Street art za dwa Warhole

Czytaj dalej
Fot. Małgorzata Genca
Sylwia Hejno

Street art za dwa Warhole

Sylwia Hejno

Ostatnio usłyszałem pytanie „Czy street art można pokazywać w galerii?“. Prawdziwe pytanie powinno brzmieć, dlaczego ktoś w ogóle jeszcze o to pyta. Niestety, w Polsce zamiata się tych artystów pod dywan - mówi Cezary Hunkiewicz z Brain Damage Gallery.

Na wernisażu wystawy „It is framed“ powiedziałeś, że nazwa „street art“ służy za łatkę przyczepianą artystom, co miałeś na myśli?

Street art został upupiony, ta łatka czegoś odrębnego bardziej mu szkodzi niż pomaga. Na Zachodzie, gdy mowa o wystawiennictwie, nikt nie mówi o street arcie czy urban arcie. Wszyscy używają terminu „contemporary art”, czyli po prostu sztuka współczesna, street art jest jej integralną częścią. Ta fala zmierza na wschód, ale wciąż powoli. Przykładowo w Tate Modern, w MoMA prace street artowe są pokazywane na wystawach problemowych, w Polsce to wciąż rzadkość.

W czołówce najlepiej sprzedających się artystów w kraju mamy takie sławy, Fangor czy Sasnal, ale przyjrzyjmy się także temu, co się dzieje na świecie. Okazuje się, że w Japonii u Murakamiego Polak, Nawer, pierwszego dnia wyprzedaje całą wystawę. Podobnie prace Roberta Procha znikają jak świeże bułeczki u Lazaridesa, w najbardziej znanej kojarzonej z tym nurtem galerii na świecie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego o takich sukcesach się u nas nie mówi. M-City działa od wielu lat, jest obecny w świetnych kolekcjach, a żadna poważna instytucja kultury nie zrobiła mu wystawy. Polska swoich artystów zwyczajnie przegapiła.

Cezary Hunkiewicz, socjolog, animator kultury. Współzałożyciel Europejskiej Fundacji Kultury Miejskiej. Od wielu lat aktywnie uczestniczy w rozwoju sztuki
Małgorzata Genca „It is Framed“ Pierwsza taka w Polsce wystawa street artu prezentująca dzieła najważniejszych na świecie twórców. Jednocześnie premierowa wystawa najważniejszych i największych polskich kolekcji.

Pojawili się w Brain Damage Gallery.

Tak „It is framed“, to w naszym kraju pierwsza tak przekrojowa wystawa artystów tego nurtu, którzy tworzą na poziomie światowym i jestem dumny, że są wśród nich Polacy. Wszystkie prace pochodzą z prywatnych zbiorów, były zbierane przez ostatnich dziesięć lat, co też pokazuje fenomen tworzenia takich kolekcji. Wystawę ogląda średnio sto osób dziennie z całej Polski, myślę, że jest to wynik, której nie powstydziłaby się żadna galeria sztuki współczesnej. Ostatnio usłyszałem pytanie „czy street art można pokazywać w galerii?”. Prawdziwe pytanie powinno brzmieć, dlaczego ktoś w ogóle jeszcze o to pyta.

Może dlatego, że uważa, że street art powinien być na ulicy?

Ależ street art cały czas jest na ulicy, w galerii są po prostu prace czerpiące z tego nurtu. To artyści, którzy od lat z powodzeniem funkcjonują w światowym obiegu galeryjnym, ich dzieła są w najlepszych kolekcjach. Ukształtowali swoją stylistykę na ulicy, przestrzeń miejska wpłynęła na to, jak tworzą, ale są to zupełnie odrębne sfery. Przykładowo Conor Harrington, którego również prezentujemy, realizuje murale, ale maluje także płótna, które sprzedaje za sto tysięcy funtów, tylko pozazdrościć, a w Polsce zamiata się takich artystów pod dywan.

