Profesor Przemysław Mitkowski: Postęp w medycynie ograniczony jest wyłącznie naszą wyobraźnią

Czytaj dalej
Maciej Łosiak

Profesor Przemysław Mitkowski: Postęp w medycynie ograniczony jest wyłącznie naszą wyobraźnią

Maciej Łosiak

Rozmowa z profesorem Przemysławem Mitkowskim, kierownikiem Pracowni Elektroterapii Serca Szpitala Klinicznego Przemienienia Pańskiego w Poznaniu, prezesem-elektem Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, o tym, jak w ciągu ostatnich dekad ważną dziedziną medycyny stała się kardiologia, o nowych technologiach z tym związanych i o chorobach układu krążenia, które wciąż są przyczyną największej liczby zgonów mimo trwającej pandemii koronawirusa.

Na początku lutego obchodził Pan ważny w zawodowym życiu jubileusz. Minęło 30 lat od czasu, kiedy wszczepił Pan pierwszy stymulator serca…

Profesor Przemysław Mitkowski: Pamiętam nawet dokładnie dzień – było to 8 lutego 1991 roku. Tak, to był dla mnie pierwszy i jakże ważny krok, wtedy jeszcze bardzo młodego i mało doświadczonego lekarza. Oczywiście nie byłoby to możliwe, gdyby nie wsparcie i zaufanie, jakim obdarzyli mnie wspaniali nauczyciele. Wymienię dwa nazwiska z tego okresu. Pierwszą osobą był doktor Franciszek Zerbe – mój opiekun na stażu podyplomowym, drugą szef kardiochirurgii, prof. Aleksy Poniżyński, u którego odbywałem staż w zakresie chirurgii. To właśnie od profesora otrzymałem propozycję rozpoczęcia nauki wszczepiania stymulatorów. Czułem się, jakbym złapał Pana Boga za nogi! W całym swoim życiu zawodowym miałem olbrzymie szczęście, spotykając wielu wspaniałych i życzliwych nauczycieli i wymagających szefów.

30 lat temu wszystko odbywało się szybciej niż obecnie. Przeszedłem bardzo solidną, ale przyspieszoną praktyczną naukę w dziedzinie implantacji rozruszników. Pomocny w tym wszystkim był także ścisły umysł, ukończyłem bowiem w liceum profil matematyczno-fizyczny. Zdobyta wtedy wiedza bardzo się przydała. Z kolei z medycznego punktu widzenia, ówczesny staż, w skład którego wchodziła interna, chirurgia, ginekologia i pediatria był dla mnie swego rodzaju fundamentem dalszego rozwoju zawodowego.

Z wszczepienia przez ze mnie pierwszego w życiu stymulatora za dużo nie pamiętam (śmiech) - stres był ogromny. Za moimi plecami stali doświadczeni lekarze, którzy nadzorowali przebieg zabiegu i mogłem korzystać z ich pomocy.

Czy Pana zdaniem można się pokusić się o porównanie, że wszczepienie stymulatorów to był podobny przełom, jak przeszczep serca?

Odpowiadając bezpośrednio na Pana pytanie, powiem tak: inaczej podchodzi się, także w takim codziennym odbiorze, do wszczepienia urządzenia, a inaczej do przeszczepienia żywej tkanki, w tym wypadku serca. Obydwa zdarzenia były na pewno ważnymi momentami w medycynie.

Jednak w moim przekonaniu to wszczepialne kardiowertery-defibrylatory były tym trzecim, zaraz po szczepionkach i antybiotykach, największym osiągnięciem medycyny wszechczasów. Nie ma takiej technologii, która uratowałaby aż tyle ludzkich istnień na całym świecie. Warto w tym momencie przypomnieć historię pierwszego pacjenta z rozrusznikiem. W 1958 roku szwedzki kardiochirurg dr Ake Senning po raz pierwszy na świecie wszczepił stymulator serca. Pacjent Arne Larsson żył 86 lat, zmarł w 2001 roku i to nie na serce. Wszczepiono mu aż 27 stymulatorów kolejnych generacji. Uratowała go żona, jej dociekliwość i determinacja. Larsson, po zjedzeniu owoców morza, zapadł na zapalenie mięśnia sercowego, którego skutkiem był blok przedsionkowo-komorowy 3 stopnia. Tracił przytomność kilkadziesiąt razy na dobę. Pracowano wtedy nad stymulatorem, ale nikt nie miał gotowego produktu. Dysponowano układem elektronicznym ułożonym na płytce. Trzeba było go jakoś spakować i stworzyć urządzenie, które można zastosować w medycynie. I dzięki żonie Larssona proces ten znacznie przyspieszono. Wzięto pudełko po paście do butów, zrobiono odlew z żywicy, włożono do niego komponenty układu i tak powstał pierwszy stymulator. Działał kilka godzin. Przypadek Larssona świadczy o jednym, że elektroterapia działa i jest skutecznym narzędziem w ratowaniu ludzkiego życia.

