaczyć zwykłych ludzi, takich, jakich można spotkać na ulicy. Wydumane fabuły i odlegli bohaterowie zeszli na drugi plan.

Szwajcarzy mieli do francuskiej Nowej Fali blisko, w zasadzie przez miedzę, nic dziwnego, że postanowili ją przetworzyć na swoje realia. I to im się udało.

Pomogła telewizja?

Szwajcarska Nowa Fala powstała w zasadzie dzięki niej. Tylko telewizja miała wówczas środki, które była skłonna zaryzykować na eksperyment. Grupa pięciu młodych, ambitnych reżyserów postanowiła wstrząsnąć nieco zaśniedziałą kinematografią szwajcarską, którą mało kto się wcześniej interesował. Pokazali światu, że takie zjawisko w ogóle istnieje.

Dwóch z nich, Claude Goretta i Alain Tanner, zrobiło międzynarodowe kariery. Grupa, choć szła śladami Francuzów, nie była imitacją dokonań Godarda czy Truffaut, tworzyła własne kino.

Po latach okazało się, że mogła być prekursorem tego, co parę dekad później w Danii objawiło się jako Dogma. Le Groupe 5 to dowód na to, jak odrzucenie gorsetu obowiązującego języka filmowego może być ożywcze.

„Nie tylko Dolan“ to cykl poświęcony kinu kanadyjskiemu. Choć przymiotnik „kanadyjski“ trudno traktować jako wyznacznik.

Sytuacja jest rzeczywiście złożona. Prezentujemy to kino, które jest związane raczej z tradycją europejską niż hollywoodzką. Filmy realizowane we francuskojęzycznej części Kanady powstały w pewnym sensie w opozycji do głównego, anglojęzycznego nurtu, który ciąży kinu amerykańskiemu i powiela jego wzorce.

Można powiedzieć, że w ten sposób niekiedy leczy swoje kompleksy, podczas gdy kino rodem z Quebecu ma wyższe aspiracje artystyczne, chce bardziej opowiadać o problemach, niż zajmować się rozrywką. I tu także mamy reżyserskie gwiazdy - Claude Jutra czy Denys Arcand są szeroko znani także poza Kanadą.

Do głośnych nazwisk należą z pewnością te Denisa Villeneuve’a czy Xaviera Dolana, ale na nich Hollywood spogląda z zazdrością i niepokojem i robi wszystko, aby takich uzdolnionych twórców zagarnąć i wpisać w mainstream. To się stało z Villeneuve’m, który sobie tam świetnie radzi, a o krok przed progiem hollywoodzkich studiów jest Dolan.

Swojego przeglądu doczekała się także Mia Hansen-Løve, rocznik 1981, nagrodzona Srebrnym Niedźwiedziem za „Co przynosi przyszłość“.

To także ciekawa postać, Mia Hansen-Løve jedną nogą stoi na gruncie tradycji francuskiej, podczas gdy drugą wciąż się nie oderwała od kina duńskiego.

Jest to oczywiście częściowo związane z jej pochodzeniem, ale choć kręci we Francji, w jej filmach widać wyraźnie trochę inne spojrzenie na kino niż u większości francuskich kolegów czy nawet u jej męża, również reżysera Oliviera Assayasa.

Czy można na nowo odkryć filmy Andrzeja Wajdy?

Można. Teoretycznie kanon jego dzieł, tych nakręconych w Polsce, znamy niemalże na pamięć, choćby z powtórek we wszystkich możliwych stacjach telewizyjnych.

W jego cieniu pozostaje jednak ta część jego dorobku, którą latami realizował za granicą i ona w większości nie dotarła na nasze ekrany. Postanowiliśmy te filmy pozbierać i pokazać, że obraz twórczości Wajdy, który mamy w głowach, nie jest pełny.

Sylwia Hejno

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.