Rekonstrukcja rządu wcale nie taka prosta. Dlaczego?

Czytaj dalej
Fot. Grzegorz Jakubowski
Witold Głowacki

Rekonstrukcja rządu wcale nie taka prosta. Dlaczego?

Witold Głowacki

Sondaże pokazują, że topnieje przewaga PiS nad największą partią opozycji. Spadają też notowania samej premier Beaty Szydło. Zaczynają się więc spekulacje na temat ewentualnej rekonstrukcji rządu. Problem jednak w tym, że ministrowie, którzy budzą najwięcej kontrowersji, są zarazem tymi, których najtrudniej jest dziś odwołać.

Sygnał dał przed tygodniem Jarosław Kaczyński. Zapytany w wywiadzie dla RMF FM o możliwą rekonstrukcję rządu odpowiedział w sposób daleki od precyzji, za to dający całkiem spore pole do spekulacji. - Jeżeli pani premier tak mówi, to jest jakiś sygnał, natomiast ta ostateczna decyzja musi być podjęta we właściwym czasie, może po jakimś przeglądzie, po bliższym przyjrzeniu się pewnym sprawom. Wydaje mi się, że pani premier, która jest wstrzemięźliwa w słowach, jeżeli już coś takiego mówi, to pewnie jakieś decyzje będą miały miejsce - mówił prezes Prawa i Sprawiedliwości. Chwilę później odżegnał się od myśli o samodzielnym pokierowaniu rządem - przynajmniej „w tej chwili”. Kaczyński nie powiedział jednak przy tym ani słowa na temat tego, jak „w tej chwili” widzi pozycję Beaty Szydło.

Na początku tygodnia o możliwych zmianach w rządzie już całkiem wprost mówił więc marszałek Senatu Stanisław Karczewski. - Intuicja podpowiada mi, że być może dojdzie do płytkiej rekonstrukcji rządu. Do świąt niczego jednak nie będziemy robili - mówił Karczewski w rozmowie z Radiem ZET. Karczewski tłumaczył, że kierownictwo PiS zdaje sobie sprawę z najnowszych sondażowych problemów. - W ścisłym kierownictwie, w szerszym kierownictwie, zastanawiamy się o kierunkach, o potrzebach, spotykamy się z ludźmi, rozmawiamy w dalszym ciągu - mówił marszałek Senatu. Natychmiast jednak podkreślił, że „decyzje podejmie pani premier”.

Jak dotąd jedynym ruchem personalnym w obrębie resortów podległych premier Beacie Szydło było powołanie nowej rzeczniczki Ministerstwa Obrony Narodowej. Misję ocieplania wizerunku Antoniego Macierewicza i jego ministerstwa a także zatarcia złych wrażeń po Bartłomieju Misiewiczu dostała major Anna Pęzioł-Wójtowicz - oficer ze świetnym wojskowym CV, do tej pory pełniąca funkcję pełnomocniczki ministra ds. wojskowej służby kobiet. Pęzioł-Wójtowicz ma na koncie służbę w 16. Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej i w Polsko-Litewskim Batalionie Sił Pokojowych, a do tego studia magisterskie i podyplomowe ze stosunków międzynarodowych oraz doktorat na SGH. W porównaniu z Misiewiczem to kompetencyjna przepaść. Pamiętajmy jednak, że sam Misiewicz pozostał w strukturach MON i w kręgu najwyższego zaufania Macierewicza, ma tylko nie obejmować eksponowanych i kierowniczych stanowisk. Musiało więc zmienić się w resorcie obrony całkiem sporo, by w gruncie rzeczy nie zmieniło się być może nic.

Czy tak samo da się w skali całego rządu? Sytuacja, w której znalazł się w ostatnim czasie obóz władzy rzeczywiście skłania do rozważań o ewentualnej rekonstrukcji gabinetu Beaty Szydło.