Dodam tylko, że pierwsza implantacja stymulatora serca w Polsce miała miejsce w Szpitalu Klinicznym nr 3 Akademii Medycznej w Gdańsku w 1963 r., czyli tylko pięć lat po światowej premierze. Z kolei w 1986 profesor Zbigniew Religa z razem profesor Marią Trusz-Gluzą jako pierwsi wszczepili kardiowerter-defibrylator – jeszcze z elektrodami nasierdziowymi.

Jak w skrócie wyglądał postęp, jeśli chodzi o kolejne generacje stymulatorów?

Pierwsze stymulatory były zasilanie bateriami rtęciowymi. Obudowy były wykonane ze stali, potem zaczęto je powlekać tytanem. Większość rozruszników dostępnych w Polsce, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, wytwarzała czechosłowacka firma Tesla. Pierwsze stymulatory były ciężkie, ważyły 140 gramów i pracowały jedynie przez dwa lata. Najnowsze stymulatory mają rozmiary pudełeczka o rozmiarach 3 na 4 cm, ważą zaledwie 21-31 gramów, a ich żywotność oceniana jest na kilkanaście lat. Zabiegi wykonuje się w znieczuleniu miejscowym. Stymulator wszczepia się podskórnie, najczęściej poniżej lewego obojczyka. Elektrody wprowadzane są wewnątrznaczyniowo – poprzez naczynia żylne. Sam stymulator ma liczne zaawansowane funkcje: można programować jego częstotliwość, pozwala rozpoznać niepokojące zjawiska w sercu, np. zaburzenia rytmu.

Z mojej pracy zapamiętałem, że zaczynając w I Klinice Kardiologii, obserwowałem zmierzch stymulatorów produkowanych w bloku wschodnim. Choć jeszcze na początku lat 90. ubiegłego wieku pojawił się niemiecki (enerdowski) TUR LCP 201. Urządzenie jeszcze nieprogramowalne, więc takie, o którym, mając dzisiejszą wiedzę i możliwości, mówimy „wszczep i zapomnij”. Niezwykle prosty, ale bardzo solidny i, co najważniejsze, względnie mały.

W jakim kierunku trwają badania dotyczące stymulatorów?

Obserwujemy dalszą miniaturyzację samego urządzenia przy jednoczesnym wzroście pojemności baterii i pamięci. Urządzenia, prócz stymulacji, pozwalają dzięki programowalnym funkcjom dostosować je do potrzeb konkretnego chorego, pozwalają zaprogramować częstotliwość rytmu serca w trakcie wysiłku, w czasie snu. Myślę, że doczekamy się takich urządzeń – chipów, które będą wszczepiane bezpośrednio do serca i będą dysponowały ogromną pamięcią oraz baterią doładowywaną z zewnątrz, aby nie trzeba było ponawiać kolejnych procedur wszczepienia. Pamięć będzie na tyle obszerna, że będzie można wgrywać pewne opcję programowania, które są dla danego chorego potrzebne, a które będziemy wybierali z biblioteki, składali trochę jak klocki LEGO.

Powiem krótko – postęp w medycynie jest ograniczony wyłącznie naszą wyobraźnią.

W trakcie pracy w szpitalu przy Długiej miał Pan styczność z setkami, a może i tysiącami pacjentów, którym nie tylko pomagał Pan wrócić do zdrowia, ale wręcz ratował życie. Kto szczególnie utkwił w Pana pamięci?

