Przemoc domowa rozwija się w podziemiu

Czytaj dalej
Fot. Fot. 123rf
Lina Szejner

Przemoc domowa rozwija się w podziemiu

Lina Szejner

Ofiarami przemocy domowej zwykle są kobiety i dzieci. Statystyki podają, że rocznie w Polsce ginie z rąk oprawców kilkaset kobiet. Mimo zorganizowanej pomocy ofiarom coraz mniej osób z niej korzysta. Skąd ten paradoks?

Historię trzydziestokilkuletniej Marty (imię zmienione) doskonale pamiętają pracownicy opolskiego Ośrodka Readaptacji „Szansa”, jak również Barbara Leszczyńska - szefowa Specjalistycznego Ośrodka Wsparcia dla Ofiar Przemocy opolskiego MOPR.

Kobieta wraz z czworgiem dzieci i mężem oprawcą mieszkała w jednej z podopolskich wiosek. Jak strasznie musiała się bać o życie swoje i dzieci, jeśli zimą, w Nowy Rok, spakowała do reklamówek najpotrzebniejsze rzeczy i uciekła z domu, postanawiając nigdy do niego nie wracać.

Jedną noc była u siostry, a następnie poradzono jej, by pojechała do SOW w Opolu. Tu dostała pokój, podstawowe rzeczy i to, co najważniejsze - poczucie bezpieczeństwa.

Opowiadała potem, że dopiero tam pierwszy raz od dłuższego czasu wszyscy porządnie się wyspali. Marta mogła też liczyć na pomoc finansową i prawną, a przede wszystkim na wsparcie psychologa. Trzeba było długiego czasu, aby odbudowała w sobie poczucie wartości, uwierzyła, że może odmienić życie swoje i dzieci, z których jedno było niepełnosprawne.

Kolejnym, kilkuletnim etapem w życiu rodziny było mieszkanie w „Szansie”. Dość szybko udało się je tam poukładać. Marta znalazła pracę, jej dzieci zaczęły chodzić do szkół w Opolu i powoli ich sytuacja stabilizowała się na tyle, że Marta zaczęła czynić starania o własne mieszkanie komunalne do remontu.

Na długo przedtem niż spełniło się jej marzenie, gromadziła niezbędne wyposażenie: garnki, drobne meble, naczynia, ręczniki...
- Na własny dach nad głową rodzina czekałaby jeszcze dłużej, ale nawiązaliśmy wtedy kontakt z charytatywnym międzynarodowym stowarzyszeniem „Habitat”, który udzielił nieoprocentowanej i rozłożonej na korzystne raty pożyczki na remont - wspomina była kierowniczka „Szansy” Edyta Solarska-Halaba. To przyspieszyło przeprowadzkę.

Ta pomoc była też dowodem dla innych, że szczęście sprzyja tym, którzy też sami pomagają w jego poszukiwaniu.
- Okazuje się, że nawet bardzo trudna sytuacja nie stanowi przeszkody w tym, by zmienić diametralnie swoje życie - uważa Barbara Leszczyńska. Potrzeba jednak takiej determinacji, z jaką działała Marta. Kiedy dostrzegają ją inni, chętnie spieszą z pomocą. Niestety, jeszcze ciągle kobiety nie wierzą w siebie i nie tylko nie walczą z mężem oprawcą, ale jeszcze skrzętnie ukrywają skutki jego agresji.

Do tej grupy kobiet należy Jagoda. Ma 32 lata, dwójkę kilkuletnich dzieci i męża, który odreagowuje na niej wszystkie swoje niepowodzenia. Skończyła technikum gastronomiczne, ale zanim zaczęła pracować, wyszła za mąż, urodziła pierwsze dziecko, a jego ojciec stwierdził, że przecież zdoła utrzymać rodzinę i ona może spokojnie zajmować się synkiem.

Spokoju jednak nie było. Od pierwszych dni mąż urządzał awantury właściwie o wszystko. Miał pretensje, że jest niegospodarna, choć dawał na życie bardzo mało pieniędzy. Rozliczał z tego, co robiła w domu, gdy on pracował, a jeśli nie była w stanie udowodnić, że nie marnowała czasu - bił. Siniaki pod okiem ukrywała pod makijażem.

Dopiero gdy złamał jej rękę, matka domyśliła się, co się dzieje, i chciała ją wziąć do siebie. Jagoda odmówiła. Bo wstyd przed ludźmi! Kiedy była w ciąży z drugim dzieckiem, liczyła, że mąż się opamięta. Nic z tego. Bił nawet częściej, bo poczuł się bezkarny. Najbliższa przyjaciółka, której się zwierzyła, namawiała ją, by uciekła od kata, ale Jagoda boi się, że nie da sobie rady z małymi dziećmi i bez stażu pracy.

Kto powinien się wstydzić?

Osoby, które zajmują się zawodowo pomocą ofiarom i przeciwdziałaniem przemocy, dziwią się statystycznym danym, z których wynika, że przemoc domowa to zjawisko, które się marginalizuje. Widać to choćby na przykładzie Opola. W 2008 r. w Specjalistycznym Ośrodku Wsparcia dla Ofiar Przemocy pomocy szukało 413 osób, w rok później - 465, a w 2009 było ich 546. Wprowadzenie niebieskiej karty i nagłośnienie problemu mogło wpłynąć na jego ograniczenie, ale czy aż takie, żeby w 2015 r. do SOW trafiło tylko 309 potrzebujących pomocy, a w roku ubiegłym 268?

Różne środowiska diagnozują, że to dzięki „500+”, bo znika z domów część kłótni o pieniądze, albo przez mniejsze bezrobocie, bo być może mężczyźni, gdy pracują, czują się bardziej wartościowi i nie podlegają takim jak wcześniej frustracjom?

