Gabriela Bogaczyk

Po chorobie drzewa wciąż rosną, a kwiaty pachną

Po chorobie drzewa wciąż rosną, a kwiaty pachną Fot. Łukasz Kaczanowski
Gabriela Bogaczyk

Basia wie, że trzeba patrzeć na siebie całą, nie na to, czego brakuje. Jola się zbuntowała. Dla Krysi życie było wcześniej jak film. Danusia chciałaby zobaczyć, jak dorasta jej wnuczka.

Ten dzień każda z nich potrafi opisać. Pamiętają diagnozę, emocje, strach, łzy i złość, nieskończone pytania w głowie. Choć ten dzień był jak mały, własny koniec świata, to go przeżyły. I chcą żyć nadal, pełnią życia i każdego dnia.

Ty jesteś Basia, a nie pierś

Barbara Leśniewska: Miałam wtedy 50 lat. Byłam szczęśliwa w związku, miałam rodzinę, kochałam swoją pracę. Dosyć trzeźwo stąpałam po ziemi, byłam optymistką, często się uśmiechałam. Wszystko było w porządku. W sierpniu pojechaliśmy z mężem na wakacje na Podlasie w okolice Czarnej Hańczy. Po kąpieli i plażowaniu wzięłam dokładny prysznic, by pozbyć się piasku. I wtedy wyczułam guzek w piersi. Jednak starałam się te straszne myśli wyprzeć. Tłumaczyłam sobie, że wcześniej, w grudniu robiłam mammografię, która nic nie wykazała, w rodzinie nikt nie chorował. Dlatego do lekarza poszłam dopiero kilka miesięcy później.

19 grudnia zdiagnozowano u mnie nowotwór piersi. Byłam w jakimś amoku. Jak wyszłam z gabinetu, to podobno mówiłam w kółko: „mam raka, umrę, mam raka, umrę”. Powtarzałam to jak mantrę. W styczniu miałam już operację. Muszę przyznać, że od momentu diagnozy do operacji mam taką czarną dziurę w głowie. Wiem, że się żegnałam z wszystkimi, pisałam testament. Zwołałam całą rodzinę na święta.

Miałam takie wyobrażenie, że nowotwór piersi to jest strasznie ciężka choroba, że się umiera i koniec. Cała terapia i leczenie mile mnie rozczarowało. Nie było wesoło, ale przekonałam się, że wszystko nie jest czarne, tylko szare. Teraz już wiem, że rak i strach siedzą w głowie.

Zaraz po amputacji piersi czułam obrzydzenie do siebie i swojego ciała. Jak pierwszy raz sobie zmieniałam opatrunek i zobaczyłam siebie bez piersi, to dostałam ataku histerii. Wsparcie rodziny i bliskich pomogło mi wrócić do żywych. Mąż mi powtarzał często: „Ty jesteś Basia, a nie pierś. Czy będziesz bez nogi, bez ręki czy bez piersi, to jesteś nadal Basią i za to cię kocham”.

Dzisiaj już nie czuję dyskomfortu. Nie mam oporów przed rozebraniem się u lekarza czy na basenie. Codziennie, jak rano idę pod prysznic, to myję zęby nago i widzę siebie w lusterku, od pasa w górę, bez tej piersi. Jak ktoś mnie pyta, to często muszę spojrzeć w dół i sprawdzić, której piersi nie mam. Zaakceptowałam to. Patrzę na siebie inaczej, taką w całości.

Nowotwór bardzo mnie zmienił. Przedtem byłam silną kobietą, Zosią samosią, rządziłam, decydowałam, nikogo nie pytałam o radę. Teraz jestem bardziej otwarta, cieplejsza i bardziej przyjazna. Idę ulicą i uśmiecham się do ludzi. Udało mi się to dzięki Amazonkom. W czasie leczenia nie wierzyłam ani siostrze, ani lekarzom. Uważałm, że mnie okłamują. Całe szczęście, siostra wzięła mnie za fraki i zaprowadziła do lubelskich Amazonek. Pamiętam, że poszłam do nich jeszcze ze świeżymi szwami po operacji. Weszłam do sali, a tu gwar, śmiech, kawusia, powitanie. Radość życia z nich biła. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam sobie, że może jeszcze będę żyła, skoro one tu są i rozmawiają. Mimo wszystko, czarne myśli jeszcze powracały. Na spotkania do Amazonek chodziłam trzy razy w tygodniu, bo ileż można było siedzieć w domu, patrzeć w okno czy szykować mężowi obiad.