Na aukcjach młodej sztuki można zobaczyć prace polskich artystów street artowych.

No tak, można, ale one zrobiły im dużą krzywdę, bo ich zaszufladkowała jako tych, których się licytuje od 500 złotych, tymczasem mamy prace takiego Zbioka czy Monsfura, których ceny obecnie zaczynają się od dwunastu tysięcy złotych. Parę dni temu, w Krakowie obraz Jana Kalába, którego będziemy pokazywać w październiku, sprzedał dzieło za 25 tysięcy złotych. Oczywiście jest dyskusyjne, czy takie kwoty to nie za dużo, ale one obrazują też pewne rynkowe możliwości i to, że w tę sztukę warto inwestować. Kaláb zaczynał jako grafficiarz, potem sięgnął po formy street artowe, szukające dialogu z przestrzenią i odbiorcą, a teraz jest jednym z najciekawszych i najbardziej znanych czeskich artystów młodego pokolenia. Miał już wystawy w Nowym Jorku, Londynie czy Paryżu.

Cezary Hunkiewicz, socjolog, animator kultury. Współzałożyciel Europejskiej Fundacji Kultury Miejskiej. Od wielu lat aktywnie uczestniczy w rozwoju sztuki
Małgorzata Genca Artyści, których prace są prezentowane na wystawie to: Banksy, Cleon Peterson, Conor Harrington, D*Face, Escif, Evol, Faile, Futura 2000, Kofie, M-City, Nawer, Obey Giant, Roa, Robert Proch, Sainer, Seen, Vhils i inni. Wystawa trwa do 15 maja w Brain Damage Gallery, pl. Teatralny 1, Lublin.

A w Polsce stawiamy wciąż na klasykę?

Przeciętny kolekcjoner woli kupić Kossaka, albo pop art niż przykładowo Banksy’ego. Tymczasem Banksy sygnowany, z oryginalnym podpisem jest obecnie wart, powiedzmy obrazowo, dwa Warhole i ta cena wciąż wzrasta.

Te kwoty, które generuje rynek też mnie zaskakują, bo 40 tysięcy funtów za papier Banksy’ego w nakładzie kilkuset egzemplarzy to suma horrendalna i też można się zastanawiać, czy nie mamy do czynienia z potworem, który powoli zaczynać pożerać własny ogon, ale tak właśnie jest na świecie. Z drugiej strony nikt przecież nie oczekuje np. od Sasnala, że będzie rozdawał swoje prace za darmo.

A gdzie ten romantyzm, uciekanie przed policją? Czy nie to było kiedyś sednem, przynajmniej dla niektórych?

Okej, ale mówimy o ludziach, którzy mieli wtedy po siedemnaście lat. Wielu z nich jest teraz ukształtowanymi artystami i robi kariery, na które przez te lata zapracowali. My też, z moją żoną Anią, adaptowaliśmy latami pustostany i cieszyliśmy się jak dzieci, gdy nam się trafiło miejsce z prądem i wodą. Obecnie mamy profesjonalną galerię, w której możemy zrobić każdą wystawę i też ciężko na to pracowaliśmy. Romantyzm też istnieje, ludzie wciąż przecież malują pociągi i nie mają z tego żadnych profitów. A co do aspektu komercyjnego, szczególnie zawłaszczania streetu przez reklamę i urzędy, które z graffiti robią festyny, to fakt, ktoś powinien przyjść i to wszystko rozwalić, ale to muszą zrobić sami artyści, a nie kuratorzy odgórnie.

Jesteś kuratorem wandalizmu?

Byłem tak nazywany (śmiech), ale prawda jest taka, że galeria nigdy nie zabierze street artu ulicy. To zupełnie dwa różne miejsca z różnymi ograniczeniami i możliwościami.