Pierwszy przypadek miał miejsce w pierwszych latach mojej pracy. W 1992 roku na stole operacyjnym znalazła się młoda kobieta, która miała wrodzony blok zupełny. Chora łatwo się męczyła. Wtedy otrzymaliśmy pierwszy stymulator dwujamowy. Jakaż była radość naszego zespołu, gdy na ekranie monitora EKG pojawiła się sekwencyjna stymulacja przedsionków i komór – niedostępna we wcześniej wszczepianych urządzeniach jednojamowych.

Drugą osobą, którą bardzo dobrze pamiętam była młoda, 17-letnia dziewczyna. Trafiła do nas z powodu zakażenia ogólnoustrojowego związanego z już wcześniej wszczepionym stymulatorem. Bakterie skolonizowały elektrody, pokryły się biofilmem, a ich toksyny zaatakowały cały organizm, stan był ciężki. Musieliśmy usunąć stymulator. Walczyliśmy o jej życie. Pamiętam do dziś jej pluszaki w łóżku i moment, jak opuszczała szpital. Ważyła zaledwie 42 kg. Po kilkunastu miesiącach trafiła do mnie na kontrolę, była w ciąży. To był wyjątkowo wzruszający moment.

W tym miejscu warto powiedzieć o takiej ogólnej, ale jakże istotnej prawdzie: wiele zdrowych osób nie zdaje sobie sprawy, jak ważny jest powrót do normalnego życie. Dla chorego, który wraca do zdrowia, krótki spacer, możliwość samodzielnego skorzystania z toalety, czy pójścia pod prysznic to ogromna radość.

Niedawno został Pan wybrany prezesem-elektem Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Najważniejsze zadania, jakie stawia przed sobą prezes-elekt?

To dla mnie ogromne wyróżnienie, ponieważ na tę funkcję wybiera środowisko lekarskie. Do wyborów wystartowałem z hasłem „Razem możemy więcej”. Stawiam na interdyscyplinarność i integrację. Współpraca z lekarzami innych specjalności, tak, by jak najlepiej pomagać pacjentom, to jedno z głównych zadań. Oczywiście nie można zapominać o edukacji społeczeństwa i promowaniu zdrowego trybu życia, wyrównywaniu dostępu do opieki medycznej najwyższej jakości, o szybkim wprowadzaniu nowych technologii. Choroby układu krążenia to wciąż główny zabójca w naszym kraju. Nie można jednak nie dostrzec postępu jaki dokonał się w medycynie na naszych oczach. Patrząc z perspektywy zaledwie jednego pokolenia, średnia długość życia w Polsce wzrosła i to aż o siedem lat. Na tle innych krajów, szczególnie zachodniej Europy, nie ma już takiej przepaści, jak jeszcze pół wieku temu. Gorzej przedstawia się sprawa naszego dobrostanu, tego jak funkcjonujemy, jaką mamy sprawność fizyczną i to nie tylko w wieku postprodukcyjnym, ale nawet produkcyjnym. W tym względzie jest jeszcze dużo do nadrobienia.

Panie profesorze, a jak na leczenie schorzeń związanych z układem sercowo-naczyniowym wpływa epidemia COVID-19?

– Źle. W czasie epidemii mamy wzrost zgonów z powodu chorób układu krążenia o prawie 17 procent. Nie lekceważmy żadnych objawów, które wskazują na problemy związane z sercem, zwłaszcza z zawałem czy niedokrwieniem mózgu - udarem. Duszność, ucisk w klatce piersiowej dłuższy niż 20 minut, zaburzenia mowy, osłabienie siły mięśniowej, zaburzenia świadomości to poważne symptomy, na które powinniśmy błyskawicznie reagować. Serce nie zaczeka, a czas do wdrożenia właściwego leczenia jest kluczowy dla uniknięcia niekorzystnych następstw. Jeśli w ciągu godziny trafimy do specjalisty, to można prawie w 100 procentach zapobiec skutkom choroby. Epidemia koronawirusa w żaden sposób nie powinna powodować, że zwlekamy z udaniem się do lekarza, że przestaniemy chodzić na regularne kontrole. Apeluję do wszystkich: chrońmy się przed wirusem, ale nie zapominajmy o innych schorzeniach, w których rokowanie jest gorsze niż w przypadku infekcji SARS-CoV-2 i badajmy się.

---------------------------

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

 

 
 
 
 
 
 
Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 3,69 zł dziennie.

    już od
    3,69
    /dzień
Maciej Łosiak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.