Mam wrażenie, że w naszym społeczeństwie nie rozmawiamy o raku piersi, bo obawiamy się, że ściągniemy chorobę myślami. To jest takie polskie czarnowidztwo. Jest jeszcze wiele przesądów i mitów. Mówi się, że rak boi się noża, bo po operacji może się rozszerzyć. Kobiety z mniejszych miejscowości nie mówią innym o chorobie, bo się wstydzą, nie chcą, żeby sąsiadki gadały. Ja zawsze powtarzam, że nikt nie jest winien temu, że zachorował.

Nie chciałam mówić dzieciom

Jolanta Piątek: Pracowałam w przychodni zdrowia przy ul. Mełgiewskiej. Jeszcze wtedy działała fabryka samochodów. O nowotworze dowiedziałam się w wieku 46 lat. To była późna jesień 1990 roku. W czasie kąpieli wyczułam pod lewą pachą guzka na piersi. W szpitalu na Kraśnickiej zrobili mi biopsję i stwierdzili nowotwór złośliwy. Zemdlałam, jak tylko się dowiedziałam. Gdy się ocknęłam, to siedziała przy mnie pani doktor, bo przyszłam sama. Byłam już wtedy wdową. Minęło osiem lat od śmierci męża. Nie chciałam nic mówić dzieciom o chorobie.

Kiedyś rak to był wyrok śmierci. Nie to co teraz. Na początku lat 90. onkologia w Polsce jeszcze kulała i było jedno wyjście - amputacja piersi. Nie było mowy o leczeniu zachowawczym. Nikt nie proponował jeszcze częściowego usunięcia.

Po operacji dowiedziałam się, że guz był duży. Miał 3 cm. Po ośmiu latach był przerzut do kręgosłupa. To był dla mnie szok i jednocześnie strach, bo przerzut na kości oznaczał wtedy, że człowiek długo nie pożyje, może do pół roku. Dostałam wtedy kobalt i od tamtej pory na razie nic się nie dzieje. Mam spokój już ponad 15 lat.

Jak się czułam, gdy potwierdziła się diagnoza? Był we mnie taki bunt. Przecież pracowałam w służbie zdrowia. Wydawało mi się, że wszyscy mogą chorować, tylko nie ja. Woziłam pacjentów na naświetlania do szpitala, ale nigdy nie pomyślałam, że akurat mnie to spotka.

Buntowałam się też może dlatego, że człowiek już tyle przeszedł w swoim życiu. Już tyle nieszczęść i tragedii mnie spotkało, a tu jeszcze kolejne... Nie znalazłam odpowiedzi na pytanie - dlaczego akurat ja. Do tej pory mam czasami takie wątpliwości. Wydaje mi się, że te wcześniejsze przeżycia i stresy odbiły się na moim zdrowiu i miały wpływ na postęp choroby.

Mówią, że rak piersi jest uleczalny, choć bywa różnie. U nas w klubie Amazonek są takie przypadki, że wznowa pojawia się po wielu latach i ktoś odchodzi. Tych pięć lat wcale nie oznacza, że człowiek jest zdrowy. Jestem już 25 lat od operacji piersi. W czasie spotkań w szpitalach zawsze mówię, że rak to nie jest wyrok. I nie oznacza końca. Jak się zachoruje, trzeba z tym zrobić porządek i można dalej żyć.

Kiedyś był dom, praca, dzieci. Teraz człowiek się bardziej wyciszył. Po chorobie miałam czas zobaczyć, że drzewa rosną, kwiatki pachną. Wydaje mi się, że dzięki chorobie zbliżyłam się bardziej do Boga. Wcześniej nie było czasu na modlitwę, taką od serca.

Sztuczna szczęka to też proteza

Krystyna Kot: Jestem 21 i pół roku po operacji usunięcia nowotworu piersi. Liczymy te miesiące i lata, bo to jest jakby nowe życie. Każda z nas w nocy o północy może odpowiedzieć, ile czasu już jest po diagnozie. Prawda jest taka, że my siedzimy na bombie. Jak coś się dzieje, to zawsze z tyłu głowy pojawiają się obawy, czy to nie wznowa.

Miałam normalne życie, męża, dwóch synów. Pracowałam w Urzędzie Staty-stycznym. Guzka wyczułam w sylwestra 1994/1995. Miałam wtedy 49 lat. W czasie kąpieli w wannie zobaczyłam guz, wielki jak jajo. Gdy potwierdziło się, że to nowotwór piersi, ryczałam dzień i noc. Każdy mnie pocieszał, ale ja nikogo nie chciałam słuchać. Takie czarnowidztwo. Nie mogłam się pogodzić z chorobą.

Amputacja piersi nie była dla mnie wielkim problemem. Chciałam żyć, dlatego to, czy będę miała swoją pierś, czy nie, nie było istotne. Poza tym, protezy są wspaniałe. Zawsze powtarzam, że okulary czy sztuczna szczęka to też proteza.