A komercja może zabrać? Koncerny uważają, że to taki fajny, młodzieżowy język, za pomocą którego można dotrzeć do młodego odbiorcy. Kampanie z wykorzystaniem street artu robiły takie firmy, jak np. PZU, Maxwell House i wiele innych.

Tylko, że się spóźniły z tym o jakieś dziesięć lat. Obecnie to już nie jest aż tak sexy. Kiedyś malowanie ściany to było takie wydarzenie, że zbiegały się wszystkie dzieciaki z okolicy, dzisiaj, gdy malujemy, to ktoś przyjdzie, chwilę popatrzy i na tym koniec. Zresztą panuje porozumienie, że to co na ulicy, przynależy do ulicy, język reklamy czy komercyjny obieg artystyczny tego nie zawłaszczą.

Ale, jeśli się człowiek uprze, to można wyciąć i sprzedać kawałek ściany. Tak było w przypadku głośnej pracy Banksy’ego w Londynie „Slave Labour“, którą zlicytowano za ponad milion dolarów, pomimo protestów mieszkańców i wcześniejszych apeli samego autora, aby nie kupować niczego, co nie zostało przeznaczone do sprzedaży.

Inna historia: Stik, jeden z lepiej sprzedających się artystów tego nurtu zrobił warsztaty dla dzieci w gdańskiej Łaźni. Malowali charakterystyczne dla niego, patykowate ludki na kontenerze. Potem praca została skradziona. Odnalazła się, pocięta na kawałki, wyceniona i wystawiona na sprzedaż w londyńskiej galerii. Stik podkreślał, że nigdy na takie rzeczy nie przyzwoli i nie potwierdzi autentyczności tej pracy. Tych ulicznych, nieprzeznaczonych do sprzedaży dzieł żaden z artystów nie certyfikuje po to, żeby je zabezpieczyć, żeby pozostały tam, gdzie ich miejsce, czyli na ulicy.

Mamy w Polsce kilkanaście festiwali, które generują po kilkadziesiąt, albo i więcej murali rocznie. Do tego dochodzą różne murale okolicznościowe i mnóstwo innych. Czy to trochę nie za dużo? Ściany się kiedyś skończą, a przechodnie dostaną oczopląsu.

Niestety, większość z tych prac nijak się ma do otoczenia. Muraloza to taka współczesna odmiana pastelozy, która pokrywa budynki. Często na zlecenie miast, które np. zamawiają taki mural w zdegradowanej przestrzeni, żeby ładnie wyglądało. Niestety, mało kto bierze pod uwagę kontekst miejsca, architekturę czy mieszkańców. Głównym grzechem takich prac jest to, że dominują nad otoczeniem, nic poza nimi nie widać. Są w Lublinie takie murale, że trzeba zakładać okulary przeciwsłoneczne, żeby przejść ulicą. Wiadomo, że nie zawsze wszystko wyjdzie, ale grunt to świadomość artystów. Są tacy, którzy w San Paulo i w Łukowie namalują to samo, ale ich staramy się unikać. Uważam, że dobrze nam wyszedł mural z Etam Cru na Lubartowskiej, nie rzuca się aż tak w oczy, uwzględnia kontekst miejsca i wiem z rozmów z mieszkańcami, że im się podoba.

Co po muralach?

Na przykład miejski detal, można też zauważyć, że wraca mozaika. Mural, choć jest mocno przereklamowany, też może się obronić, pod warunkiem, że podejdzie się do niego krytycznie, że nie będzie nachalny, uwzględni otoczenie i nie będzie zakamuflowany reklamą pod płaszczykiem działań artystycznych, bo to zwyczajnie nie jest w porządku. Takie realizacje, niestety, w Lublinie także są. Murale mimo wszystko wciąż mają potencjał, ja na przykład marzę o takim, który w sprytny i w przemyślany sposób zasiałby trochę artystycznej brzydoty na tych pięknych, wymuskanych, supernowoczesnych osiedlach.

Sylwia Hejno

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.kurierlubelski.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.