Od chwili spektakularnej porażki ws. kandydatury Donalda Tuska na szczycie Unii Europejskiej sondaże już nie rozpieszczają Prawa i Sprawiedliwości. W kolejnych badaniach widzimy, że zdecydowanie zmalał odstęp między partią rządzącą a największym ugrupowaniem opozycji. PiS pozostaje liderem wszystkich badań - również dzisiejszego sondażu „Polski” - ale nie może się już chwalić miażdżącą przewagą nad wszystkimi pozostałymi ugrupowaniami. PiS całkiem dosłownie czuje w tej chwili oddech Platformy na plecach, niektóre sondaże wskazały nawet mniej niż dwa punkty procentowe przewagi partii Kaczyńskiego nad ugrupowaniem Schetyny.

Do myśli o zmianach w rządzie skłaniają kierownictwo PiS sondaże. I te partyjne, i te dotyczące premier

Coś chyba jeszcze gorszego wydarzyło się z notowaniami samej Beaty Szydło. W przeprowadzonym już po pamiętnym szczycie Unii Europejskiej sondażu IBRiS premier zebrała aż 62 proc. ocen negatywnych, pozytywnie oceniają jej działania ledwie 32 proc. Polaków. W stosunku do wyników sprzed roku oznacza to i wzrost liczby przeciwników Szydło o 12 pkt proc., i zarazem spadek liczby jej zwolenników o 11 pkt proc. To bardzo alarmujące wieści.

Sondaże dają PiS jasny sygnał, że konieczne są co najmniej poważne korekty kursu, jakiś rodzaj ucieczki do przodu. A i rozmowa o zmianach w rządzie miałaby zupełnie wystarczające uzasadnienie, tym bardziej, że przyczyny osłabiania się PiS mają przecież bezpośredni związek z widocznymi gołym okiem problemami kadrowymi Zjednoczonej Prawicy. Tymczasem jednak na szczytach obozu władzy robi się coraz goręcej, zaczyna się wrzenie. Krótka kadrowa ławka Prawa i Sprawiedliwości staje się w ten sposób jeszcze krótsza, część potencjalnie rozsądnych ruchów personalnych została w tej chwili całkowicie zablokowana konfliktami i próbami sił wewnątrz obozu władzy.

Według informacji „Polski” po niedawnym odwołaniu prezesa PZU doszło na Nowogrodzkiej wręcz do awantury ze Zbigniewem Ziobrą w roli głównej. Minister sprawiedliwości (nieformalny patron odwołanego prezesa PZU) miał grozić Jarosławowi Kaczyńskiemu podaniem się do dymisji i zerwaniem koalicji za przyzwolenie na tak brutalne wejście wicepremiera Morawieckiego w jego, Ziobry, strefę wpływów. Wprawdzie posłów Solidarna Polska ma tylko dziewięciu, ale do utraty większości przez Zjednoczoną Prawicę wystarczyłoby ledwie czterech. I to jest realna groźba, z którą w tej chwili musi się mierzyć Jarosław Kaczyński. Słyszymy, że bardzo śmiało jak na stosunki panujące w PiS poczyna sobie także Antoni Macierewicz. Podczas kluczowej rozmowy na temat sytuacji w MON - i statusu Bartłomieja Misiewicza - miał nie odpowiedzieć w jednoznaczny sposób na żadne z zasadniczych pytań prezesa PiS. - Urządził to tak, że nie zadeklarował dosłownie nic. W dodatku zachowywał się tak, jakby uczestniczył w tym spotkaniu z łaski, niektórych obecnych w ogóle nie zauważał - mówi nasz rozmówca z Prawa i Sprawiedliwości.

Coraz poważniejsze napięcia wewnątrz partii i obozu Zjednoczonej Prawicy zdecydowanie nie ułatwiają prezesowi PiS planowania ewentualnej rekonstrukcji rządu. Jarosław Kaczyński z pewnością nie pogardziłby okazją do znaczącego osłabienia pozycji Ziobry, czy Macierewicza, ale zarazem doskonale kalkuluje potencjalne koszty takich posunięć. Ryzyko jest tu ogromne.