Doświadczenie choroby było dla mnie pewnego rodzaju przystankiem. Miałam wrażenie, że do momentu operacji życie przeleciało mi tak szybko jak film. Zastanawiałam się nad tym, czego jeszcze w życiu nie zrobiłam. Ale dzięki Bogu żyję. Teraz staram się nie przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu. Nie widzę np. potrzeby martwienia się tym, że będzie padał deszcz. Zakładam kalosze, biorę parasol i idę.

Szykując się do 25-lecia Amazonek oglądałyśmy zdjęcia. Na różnych fotografiach nie było już niektórych koleżanek. Ale było też zdjęcie z Częstochowy, gdzie stałyśmy we cztery. Z tej grupki żyję tylko ja. Dziwne uczucie... Bardzo dużo moich koleżanek już nie ma. Ja też inaczej podchodzę do samej śmierci, jestem, że tak powiem, z nią obyta. Czasem się zastanawiam się, jak to jest, że niektóre kobiety w odpowiednim czasie się dowiadują o raku, a niektóre za późno.

Myślę, że każda z nas boi się śmierci. Zaraz się rozpłaczę... Jak zachorowałam, to liczyłam się, że przecież mogę wkrótce umrzeć. A tymczasem pochowałam syna i męża, którzy byli zdrowi, a ja żyję… A jednak, jest ze mnie beksa.

Nie spieszy mi się na tamten świat

Danuta Cyzman: O nowotworze piersi dowiedziałam się w październiku 2004 roku. To była środa. Trwała złota jesień. Nie mogę się pochwalić, że wcześniej robiłam regularnie mammografię. Ale wtedy coś mnie tknęło, bo sama bardzo chciałam ją zrobić. Tak jakby intuicja mi podpowiadała. I akurat się trafiło.

Jestem oswojona z rakiem. Przed operacją piersi, w 1993 roku miałam już styczność z podobną chorobą. W czasie wizyty u dentysty dowiedziałam się o raku wyrostka zębodołowego w jamie ustnej. Bardzo to przeżywałam, bo miałam dopiero 40 lat. Natomiast do operacji piersi podeszłam już spokojniej, bo miałam doświadczenie. Te nowotwory nie miały ze sobą żadnego związku. Po 19 latach rak pojawił się znowu w jamie ustnej. Fragment żuchwy musiał zostać usunięty, dlatego mam troche zdeformowaną twarz. Trudno powiedzieć, żebym się z fantastycznie czuła z takim wyglądem.

Jeśli chodzi o nowotwór piersi, to nie wiem dlaczego na mnie znów padło. Statystycznie co piąta kobieta choruje na raka. I widocznie ja jestem tą piątą. Wiadomo, że to boli, ale nie mam o to pretensji.

W tym roku mam nawrót raka w jamie ustnej. Jest nieoperacyjny. Prawdopodobnie będę miała wkrótce chemioterapię. Bardzo pomaga mi wiara. Szczerze mówiąc, nie zazdroszczę osobom, które mają takie przejścia, a są ateistami. Bo do kogo mają się zwrócić o pomoc duchową? Mimo wszystko jestem szczęśliwa, mam swoją Matkę Bożą, z którą zawsze mogę pogadać, nawet w nocy, jak nie mogę spać. Jestem Amazonką, przez 6 lat byłam prezesem lubelskiego stowarzyszenia. Mam nadzieję, że pozostało mi tej siły trochę i jeszcze powalczę, bo wcale nie spieszy mi się na ten drugi piękny świat. Mam wnuczkę Stefanię, która ma 3 lata. Chciałabym zobaczyć jeszcze, jak sobie radzi w życiu.

***

Lubelskie Stowarzyszenie Amazonek

Obchodzi właśnie 25-lecie działalności. Siedziba mieści się w Lublinie przyul. Organowej 2. Spotkania odbywają się w poniedziałki i środy w godz. 14 - 17. Przypomnijmy, że bezpłatna mammografia w ramach NFZ przysługuje kobietom w wieku 50 - 69 lat. Wystarczy, że spełniają jedno z poniższych kryteriów: nie miały wykonywanej mammografii w ciągu ostatnich dwóch lat albo otrzymały w ramach programu profilaktyki raka piersi pisemne wskazanie do wykonania badania bądź nie miały wcześniej stwierdzonej zmiany nowotworowej piersi o charakterze złośliwym

Gabriela Bogaczyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

promocja -50%

Gorąca promocja na wakacje!

55,00 110,00

Skorzystaj i ciesz się codziennym dostępem do gazety online przez 90 dni. Z tą ofertą oszczędzasz aż połowę ceny!

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.