Przyjaźnili się od dziecka. Uratowała mu życie, sama zginęła

Czytaj dalej
Fot. 123RF
Marcin Koziestański

Przyjaźnili się od dziecka. Uratowała mu życie, sama zginęła

Marcin Koziestański

- Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła Ewa, gdy spostrzegła, co Franciszek chciał zrobić. Gdyby wróciła do domu odrobinę później, nie zdołałaby uratować mu życia. Ale wtedy ocaliłaby samą siebie - przed nim.

Był rok 2013. Wieś pod Międzyrzecem Podlaskim. 53-letni Franciszek niedawno pochował żonę. Doskwierała mu samotność. Okazja, by wejść w nowy związek, przydarzyła się szybko. Zaledwie kilka miesięcy po śmierci żony do rodzinnej wsi powróciła Ewa.

Młodsza od niego o dziesięć lat, mieszkała wcześniej w Anglii. Wyjechała za granicę, związała się z żyjącym tam Polakiem i prowadziła udane życie. Jednak po pewnym czasie zaczęła tęsknić za rodzinnymi okolicami.

Gdy Ewa wróciła do wsi, zaczęła spotykać się z Franciszkiem. Znali się przecież od dzieciństwa, razem dorastali w jednej miejscowości, przyjaźnili się. Teraz znów się spotkali - on po śmierci żony, a ona po rozstaniu z partnerem i powrocie z Anglii. Czuli się samotni. Połączyły ich podobne przeżycia i silne uczucie. Ewa wprowadziła się do Franciszka. Postanowili pójść krok dalej - w kwietniu wyprawić wesele na całą wieś, zaprosić wszystkich sąsiadów i do końca życia być razem.

Jednak coś się zaczęło. Miesiąc przed uroczystością Ewa zrozumiała, że związek z Franciszkiem to tylko przelotna fascynacja. - Wcale go nie kocham. Muszę wrócić do swojej prawdziwej i jedynej miłości - musiała pomyśleć i postanowiła wrócić do Anglii.

W dniu śmierci podzieliła się wątpliwościami z Franciszkiem. Był oszalały z zazdrości. Tego dnia Ewa powiedziała nawet swoim dzieciom, że groził jej śmiercią. - Będziesz moja albo niczyja - miał powiedzieć. Nikt jednak nie wziął jego słów na poważnie.

Uratowała mu życie, sama zginęła

Po krótkiej kłótni Ewa i Franciszek postanowili ostatni raz razem się napić. Potem miała pomóc sąsiadowi w zasadzeniu ziemniaków, a wieczorem spakować swoje rzeczy i się wyprowadzić. Gdy kobieta była zajęta pomocą w gospodarstwie, jej partner zrozumiał, że nie wyobraża sobie dalszego życia bez niej. Poszedł do garażu, zawiązał sznur na szyi i chciał się powiesić. Miał jednak szczęście. Ewa w odpowiednim momencie wróciła do domu i odcieła sznur. - Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła i wrzuciła linę do pieca. Później niedoszły samobójca raz jeszcze próbował się powiesić, ale partnerka ponownie go uratowała.

Gdy wydawało się, że emocje powoli opadają, spakowała swoje rzeczy i poszła spać. To miała być jej ostatnia noc w domu Franciszka. Okazało się, że była to jej ostatnia noc w życiu. Zraniony nie mógł przeżyć tego, że to koniec jego związku. Wyjął pasek ze swoich spodni i zacisnął go na szyi kobiety. Ta już się nie obudziła.

Po wszystkim morderca usiadł na łóżku obok ciała ukochanej i poczekał do rana, aż wróci jego syn. Opowiedział mu, że zabił i poprosił o wezwanie policji. Kilka miesięcy później stanął przed sądem. - Zabiłem ją, bo chciałem ją mieć przy sobie, a on chciał mi ją zabrać - zeznawał Franciszek.

Sędzia skazał go na 15 lat więzienia. - Pokrzywdzona ratując oskarżonego przed samobójstwem przyczyniła się do własnej śmierci - skwitował wyrok sędzia.

Ból trudny do zniesienia

- Ta historia prowokuje pytanie: „dlaczego ludzie bagatelizują sygnały mówiące o niebezpieczeństwie?” - mówi Monika Semczuk-Sołek z Ośrodka Psychoterapii Integratywnej w Zamościu.

Jak podkreśla specjalistka, ludzie mają naturalną potrzebę kochania i bycia kochanym, ale kiedy obiekt uczuć przestaje je odwzajemniać i pojawia się moment rozstania, budzi się poczucie odrzucenia związane z silnymi przeżyciami. Często zabójstwo „z miłości” jest dokonywane pod wpływem tych niezwykle silnych emocji. - Pojawiły się komunikaty mówiące o zazdrości. Tak jak miłość ma wiele twarzy, tak i zazdrość może być różna. Ta, która prowadzi do zbrodni, jest zazdrością patologiczną z cechami psychotycznymi, może być jednym z objawów tzw. epizodu psychotycznego, psychozy, zaburzeń o organicznym podłożu czy skutkiem ciężkiej choroby alkoholowej - tłumaczy Monika Semczuk-Sołek. - Jej obraz kliniczny jest bardzo zróżnicowany. Zazdrość, tak silna jak w tym przypadku, wymaga intensywnego leczenia psychiatrycznego, a w okresach nawrotów także psychoterapii - podkreśla nasza rozmówczyni.

Marcin Koziestański

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.