Zmiany w rządzie chwilowo całkiem skutecznie utrudnia też opozycja. W jaki sposób? Najlepszy z możliwych - domagając się dymisji całego rządu. Fakt, że rządząca większość przyspieszyła procedowanie w Sejmie nad wnioskiem o wotum nieufności złożonym przez Platformę i popartym przez Nowoczesną, może świadczyć, że PiS próbuje możliwie szybko zwolnić chociaż tę blokadę stojącą na przeszkodzie ewentualnym zmianom w rządzie. Tu kłania się przypadek Bogdana Klicha, ministra obrony narodowej w rządzie Tuska, którego dymisja po katastrofie smoleńskiej wydawała się z różnych względów prawdopodobna. Paradoksalnie jednak „ratowały” przed nią Klicha właśnie kolejne wnioski nieufności wobec szefa MON kierowane przez PiS do Sejmu i fakt, że należał on do najsilniej ostrzeliwanych przez ówczesną opozycję ministrów. Odwołanie go w tamtej atmosferze według politycznych praw dżungli oznaczałoby przyznanie się do błędu i słabości, ba, symboliczne „pokonanie” przez opozycję - polską polityką rządzą zaś tak proste emocje, że ruchów o takich znaczeniach unika się jak ognia.

Im szybciej więc obóz władzy będzie miał za sobą rytuał debaty nad wnioskiem i samo głosowanie, tym łatwiej będzie szukać pozycji wyjściowej do ewentualnych przegrupowań w gabinecie Szydło. Zaznaczmy tu tylko dla porządku, że opozycyjny wniosek o wotum nieufności nie ma najmniejszych szans na przyjęcie przez Sejm - starczą do tego głosy samej Zjednoczonej Prawicy. Dodatkowo jednak przeciw wnioskowi jest Paweł Kukiz, większość posłów jego ugrupowania postąpi zapewne zgodnie ze stanowiskiem lidera. Od działań Platformy i Nowoczesnej dystansują się także politycy PSL.

Rzecz jasna fakt, że opozycja „poczuła krew” słabnącego PiS-u i tak - przynajmniej w teorii - nie ułatwia planowania ewentualnych zmian w rządzie. W tym momencie powinniśmy sobie jednak przypomnieć pierwszą - nieco rozłożoną w czasie rekonstrukcję rządu Beaty Szydło. Pod koniec września zeszłego roku stanowisko stracił Dawid Jackiewicz, minister skarbu - jego resort trafił zaś do likwidacji. Działo się to w momencie, w którym cała energia opozycji koncentrowała się na nepotyzmie i innych patologiach o charakterze kadrowym właśnie w obszarze w dużej części podległym Jackiewiczowi. Od początki września trwała akcja #Misiewicze, Nowoczesna i Platforma ogłaszały kolejne listy partyjnych nominatów w spółkach skarbu państwa i innych instytucjach podległych rządowi.

Właśnie w takim momencie nastąpiła dymisja Jackiewicza. Teoretycznie całkowicie wbrew tej specyficznej dla polskiej polityki zasadzie o trwaniu w nieugiętym oporze. A jednak nie stało się właściwie nic, co niosło by ze sobą jakieś groźniejsze dla PiS skutki. Beata Szydło „ugięła się” pod naciskami opozycji opinii publicznej i odwołała ministra stojącego na tym właśnie pękającym odcinku frontu. Jej ówczesne tłumaczenie wcale nie brzmiało przekonująco - premier dowodziła, że dymisja była od dawna zaplanowana właśnie na ten moment, a likwidacja resortu skarbu była przesądzona. W dodatku niemal w tym samym momencie z rządu odszedł też Paweł Szałamacha - minister finansów, jego resort przejął zaś wicepremier Mateusz Morawiecki.

Tymczasem nie stało się praktycznie nic - ruch z resortem skarbu i jego ministrem, choć sprawiał wrażenie „wymuszonego” przez opozycję. Co więcej, dymisja Jackiewicza wręcz pomogła rządowi Szydło w zarządzaniu tamtym kryzysem, ułatwiła zamknięcie rozdziału, pozwoliła przejść do zapewnień o korektach błędów i naprawie wypaczeń. Doświadczenie z pierwszej rekonstrukcji gabinetu Szydło mogłoby więc nastrajać kierownictwo PiS optymistycznie co do możliwości wykonania mocniejszych ruchów już teraz - bez oglądania się na okoliczności.