- Ja jednak byłabym ostrożna w formułowaniu wniosków - mówi Barbara Leszczyńska. Nie ma tygodnia, żeby media nie donosiły o tragediach i drastycznych przykładach przemocy. Ona nie trafia do statystyk, bo nikt problemu nie zgłasza. Dopracowaliśmy się już sposobów na jej przeciwdziałanie i pomoc dotkniętym problemem kobietom i dzieciom, ale nie wszystko w tym względzie działa jak należy. Nadal w wielu środowiskach przemoc traktuje się jako „sprawę rodzinną”. Zamiast ostracyzmu w stosunku do mężczyzn-katów, ich sąsiedzi, znajomi, współpracownicy, którzy doskonale znają sytuację, nie chcą się wtrącać i nie stosują ostracyzmu. Bywają nawet przypadki, że właśnie takie osoby wybierane są np. do samorządów.

Niechętnie reaguje na skargi kobiet policja, która je bagatelizuje. Z jej strony zbyt mało jest wniosków o założenie niebieskiej karty, które uruchamiają całą procedurę skutecznej pomocy w gminie. Jeśli oskarżenia związane z przemocą trafiają do sądu, często kończą się albo umorzeniem, albo wyrokiem w zawieszeniu.

Na sprawcach nie robi to żadnego wrażenia i traktują je tak, jakby kary w ogóle nie było. Pilnują się do czasu obowiązywania „zawiasów”, a po jego upływie wracają do poprzednich zachowań. Ciągle też sądy nie korzystają z możliwości eksmitowania sprawców i nie wydają zakazu zbliżania się do swoich ofiar. Bywa też tak, że mąż oprawca dostaje pełnomocnika z urzędu, a jego ofiara - nie. To wszystko osłabia ich pozycję.

Trudno się więc dziwić, że kobiety nie szukają pomocy, ukrywają to, co dzieje się w ich domach, wstydzą się, że wybrały takiego partnera, a często biorą winę na siebie. Statystyki nie odzwierciedlają więc rzeczywistej skali problemu.

Nagłośnienie go spowodowało natomiast, że co bardziej inteligentne osoby postanowiły wykorzystać nieobecną przemoc we własnym domu do takich celów jak choćby „załatwienie” współmałżonka.
- Nigdy dotąd nie mieliśmy tylu osób, które prosiły nas o pomoc, choć wcale nie doświadczają przemocy, tylko starają się udowodnić, że stosuje ją współmałżonek, by zemścić się na nim za zdradę czy złożony pozew rozwodowy - przyznaje Leszczyńska.

Małżonkowie z dwojgiem dzieci byli bardzo dobrze sytuowani, „ustawieni” zawodowo, ale kobieta poznała innego mężczyznę, zakochała się i postanowiła do niego odejść. Zraniony mąż nie mógł się z tym pogodzić i w różny sposób utrudniał jej życie.

Oskarżył ją też, że znęca się nad dziećmi. Wdrożono niebieska kartę i kiedy zaczęto bliżej przyglądać się życiu rodziny, okazało się, że, matka się nad dziećmi nie znęca, ale ich sytuacja jest dramatyczna, ponieważ są manipulowane przez oboje małżonków, działających pod dyktando prawników, a ich dzieci rzeczywiście żyją w fatalnej, szkodliwej dla nich atmosferze, która jest efektem konfliktu rodziców.

Przemoc w rodzinie wymieniona we wniosku o lokal z zasobów miasta jest też jednym ze wskazań do tego, by małżonków lub partnerów rozdzielić, a jednemu z nich przyznać mieszkanie. Jeśli nie ma wielu szans na otrzymanie „M”, para umawia się, że jedno z nich „zagra” ofiarę przemocy. Po skardze policji, wdrożeniu niebieskiej karty wciągają w swoją intrygę sporo osób i trzeba nie lada zabiegów, żeby ją odkryć.

- Dawniej z takimi przypadkami w ogóle się nie spotykaliśmy - twierdzi Barbara Leszczyńska. Teraz stały się coraz częstsze i mam wrażenie, że część osób liczy na to, że zafałszuje przed nami rzeczywistość i osiągnie swój cel. Jeśli chodzi o przydział mieszkania dla ofiar przemocy, to właśnie my walczyliśmy, żeby komisje zajmujące się przydziałami brały pod uwagę sytuacje maltretowanych kobiet i wreszcie tak było. Teraz musimy doskonalić nasze umiejętności detektywistyczne, by stwierdzić, czy mamy do czynienia z rzeczywistą przemocą, czy też z ukartowanym działaniem, które ma pomóc całkiem zgodnemu stadłu w osiągnięciu wspólnie nakreślonego celu.

Coraz częściej też (co wcześniej należało do rzadkości) pracownicy „opieki” oraz ci związani z problematyką przemocy muszą wcielić się w detektywów i bronić przed przemocą seniorów, którzy są wykorzystywani ekonomicznie przez własne dzieci lub wnuki. To szczególnie trudna i niewdzięczna rola.

Starsi ludzie nie skarżą się, gdy syn przychodzi i zabiera lwią część emerytury. Nie narzekają, gdy na prośbę wnuka wzięli kredyt, a młody człowiek go nie spłaca. Często bywa tak, że potomkowie bezwzględnie potrafią „oskubać” starego człowieka, więc zostaje on bez pieniędzy na leki i jedzenie. Nie skarży się nikomu, bo kocha i się wstydzi. Ile jest takich przypadków? W statystykach nie figurują.

Lina Szejner

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.