Ale tu zaczyna się kolejny pakiet utrudnień. Przecież największe kontrowersje i największe problemy polityczne stwarzają dziś rządowi i PiS właśnie ci ministrowie, których najtrudniej byłoby odwołać.

Największym źródłem problemów dla rządu PiS jest dziś działalność szefa MON Antoniego Macierewicza. Ale jego pozycja w partii wydaje się wręcz nienaruszalna. Podniesienie ręki na Macierewicza oznaczałoby przesilenie w całym obozie władzy. Wątpliwe, by Jarosław Kaczyński akurat teraz miał uznać że przyszedł już na to czas.

Drugą lokatę pod względem liczby wygenerowanych kłopotów zajmuje Witold Waszczykowski, minister spraw zagranicznych. Jego wewnętrzna pozycja w PiS jest całkowitym przeciwieństwem tej zajmowanej przez Macierewicza. Ale w wypadku fotela szefa dyplomacji zasadniczy problem ma zupełnie inny charakter. Poszukiwanie ewentualnych następców szefa MSZ skończyło się wielokrotnym fiaskiem. W PiS właściwie nie ma chętnych do zastąpienia ministra spraw zagranicznych.

Na miejscu trzecim plasuje się dziś Zbigniew Ziobro. Tu już nie chodzi o samo generowanie problemów wizerunkowych - w wypadku tego resortu zostały one zresztą z góry wliczone w koszta - chodzi o sytuację w koalicji i coraz bardziej widoczne „panoszenie się” ministra sprawiedliwości. Z przyczyn koalicyjnych Ziobry jednak tak po prostu zwolnić się nie da. Ale może zamiast ministra uda się zwolnić wiceministra? Patryk Jaki wsławił się ostatnio tym, że tak samo arogancko jak w wypadku znienawidzonych przez PiS sędziów i adwokatów potraktował… senatorów Prawa i Sprawiedliwości. Skończyło się to tym, że część z nich nie mogąc znieść zachowania wiceministra, zagłosowała przeciwko przepisom, których żądał - doprowadzając do ich utrącenia w Senacie.

Największe problemy stwarzają dziś PiS ci sami ministrowie, których najtrudniej byłoby odwołać

I ostatnia z najbardziej kontrowersyjnych postaci w rządzie Beaty Szydło - Jan Szyszko, minister środowiska.Tu od razu zapala się ostrzegawcze światełko. Szyszko wprawdzie namnożył rządowi Beaty Szydło zupełnie zbędnych kłopotów, ale za to ma jedne z najmocniejszych pleców w całym rządzie. Za ministrem środowiska stoi sam ojciec Rydzyk. Ewentualna dymisja wymagałaby więc renegocjacji dotychczasowych układów na linii Nowogrodzka - Toruń.

Wygląda więc na to, że prezes PiS ma związane ręce, jeśli chodzi o decyzję co do ewentualnej dymisji czterech najbardziej kłopotliwych ministrów. Oczywiście można także spróbować zmian o mniejszym w tej chwili znaczeniu - Jarosławowi Kaczyńskiemu zdarzały się już kwaśne wypowiedzi na temat działań ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła na cenzurowanym bywa też ostatnio Piotr Gliński, wicepremier i minister kultury.

Zostało nam więc jeszcze rozumowanie, którego wynik wydaje się co najmniej niepokojący dla Beaty Szydło. Skoro zwolnienie Macierewicza, Ziobry czy Waszczykowskiego może okazać się niemożliwe, to jak właściwie znaleźć rekonstrukcyjną energię do stworzenia wystarczająco przekonującego wrażenia nowego otwarcia? Czy nie jest tak, że tak naprawdę zostaje tylko jedno wyjście - wymienić samą szefową rządu?

Taka zmiana może być w tej chwili znacznie bardziej wykonalna niż próby przełamania wewnętrznych i zewnętrznych klinczów wokół najbardziej kontrowersyjnych ministrów. Jarosław Kaczyński - jeśli wierzyć jego własnym słowom - chwilowo do kancelarii premiera się nie wybiera. Kto wie zatem, może los właśnie uśmiecha się do wicepremiera Morawieckiego?

Witold Głowacki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.